Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

82946 miejsce

Matura. Komu i po co potrzebna?

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2014-07-08 22:20

Matury. Lament okrutny. Z jednej strony, że młodzież jest coraz to głupsza i z roku na rok zdaje gorzej, z drugiej, że egzamin za trudny, że przeciążamy biedne dzieci i stresujemy ich rodziców. Po co nam to wszystko?

Matury. Kolejny już rok ten sam cyrk. Lament okrutny. Z jednej strony, że młodzież jest coraz to głupsza i z roku na rok zdaje gorzej, z drugiej, że egzamin za trudny, że przeciążamy biedne dzieci i stresujemy ich rodziców. Nauczyciele i władze oświatowe szukają powodów maturalnej porażki, a rodzice kombinują gdzie by tu swe pociechy na korepetycje posłać, aby zdobyły wreszcie upragniony kwit i (w dalszej perspektywie ) zawód. Nikt nie pyta po co. A może jednak zapytać warto?
Skąd się wzięła matura. Matura to jeden z wielu rytualnych sprawdzianów stwierdzających, że konkretny osobnik „godzien jest” zaliczać się do określonej klasy. W społecznościach bardziej niż my prymitywnych egzaminem takim mogło być np. przyniesienie uciętej głowy innego osobnika lub zaliczenie rozmaitych sprawdzianów sprawnościowych (np. w tradycjach Kung-Fu). Tego typu sprawdziany obecne są właściwie wszędzie i bywają ważnym elementem kształtującym organizację wielu społeczności. Wydaje się, że potrzebę takiego kształtowania społecznej hierarchii wpisaną mamy w geny i tu nie za bardzo jest o czym dyskutować. Za pierwowzór naszej matury uznać można chyba jednak dopiero chiński „egzamin na stanowisko urzędnika państwowego” za panowania dynastii Song (X-XIII wiek), gdzie kandydat wykazać się musiał znajomością dość dowolnie ustalanego zasobu wiedzy, która – według innych urzędników – gwarantowała, że się na stanowisku cesarskiego urzędnika sprawdzi. Nie wiadomo czy ten przykład był natchnieniem ministra króla Prus Fryderyka Wilhelma II, gdy ustanowił on w 1788 roku egzamin maturalny m.in. jako warunek dopuszczający do studiowania na uniwersytecie, ale jedną z motywacji były podobno również niedomagania kadry urzędniczej. Rola matury jako przepustki do studiowania potwierdzona została potem pośrednio przez reformę Wilhelma Humboldta i jasno wyartykułowana za rządów Fryderyka Wilhelma IV, kiedy to precyzyjnie stwierdzono, że matura poświadcza zdolność do przyswajania wiedzy na uniwersytecie. Niby tak jak dziś, ale niezupełnie. Uniwersytet współczesny chętnie się wprawdzie na humboldtowską tradycję powołuje, ale z pomysłami Humboldta ma niewiele wspólnego. Utworzony w 1810 roku w Berlinie uniwersytet miał 250 słuchaczy i ok. 50 pracowników. Nie był we współczesnym rozumieniu tego słowa szkołą wyższą, ale naprawdę „korporacją nauczanych i nauczających wspólnie poszukujących prawdy” (cokolwiek by słowo „prawda” miało znaczyć). Była to, być może, „kuźnia elit”, ale do „normalnego” zawodu nikogo nie kształcił. Miał cztery wydziały, z których tylko dwa (prawo i medycyna) mogły być ewentualnie rozumiane jako szkoła zawodowa. Pozostałe to tzw. czysta nauka. Sytuacja pogarszała się jeszcze w miarę rozwoju uczelni, bo nowopowstające wydziały były typowo „naukowe” i raczej odległe od codziennej praktyki (może z wyjątkiem zawodu nauczycielskiego). I tak to, mniej więcej, funkcjonowało do II wojny światowej. W tym systemie matura była przepustką nie do zdobywania zawodu, lecz możliwości aktywnego, polegającego m.in. dyskutowaniu własnych przemyśleń, studiowania. Nie wiem czy ktoś liczył studentów dyskutujących dziś z wykładowcami własne przemyślenia. Ja podczas 40-letniej pracy w kilku uczelniach poznałem zaledwie kilku, może kilkunastu. O jakich studiach mówimy? Do czego przepustką ma być matura? W czasach, gdy liczyły się tzw. wartości (prawda, honor, moralność, odpowiedzialność, patriotyzm, itp.) matura była też świadectwem określonego „poziomu”, co wprawdzie tylko pośrednio, ale jednak jakoś przekładało się na status społeczny jej posiadacza. Można chyba uznać, że ówczesna szkoła nie tylko kształciła, ale też wychowywała. To było jednak bardzo dawno, na pewno poza zasięgiem współczesnych 19-tolatków. Dzisiejsza, przeładowana informacjami szkoła nie ma kiedy wychowywać, a pokolenie krótkich wiadomości tekstowych jest odporne na archaiczne, nie pasujące do współczesnego świata szkolne metody wychowawcze.
Jak to jest teraz. Dziś jedyną sensowną funkcją matury mogłaby być rola sita eliminującego jednostki niezdolne do studiowania. Coś tu chyba jednak nie gra, bo pracodawcy narzekają na poziom absolwentów uczelni, a te tłumaczą się niską jakością „materiału ludzkiego” i organizują przeróżne kursy „przygotowawcze” czy „uzupełniające”, których zadaniem jest dublowanie szkoły średniej. Masowości tych „uzupełnień” nie da się pogodzić ze sprawdzającą wiedzę rolą matury. No to po co ta matura? Jednostce daje bilet do studiowania, które mało kogo dziś interesuje, bo współczesny student nie ma ochoty studiować, a chce zdobyć zawód, tj. być nauczonym jakichś wyuczalnych przepisów postępowania. Czym to się różni od tresury psa trudno zrozumieć, ale studia mają być „efektywne”, tzn. mają przygotować do konkretnego zawodu, a nie zawracać ludziom w głowie rozmaitymi teoriami (Współudział w budowie takich teorii był istotą studiowania za czasów Humboldta). Tak czy owak, ludzie idą na studia po zawód, czyli oczekują przedłużenia nauczania (i być może trochę – problematycznych dziś – uciech studenckich). Żadna matura nie jest do tego potrzebna, bo uczelnie problem przydatności do studiowania „załatwiają” we własnym zakresie. Na ogół z doskonałym skutkiem, bo nie słyszałem by ktoś taki kurs przygotowawczy oblał i został z tego tytułu z pierwszego roku wywalony.
Matura jako egzamin. Uniwersytecki wykładowca proponujący egzamin z sześciosemestralnego wykładu, uznany byłby za niebezpiecznego dewianta. Egzamin z dwóch semestrów uznawany jest na ogół za trudny. A mówimy o ludziach jakoś do nauki zmotywowanych, bo sami przecież określony kierunek studiów wybierali. Przy braku motywacji (iluż to maturzystów zainteresowanych jest np. matematyką?) 50-procentową zdawalność takiego (dwusemestralnego) egzaminu uznać należy za ogromy sukces. A my mamy 70% pozytywnych matur! Egzaminu z sześciu semestrów! O jakiej klęsce trąbią media?! Chyba, że dopuszczamy lipę zamiast rzetelnego sprawdzianu. Wtedy jednak postawić warto kilka innych pytań. Ile z wyników pozytywnych jest przypadkowych? Spora część matury to przecież testy, gdzie odpowiedzi wybierać można losowo. Jeśli nawet uznać, że przypadków nie było, to jaka jest „wartość informacyjna” takiego lipnego sprawdzianu? Wspomniane wyżej „kursy uzupełniające” nie podpowiadają miłej odpowiedzi. Czy warto dla takiej lipy stresować uczniów? Czy nie lepiej byłoby zaproponować im zdawanie egzaminów cząstkowych w dogodnych dla nich terminach? Wbrew pozorom organizacja takiego systemu wcale nie byłaby dużo trudniejsza od organizacji dzisiejszych matur. A można też pewnie zaproponować inne rozwiązania, np. wspomagane badaniami (genetycznymi, psychologicznymi, itp.) wczesne ukierunkowywanie zawodowe uczniów, aby będący matematycznym matołem zdolny polonista zadawał inne egzaminy niż tępy z polskiego dobry matematyk. Jakby pomyśleć albo i zapytać zainteresowanych, to znaleźć by pewnie można mnóstwo rozmaitych projektów. Ale trzeba chcieć. I zamiast powoływać się na tradycję pamiętać, że nie tak bardzo dawno podejrzanych o czary palono na stosach. Stosy zniknęły, inercja mentalna pozostała. Czy na pewno nas na nią stać?
(Waldemar Korczyński)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.