Pozycja materiału w rankingach:
Młode, zdolne. Częściej, niż mężczyźni kończą studia (dyplom wyższej uczelni zdobywa 56 proc. kobiet i 44 proc. mężczyzn). Ambitne. Chcą zdobywać świat.
Otrzeźwienie przychodzi, gdy zaczynają szukać swojej pierwszej
pracy. Propozycje dla kolegów - nierzadko z gorszymi stopniami w
indeksach - są jakby trochę lepsze. Potencjalni pracodawcy nie zadają
mężczyznom pytań o planowaną liczbę dzieci. Kobietom - tak, dołączając
do tego pytanie - kiedy? A już zatrudnienie kobiety w w ciąży
traktowane jest przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych jako czyn co
najmniej podejrzany, mający na celu wyłudzenie korzyści z ubezpieczenia.
I
tak młode Polki miotają się od ściany do ściany - między becikowym i
deklaracjami kolejnych rządów o polityce prorodzinnej, a szarą
rzeczywistością.
Adrianna docelowo chce wyjechać
- Fikcja! - tak Adriana Miler, 33-letnia gdynianka, mama
3-miesięcznego Natana mówi o polityce prorodzinnej rządu. - To wszystko
ruchy pozorne.
Adriana, absolwentka pedagogiki, właścicielka
dyplomów dokumentujących ukończenie licznych kursów - od kursu masażu
aż po wypełnianie wniosków unijnych - zatrudniona była do tej pory
m.in. w biurze, lokalnym radio, firmie produkującej jedzenie dla
zwierząt i biurze nieruchomości. Pracowała też za granicą.
Ostatnie
miejsce pracy: recepcja w nowoczesnej prywatnej klinice dentystycznej.
Do jej obowiązków należało umawianie wizyt, przygotowywanie
dokumentacji do księgowości, ewidencja faktur, działanie marketingowe,
pisanie wniosków o dotacje unijne, praca w sterylizatorni i sprzątanie.
-
Przyjęli mnie w październiku na pół etatu z propozycją, w razie rozwoju
firmy, przejścia od stycznia br. na pełny etat z pensją 1400 zł netto -
mówi Adriana. - Firma się rozwinęła i umowę podpisałam.
W momencie
podpisania umowy Ada już wiedziała, że jest w ciąży. Jednak dopiero pod
koniec stycznia przedstawiła szefom zaświadczenie lekarskie.
-
Miałam wcześniejsze złe doświadczenia, obawiałam się, że nie uda mi się
utrzymać ciąży - stwierdza krótko. - Od Wielkanocy, by uratować dziecko
musiałam przejść na zwolnienie lekarskie. Do firmy natychmiast przyszli
kontrolerzy z ZUS. Uznano, że nie było powodu, by kobieta w ciąży
dostała pełen etat, więc przez ostatnich siedem miesięcy dostawałam po
niespełna 300 złotych. Gdyby nie rodzina, umarlibyśmy z synkiem z
głodu...
Adriana odwołała się od decyzji ZUS do sądu. Pierwsza
rozprawa się odbyła, na następną trzeba będzie czekać być może do
stycznia. Ewa Pancer, rzecznik ZUS twierdzi, że przyczyną jest
niedostarczenie przez pracodawcę Ady do sądu dokumentów,
potwierdzających jej zatrudnienie.
- Umowa o pracę kończy się w styczniu - twierdzi gdynianka. - Pracodawca nie chce, bym wróciła, pewnie przez mojego synka.
Ada jest prawie pewna, że w końcu zabierze Natana i wyjedzie do Anglii.
- Nie wiem dokładnie, jak wygląda tam polityka prorodzinna - mówi. - Ale wiem, że będę mogła się tam utrzymać.
Niedawno
media podały informację, że w związku z coraz potężniejszą emigracją
zarobkową pracodawcy zmieniają front. Na rynku pojawiły się firmy,
które poszukują młodych, chcących założyć rodziny, kobiet.
Argumentacja: panie z dziećmi nie uciekną z kraju i będą wiernie służyć
swojej firmie.
Potraktowałam tę informację jak żart -
twierdzi Ada. - Może to też być zbiór pobożnych życzeń, bardzo
odległych od szarej rzeczywistości.
Krystyna nie pasuje do czarnego obrazu stłamszonej i rozdartej Matki
Polki. Nie mówi, że jest jej łatwo, ale udaje się jej połączyć bycie
mamą, żoną i dyrektorem. Młodym dyrektorem.
Ma 29 lat, dwuletnią córkę Zosię i kieruje kilkusetosobowym działem w dużej pomorskiej firmie.
-
Studiowałam w Gdańsku zarządzanie i już na drugim roku podjęłam pracę w
obecnej firmie - wspomina. - Na początku na umowę - zlecenie, w 2001 r.
zostałam zastępcą kierownika działu, wyjechałam z Gdańska.
Wyszła
szczęśliwie za mąż, zaszła w ciążę. W piątym miesiącu lekarze
stwierdzili, że jeśli chce urodzić dziecko, powinna leżeć w domu z
nogami do góry.
- Miałam 9-miesięczną przerwę w pracy - mówi. - Po
niej postanowiłam wrócić do Gdańska z dzieckiem, chociaż komplikowało
to moją sytuację rodzinną. Mąż prowadzi własną firmę w innym
województwie i nie mógł tu przyjechać. Staliśmy się więc takim
weekendowym małżeństwem.
Krystyna robi to, co lubi. Pracuje 8 godzin
dziennie, choć czasem bierze trochę roboty do domu. Zosią przed
południem zajmuje się opiekunka, po południu mama, w sobotę i niedzielę
- wspólnie rodzice. W sytuacjach awaryjnych pomaga wspaniała
przyjaciółka z lat studenckich, a obecnie najbliższa sąsiadka.
Wśród
najbliższych siedmiu współpracowników pani dyrektor aż sześć to
kobiety. Dwie wróciły ostatnio z urlopów macierzyńskich. One też dają
sobie radę.
- Więcej dzieci? - powtarza pytanie Krystyna. -
Oczywiście, że chciałabym mieć nawet trójkę. Wcześniej jednak musi się
ustabilizować moja sytuacja rodzinna. Mam nadzieję, że stanie się tak w
ciągu najbliższego roku, może dwóch.
Krystyna jest wyjątkiem - bo nadal rzadko zdarza się, że młoda
kobieta, tuż po studiach i - brzydko mówiąc - w wieku rozrodczym,
dostaje propozycję satysfakcjonującej pracy na odpowiedzialnym
stanowisku, a jej firma przeczekuje nawet długoterminowe zwolnienia.
Częściej zdarza się tak, jak w przypadku Moniki Zembrzyskiej, która
nawet nie ma odwagi zajść w ciążę, bo pracodawca - spora i dobrze
usadowiona na rynku firma usługowa - nie toleruje zwolnień na anginę
czy grypę dziecka.
-
Wychowaniem malucha mógłby zająć się mój mąż, i
tak pracuje głównie w domu, przy komputerze - mówi Monika. - Ale to ja
musiałabym urodzić, a tego mój szef raczej nie tolerowałby. Z pensji
męża nie wyżyjemy, a nade mną wisi bat, jestem zatrudniona na umowę -
zlecenie, a nie na etat. Mam ponad trzydzieści lat, chcę mieć dzieci,
ale też chcę mieć pracę. Na razie jedno wyklucza drugie, nie wiem, jak
długo.
A z drugiej strony Krystyna nie jest wyjątkiem - jeśli
rozpatrywać jej chęci do posiadania większej rodziny. Co druga Polka
deklaruje, że chce mieć dwoje dzieci, a co trzecia marzy o trójce lub
czwórce.
To jednak tylko teoria. Ostatnio w Polsce rodzi się mniej ludzi, niż umiera.
Słowo
„rodzina” należy do najchętniej odmienianych przez naszych polityków.
To dla jej dobra uchwalono słynne becikowe i podwyższono do tysiąca zł
dodatek z tytułu narodzin dziecka dla najuboższych rodzin. O dwa
tygodnie wydłużono urlopy macierzyńskie. Od przyszłego roku rodzice
będą mogli odpisywać od podatku po 120 zł na każde dziecko.
Mimo listy udogodnień prorodzinnych Marta, studentka ostatniego roku UG, nie zmienia decyzji.
-
Na razie żadnych dzieci - mówi. - Kto mnie utrzyma z dzieckiem?
Chłopak, który też szuka pracy? Moi rodzice? Becikowe, które rozpłynie
się w miesiąc? Muszę znaleźć pracę i ją utrzymać.
A jest na co
pracować. W ubiegłym roku tygodnik „Wprost” obliczył, że na utrzymanie
dziecka do 18 roku życia rodzice wydają nawet pół miliona złotych.
Badania
przeprowadzone przed dwoma laty na zlecenie Fundacji Rodzić po Ludzku
pokazały, że właśnie lęk prazed utratą pracy jest pierwszym powodem
powstrzymującym Polki przed decyzją o urodzeniu dziecka.
Marta wspomina praktykę w jednej z trójmiejskich firm.
-
Przyszłam rano do pracy, wpadłam do małego pokoju, gdzie można zaparzyć
kawę, a tam widzę zapłakaną starszą koleżankę - mówi. - Okazało się, że
właśnie zadzwonili do niej z przedszkola, że musi odebrać synka z
gorączką. A dziewczyna dosłownie kilka dni wcześniej wróciła ze
zwolnienia na chorą córkę. Stała więc w tej kanciapie i płakała
rzewnymi łzami, co też na to powie szef.
Marta twierdzi, że się po prostu zdenerwowała.
:-
Zapytałam kobietę, czy jej mąż w tej chwili także wypłakuje się
prezesowi w mankiet. Spojrzała na mnie, jak na wariatkę, a potem
zaczęłyśmy się histerycznie śmiać.
Przykład Niemiec świadczy, że sama pomoc socjalna nie zmieni
nastawienia kobiet do macierzyństwa. Jeśli przedszkola w niemieckich
miastach czynne są do godziny 13, to kobieta, która musi o tej porze
odebrać dziecko, nie ma szans na znalezienie dobrej pracy. Zamiast
uzależnić się od partnera, woli postawić na rozwój kariery.
Zupełnie
inaczej rozwiązano ten problem we Francji, gdzie coraz więcej rdzennych
mieszkanek (a to jest ważne w różnokulturowej i różnorasowej Europie)
decyduje się na dziecko.
Cóż takiego wymyślili Francuzi? Oprócz
zachęt finansowych, becikowego, płatnych urlopów macierzyńskich i
wychowawczych (półrocznych, a jeśli kobieta szybko zdecyduje się na
kolejne dziecko, to nawet do ukończenia przez nie trzech lat), zaczęto
tam dopłacać do żłobków i przedszkoli oraz - uwaga - prywatnych
opiekunek.
Z kolei w Szwecji postawiono na równouprawnienie. Rodzice
mają prawo do 480 dni urlopu rodzicielskiego na każde dziecko (w tym
dla taty mają to być co najmniej dwa miesiące), rozważa się też
wprowadzenie specjalnych ulg podatkowych dla rodzin, w których
tatusiowie jeszcze więcej czasu chcą spędzić w domach z pociechami.
Jak mówi prof. Henryk Domański, socjolog z Polskiej Akademii Nauk,
Polska jest jedynym krajem w Europie Środkowej, w którym po zmianach
ustrojowych znacząco wzrosły nierówności między kobietami i mężczyznami.
Widać
to najwyraźniej na rynku pracy - zarabiają mniej niż mężczyźni,
rzadziej obejmują wysokie stanowiska, mają mniejsze perspektywy
kariery. A te, które nie pracują zawodowo, pozostają wyłącznie na
utrzymaniu męża.
Od kilku lat próbuje to zmienić Fundacja "Zadbać o
świat", założona m.in. przez terapeutę Wojciecha Eichelbergera i Annę
Mieszczanek, prowadzącą Ośrodek Mediacji Rodzinnych prowadzi kampanię
"Praca domowa kobiet - jak ją wynagradzać" pod hasłem ZROBIONE -
ZAPŁACONE.
"Kiedy piszemy w tej sprawie do polityków, używamy tych
samych mądrych słów, które padają na międzynarodowych konferencjach.
Mówimy, że trzeba doprowadzić do równego traktowania pracy produkcyjnej
i reprodukcyjnej" - wyjaśniała powód tej akcji Anna Mieszczanek. "Dać
kobietom wykonującym pracę domową prawo do emerytury, zapłacić za nie
składkę, pomyśleć o stałym wynagrodzeniu. Zadbać o odpisy podatkowe dla
kobiet pracujących na etacie domowym i pozadomowym, może zwiększyć dla
takich kobiet kwotę wolną od opodatkowania".
Gdyby kobiety za pracę
w domu otrzymywały wynagrodzenie, zarabiałyby ponad 2 tysiące złotych
miesięcznie! Prawie tyle samo, ile wynosi obecnie średnia płaca
krajowa. Jak wyliczono tę sumę? Przyjęto, że kobiety codziennie pracują
w domu średnio 5,5 godziny (w mieście) lub 6,5 godziny (na wsi), a w
soboty i święta znacznie więcej. Wynagrodzenie za wykonywanie
poszczególnych czynności ustalono według stawki za godzinę pracy w
zawodach, którym odpowiadają zajęcia domowe. I tak godzina sprzątania
warta jest 12 zł, opieki nad dzieckiem - 8 zł, mycia okien - 40 zł,
korepetycji - 25 zł itd. Według obliczeń Beaty Mikut z SGGW w 2000 roku
wartość prac domowych wykonywanych przez kobiety wynosiła ok. 2100 zł
miesięcznie. Dziś kwota ta zbliżałaby się do 2500 zł.
• W tygodniu kobiety poświęcają na prace domowe i opiekę nad dziećmi 45 godzin więcej niż mężczyźni.
• Mężczyźni tygodniowo pracują zarobkowo średnio 9 godzin i 27 minut więcej niż kobiety (dane z 2002 r).
• Połowa kobiet do 24. roku życia prace domowe takie jak sprzątanie, gotowanie i pranie uważa za swój obowiązek.
• Co dziesiąta kobieta nawet nie prosi męża o pomoc.
• pranie robi 95 proc. kobiet, 1 proc. mężczyzn;
• obiad przygotowuje 90 proc. kobiet, 3 proc. mężczyzn;
•codzienne zakupy robi 74 proc. kobiet, 18 proc. mężczyzn;
• śniadania przygotowuje 73 proc. kobiet, 9 proc. mężczyzn;
• opłaty reguluje 65 proc. kobiet, 31 proc. mężczyzn;
• śmieci wyrzuca 44 proc. kobiet, 29 proc. mężczyzn;
• drobne naprawy wykonuje 7 proc. kobiet, 82 proc. mężczyzn;
• mieszkanie odnawia 12 proc. kobiet, 78 proc. mężczyzn;
• dywany trzepie 29 proc. kobiet, 52 proc. mężczyzn.
Dane statystyczne z książki Anny Titkow, Danuty Duch-Krzystoszek, Bogusławy Budrowskiej pt. "Nieodpłatna praca kobiet".
Zobacz także:
Sortuj komentarze:
Przyszłość gospodarki UE w rękach czterech państw?
(odsłon: +272)