Kiedy przychodzą wakacje, w Krasnopolu nie ma mowy o nudzie. A wszystko za sprawą amatorskich zawodów piłkarskich w strzelaniu karnych, pod nazwą MECHA. W tym roku gramy już dziesiąty rok.
Krasnopol to małe miasteczko położone w północno wschodniej Polsce, między Sejnami a Suwałkami. Na co dzień szare i przeciętne, odżywa latem, wraz z napływem turystów, spragnionych kąpieli w czystych jeziorach i odpoczynku na łonie niedotkniętej dłonią człowieka natury. Czeka na nich także MECHA – krasnopolska tradycja. Od pierwszego dnia lipca, do ostatniego dnia sierpnia, grupka młodzieży spotyka się na boisku do piłki nożnej, by rozstrzygnąć kto danego dnia jest najlepszy w trafianiu piłką do siatki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że zabawa obchodzi właśnie... dziesięciolecie.
Na pomysł zawodów wpadło kilka osób. Wśród nich byłem i ja. Pewnego lipcowego popołudnia nudziliśmy się strasznie siedząc na boisku. Nie było nas tylu, by móc rozegrać mecz. A chcieliśmy jakoś zająć wolny czas. Pomyśleliśmy, że warto by było rozegrać rundę rzutów karnych. Sprawdzić kto jest najlepszy. Za pomocą losowanego kamienia dobraliśmy się w pary i się zaczęło. Umówiliśmy się na kolejny dzień, by znowu znaleźć mistrza w karnych. Jeden z nas spisywał kolejność zawodników i codziennie podliczał średnią punktów. W ten sposób tworzyła się tabela wyników. A dlaczego taka nazwa? Na jednego z naszych kolegów mówiliśmy Mecha, a to on przede wszystkim zainicjował zabawę.
– To były fajne czasy – wspomina Waldek Balkus, najstarszy uczestnik zabawy, który w tym roku obchodzi 26. urodziny. – Fajnie by było zagrać jeszcze raz, przypomnieć sobie młode lata – dodaje z nutką melancholii.
MECHA nie miała ograniczeń wiekowych. Zagrać mógł każdy, kto tylko chciał. I nie trzeba było umieć grać w piłkę. Wystarczyły chęci i zapał do zabawy. Tak więc oprócz dorosłych brali w niej udział też dzieci, nawet te kilkuletnie. I to one właśnie miały największą frajdę z zabawy, choć często nie rozumiały zasad. A zasady z czasem zaczęły być dosyć skomplikowane, bo i liczba biorących udział w turnieju wzrastała. Od kilku do kilkudziesięciu chętnych. Jeszcze w tym samym roku przeszliśmy z epoki kamienia do epoki kinderków, tzn. zastąpiliśmy prymitywne losowanie kamieniami "kto z kim" zagra i zaczęliśmy korzystać z kapsułek od jajek "Kinder Niespodzianka", do których wrzucaliśmy nazwisko gracza. W praktyce wyglądało to tak: o określonej godzinie na boisko przychodziło czternaście osób. Losując, dzieliliśmy ich w pary, które strzelały sobie po pięć karnych z określonego punktu. W systemie pucharowym zwycięzca przechodził do "lepszych", a przegrany do "gorszych". I tak dalej: losowanie, gra, aż do zajęcia określonych miejsc, do wyłonienia najlepszego każdego dnia. Potem wyłanialiśmy najlepszego w tygodniu, w miesiącu. A na końcu, po obliczeniu punktów każdego zawodnika na podstawie zajętych każdego dnia miejsc, wybieraliśmy laureata wakacji. Chodziło przede wszystkim o satysfakcję z wygranej, z zajęcia tego a tego miejsca, z bycia od kogoś lepszym, lub o zwykłą radość z samej gry.
Wszyscy uczestnicy liczyli zawsze na "fuksa", czyli wolny los, który przypadał komuś, kiedy liczba grających nie była parzysta. Często otrzymywał go najmłodszy gracz, który przy odrobinie szczęścia mógł zajść w ten sposób nawet do pierwszej trójki finalistów. Każdy miał szansę zabłysnąć, jeśli nie dzięki umiejętnościom, to dzięki łutowi szczęścia. Były żółte i czerwone kartki za złe zachowanie. A nawet wymyśliliśmy, że będziemy dawać zielone kartki - jako połowa żółtej.
Z biegiem lat impreza się rozkręciła na dobre. Mieliśmy nowe boisko z nowymi, wymiarowymi bramkami. Założyliśmy specjalny zeszyt, w którym były zapisane wszystkie miejsca, punkty etc. Na koniec miesiąca robiliśmy podsumowanie i zwycięzca otrzymywał jakiś mały prezent. Albo nową talię kart, albo dyplom. Pamiętam jak Marek Myszkowski, uczestnik zabawy, podał informację o naszych zawodach do jednego z młodzieżowych programów w ogólnopolskiej telewizji. Zresztą mieliśmy się czym pochwalić, bo to nie była jakaś zapyziała zabawa wiejskich dzieci, chociaż, jak wspomina stały jej uczestnik Ziemowit Rachwalski: – Mieszkaliśmy na wsi i raczej nie było nic do roboty. MECHA ciekawie zajęła nam czas i jako jedna z wakacyjnych rozrywek wybiła się ponad inne.
Poza tym też można ją było nazwać imprezą ogólnopolską, a nawet międzynarodową, bo mieliśmy gości-uczestników z Suwałk, Nowej Wsi, Giżycka, Gdańska, a nawet z Niemiec. Ale też imprezą rodzinną, bo zdarzało się, że trzej gracze pochodzili z jednej rodziny. Tak było w przypadku braci Krzyśka, Michała i Bartka Palanisów, ale i Andrzeja, Marcina i Jacka Łukowskich. Mało tego, wśród uczestników była też jedna dziewczyna!
Adam Grażulewicz, na co dzień mieszkaniec Giżycka, od kilku lat przyjeżdża na wakacje do rodziny do Krasnopola. Do wzięcia udziału w MECHA został namówiony przez ciotecznego brata Arka. – Bardzo dobry pomysł z tą MECHĄ. Można było fajnie zagospodarować sobie wolny czas w wakacyjne popołudnia – opowiada Adam, dodając: – Mam nadzieję, że w tym roku też w to zagramy. Całkiem możliwe... Pewnego dnia przyłączył się do nas niejaki Bartek Zagrabski, którego przywiało aż z... Gdańska. Miał pod Krasnopolem rodzinę, u której spędzał lipiec, a widząc, że gramy, postanowił do nas dołączyć. A z Niemiec był Maciek Frohlich, którego również urzekły krajobrazy Suwalszczyzny i z mamą i tatą spędzał tu wakacje. Na szczęście umiał mówić po polsku. Nie wiem jak byśmy mu wytłumaczyli "zakręcone"zasady gry...
Co zastanawiające w tym wszystkim, to jakaś niesamowita siła samozaparcia drzemiąca w uczestnikach i organizatorach zawodów. Graliśmy nie zważając na pogodę, często w deszczu, w błocie. Czasem z braku piłki strzelaliśmy do bramki jabłkiem z pobliskiej jabłoni... Z drugiej strony ktoś musiał to wszystko skrupulatnie spisywać i uzupełniać, podliczać. A i nie każdy przecież miał czas na codzienną grę. Przychodziły żniwa, niektórzy musieli z nieskrywanym smutkiem rezygnować z rywalizacji. Ktoś wyjeżdżał na kolonie, inny złamał nogę, skazując siebie na absencję w MECHA.
Lata mijają z prędkością światła. Ale czasem trudno odrzucić na bok sentymenty. Zwłaszcza, kiedy ma się przed sobą pożółkły zeszyt z zapiskami... MECHA' 97, '98, 2000, 2001... Nadchodzi lipiec, chce sie znowu grać w karne pod szyldem MECHA 2007. Ale czy będzie komu? Niektórzy z dawnych uczestników gry mają już swoje własne rodziny albo emigrowali do Wielkiej Brytanii. Inni po prostu wyrośli z - jak to określają - "dziecinady".
Ale rośnie nowe pokolenie, które słyszało o zawodach od starszych braci, kolegów. Oni chcą zagrać i dla nich organizujemy kolejny sezon zawodów. Kto wie, może ci, którzy się zarzekają, że nie wezmą więcej udziału w dziecinnej zabawie, przyjdą na boisko i zagrają z nami. Wszak "serce nie sługa"... Ruszamy 1 lipca. Spodziewamy się zawodników i debiutantów z Suwałk, Giżycka, a także spod Warszawy, skąd ma przyjechać kuzyn jednego z graczy. Może zjawią się "weterani" MECHY, którzy obecnie przebywają w Wielkiej Brytanii. Może to będzie już EURO-MECHA? Kto wie... Trzymajcie za nas kciuki.