Facebook Google+ Twitter

Miasto w dymie z "Monte Carlo"

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2008-02-21 18:20

Myślę więc o mieście, nad którym unosi się dym z papierosów „Monte Carlo”. Nad tłumem ludzi, popełniających swoisty „społeczny grzech”. I o czerwonych od mrozu nosach kobiet zza drugiej strony granicy...

Zdjęcie ilustracyjne. / Fot. APPSenne jeszcze ulice Ustrzyk Dolnych powoli zapełniają się ludźmi. Chłop z workiem na plecach idzie chodnikiem i spluwa siarczyście. Pada deszcz, więc samochody rozpryskują kałuże. Jest wcześnie rano, ale na placu obok „Halicza” i przy urzędzie miasta zjawia się coraz więcej osób w kapturach i z plastikowymi reklamówkami wypełnionymi po brzegi ukraińskim towarem. Alkohol, papierosy, słodycze; tym codziennie handlują tutaj kobiety i mężczyźni zza wschodniej granicy. Każdy z nich musi „wystać swoje”, żeby zarobić na utrzymanie często licznej rodziny. Co chwilę słychać potupywanie, ludzie zacierają zziębnięte ręce.

Z Ustrzyk Dolnych do przejścia granicznego w Krościenku jest tylko 10 kilometrów. Z ukraińskiej strony granicy codziennie przemyca się duże ilości papierosów i alkoholu. Na Ukrainie to Polacy „ładują towar” w czarne worki na śmieci i chowają za zderzaki. W innych miejscach samochodu można znaleźć butelki wódki czy tanich owocowych likierów. Przejechać ukraińską kontrolę celną jest łatwo. Obowiązkowe „ubezpieczenie” i celnik nawet nie mrugnie okiem. Gorzej z Polakami. Przy rodaku można bać się pójścia na „kanał”. Piotrek jeździ tam codziennie. Na „kanale” też już był. „Posmarował łapę” i było po sprawie.

Kilka razy przez granicę

- Nie boisz się? - pytam, i patrząc na jego twarz wiem już, jaka będzie odpowiedź. - Mała, przecież wszystko da się załatwić. Celnik to tylko człowiek - odpowiada mi, jakbym zapytała go ile słodzi.
- Tylko po co? - i sama w duchu dziwię się swojej naiwności.
- Słuchaj, a co ja mogę robić na takim zadupiu jak Bieszczady? Na studia się nie wybieram, szkoda mi czasu. Jak pojeździ się kilka razy przez granicę to można nieźle zarobić. Bo co ja innego wymyślę na tym wypizdówku? Szkoda rąk. Tak opchnę parę wagonów i idę na imprezkę - mówi i szybkim ruchem rzuca na ziemię peta.
- Zawsze możesz stąd wyjechać – wtrącam.
- No, mogę. I wyjeżdżam co lato do Norwegii. „Audiczkę” trzeba podrasować. Swoje już przejechała – śmieje się i klepie samochód po masce.

Pod ustrzyckim „Haliczem” wybija już dwunasta. Słychać dzwony z pobliskiego kościoła. Kobiety w chustach na głowie i z reklamówkami zachodnich firm, pokornie się żegnają. Po chwili wracają do rozmów i wtedy widać jak błyszczą w słońcu ich złote zęby. Sprzedawcy nie muszą nic robić. Tylko stoją. Klientów i tak jest mnóstwo. Wszyscy wiedzą o codziennym rytuale, który się tutaj odbywa. Wszyscy ci, którzy chcą oszczędzić na papierosach, kupując „Primki” za 3 zł, albo Monte Carlo za 3,50.

Policjanci dają pożyć

Te ukraińskie kobiety i mężczyźni nie chcą rozmawiać. Jedyne, czego można się dowiedzieć to, że „pani bida jest”. Wymiana jest prosta. Podchodzisz, mówisz czego chcesz, dajesz kasę i słyszysz tylko nalegający głos:
- Chowaj panie szybko!
Czasem, gdy zjawi się klient, kobiety tak go osaczą, że robi się mała jarmarczna grupka, a każda z kobiet wylicza, co ma jeszcze do sprzedania i jak tanio
- Pani, co pani chcesz?
„Pszenicznaja”, „Chlenbej dar”, „Namirov”, czy „Olimp”. I litrowe piwo w plastikowych butelkach. Oprócz tego cukierki, czekolady i różne owocowe wódki. Handel trwa do wieczora.

Piję kawę przy niewielkiej budce z fast foodem i i mogę być teraz bezkarnym obserwatorem całej tej przemytniczej krzątaniny. W tej chwili nadjeżdża policyjny radiowóz. Zwalnia, a policjant patrzy surowo na rozchodzące się nienaturalnie kobiety. Stoi jeszcze chwilę i odjeżdża.
- Czy oni zawsze udają, że nic się nie dzieje? – zdziwiona pytam znajomego kolegi, pracownika straży granicznej.
- Pewnie, że widzą. Nie wiem, czy dają na to przyzwolenie, ale nie wolno im nikogo zatrzymać dopóki nie zobaczą na własne oczy transakcji z rąk do rąk. Jak nadjeżdża radiowóz to wszyscy wszystko chowają, nie ma zresztą podstaw do przeszukania, bo ci ludzie zazwyczaj mają przy sobie dopuszczalną ilość alkoholu i papierosów. Resztę upychają gdzieś po kątach.

Społeczny grzech

Myślę o tym mieście, nad którym unosi się dym z „Monte Carlo”. Nad tłumem ludzi popełniających swoisty „społeczny grzech”. I o czerwonych od mrozu nosach kobiet zza drugiej strony granicy. O ich dzieciach idących do szkoły z plecakami pełnymi zeszytów i książek. O wszystkich tych, którzy idąc tędy do pracy, po drodze kupują paczkę tanich papierosów. O młodej, ukraińskiej dziewczynie w złoto-brązowych kozakach na wysokim obcasie, i o mężczyźnie, który wręcza jej reklamówkę i tłumaczy, co ma robić.

Dopijam ostatni łyk kawy i patrzę tylko, jak stojąca obok mnie ukraińska kobieta liczy ostatnie dziś paczki papierosów i podnosi z ziemi ledwo nadgryzioną kanapkę, którą przed chwilą rzucił na ziemię młody mężczyzna. I podaje psu. A potem zbiera ze stolika zużyte kubki i ostatnie co widzę, to jej spracowane ręce kładące te kubki tam, gdzie ich miejsce.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 22.02.2008 08:37

dziekuje :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobre(+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

sleroza (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Za talent (+).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Plus za interesujący debiut (+)

Masz zadatki na reporterkę :) Czyta się naprawdę z zainteresowaniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.