Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

82448 miejsce

Melancholia stepu. "Zimowy sen" Nuriego Bilgego Ceylana

Złośliwy krytyk mógłby napisać, że kinoman przeżywa podczas seansu "Zimowego snu" żałobę po filmie, którego tutaj nie ma.

 / Fot. plakat filmuBezkresny górzysty step: wszędzie, jak okiem sięgnąć, nagie skały i chore, samotne drzewa bez liści. Wszystko tonie w niezliczonych odcieniach szarości albo w zimnej śnieżnej bieli, która jeszcze bardziej uwydatnia surowość tej krainy. Ludzkie domostwa wydają się tutaj wykute w górskich zboczach, tak jakby wyrastały prosto z ziemi i były jej integralną częścią. Ta ziemia w końcu je pochłania: o jej ponurej władzy świadczą opuszczone osady, w których budynki z czasem po prostu zatracają swe kontury na tle wiecznych skał.

W „Zimowym śnie” Nuriego Bilgego Ceylana krajobraz Anatolii jest jednym z pierwszoplanowych bohaterów: wiele kadrów przedstawia pejzaże melancholii jakby żywcem wyjęte z malarstwa romantycznego. Ta melancholia, którą ziemia zaraża człowieka, staje się w tym filmie tematem głównym: turecki mistrz opowiada smutną historię o świecie pustym, jałowym i wybrakowanym, w którym ludzkim przeznaczeniem jest wieczne niespełnienie.

Utratą i brakiem naznaczona jest tutaj przede wszystkim przestrzeń otwierająca się między ludźmi, przestrzeń kontaktu z drugim człowiekiem. Stali mieszkańcy wtulonego w skały hotelu poza sezonem szukają ratunku przed nudą w rozmowie. Właściciel tego przybytku godzinami rozmawia ze swoją żoną, z siostrą, ze współpracownikiem, z miejscowym imamem, z mieszkającym nieopodal przyjacielem; senne lub gorące dysputy toczą się od świtu do zmierzchu, w zimowym półmroku albo w świetle ognia trzaskającego w kominku. Wszyscy bez przerwy mówią do siebie, niespełniony pozostaje jednak główny warunek rozmowy: nikt tu niczego nie komunikuje, wolą interlokutorów nie jest porozumienie. Wypowiadane słowa wyznaczają miejsce nie spotkania, lecz walki: mają na celu oszukanie, zdobycie przychylności i ubicie interesu albo zdominowanie, upokorzenie, zadanie bólu.

Dłużnik obłaskawia swojego wierzyciela, bo w oczy zagląda mu widmo wyrzucenia na bruk. Stara, samotna kobieta wyładowuje kumulowaną przez lata frustrację na swoim bracie. Mąż pragnie dowieść młodszej żonie, jak bardzo jest od niego zależna; żona w wyrzuca mężowi, że zmarnował jej życie. A to wszystko podczas rozmów na tematy bieżące, społeczne albo filozoficzne. Inscenizowane przez Ceylana konwersacje nie mają końca, a ich uczestnicy zdają się mówić wszystko prócz tego, co oznaczają wypowiadane przez nich zdania. Jedynym szczerym, bezinteresownym wyznaniem jest tutaj monolog wewnętrzny, który nie dociera do niczyich uszu.

W tak określonych warunkach do autentycznego kontaktu nigdy nie dochodzi, a bohaterowie skazani są na tęsknotę za drugim człowiekiem i nieznośną samotność. W tym odosobnieniu przeżywają własne niespełnienie: każdy czule spogląda w przeszłość jak w nigdy niezrealizowane marzenie i postrzega teraźniejszość jako osobistą porażkę. Świadomość klęski zwiększa alienację emocjonalnie okaleczonych ludzi. Beznadziejność ich sytuacji wybucha w słowach, którymi ranią innych: skutecznie odgradzają się od najbliższych solidnym szańcem z własnego cierpienia. Z ich codziennej pustki rodzi się nuda rozumiana na sposób romantyczny: jako całkowita niezdolność do działania i zmiany życia, bezsilna obojętność niepozwalająca na przełamanie fatalizmu własnego losu. Niemal wszyscy u Ceylana odgrażają się, że uciekną z anatolijskiej prowincji do mitycznego Stambułu, i żadnemu z nich się to ostatecznie nie udaje. Ze śnieżnej stepowej pułapki nie ma wyjścia.

Formalny kształt melancholijnego tureckiego arcydzieła w sposób doskonały przylega do jego treści. Złośliwy krytyk, w którego się na chwilę wcielę, mógłby napisać, że kinoman przeżywa podczas seansu żałobę po filmie, którego tutaj nie ma. W „Zimowym śnie” brakuje tradycyjnie rozumianej akcji, nie ma żadnej dramaturgii; sytuacji nie poprawia montaż, który w wielu partiach obrazu jest tak dyskretny, że właściwie niedostrzegalny. W przeraźliwie długich, nieznośnie statycznych ujęciach Ceylan nie opowiada nam historii, która dążyłaby do jakiegoś finału, lecz prezentuje sekwencję teatralnych scen, sennie nanizanych na ponad trzygodzinnym sznurze szczątkowej fabuły.

Brzmi to jak przeciągana ponad miarę filmowa tortura, turecki reżyser potrafi jednak w jakiś magiczny sposób robić wielkie kino pod nieobecność filmu. Genialnie rozpisał dialogi, które stanowią główną materię jego dziwnego (anty)dramatu: niektóre sceny są małymi arcydziełami psychologicznej obserwacji. To oczywiście „tylko” dobra literatura – taki turecki Czechow albo anatolijska „Czarodziejska góra” – cóż jednak z tego, skoro poszczególne kwestie wybrzmiewają tak czysto i przejmująco w ustach aktorów w doskonałej formie. Głównie przez wzgląd na nich wdzięczny jestem Ceylanowi, że zdecydował się na przedstawienie swojego tekstu nie na scenie stambulskiego teatru, lecz na dużym ekranie. Kamera czule obcałowuje tutaj bohaterów: w wielkich, intymnych zbliżeniach ich twarze opowiadają tyle historii, że można by nimi było rozdzielić kilka filmów. Dla widzów, którzy cierpliwie wsłuchają się w tę nieśpieszną, gorzką poezję, otworzy się przestrzeń medytacji nad ludzkim życiem, które jest procesem permanentnej utraty: miłości, energii, złudzeń, możliwości, wreszcie – nadziei.

To prawdziwy cud melancholii: po odrzuceniu filmowej narracji w przestrzeni po utraconej opowieści powstał wspaniały film.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.