Michael Madsen, etatowy filmowy morderca i bandzior, aktor o urodzie teksańskiego kowboja, rozgościł się w Łodzi. Zabija pod dyktando Robby Hensona - reżysera horroru "The House". Scenariusz tego filmu spodobał się hollywoodzkiemu aktorowi tak bardzo, że zaledwie w ciągu dwóch tygodni zdecydował się zagrać w nim główną rolę. I podobno wziął mniejszą gażę, niż ma w zwyczaju.
Zgubiony bagaż i piekielny upał
Amerykańskiemu gwiazdorowi pech towarzyszył od samego początku wyprawy do Łodzi. Najpierw o dwie godziny spóźnił się samolot z Chicago do Warszawy. Kiedy w końcu wystartował, rejsowy lot trwał aż dziewięć godzin. Na domiar złego zaginął bagaż i zawieruszył się gdzieś paszport. Aktora, znanego z wybuchowego charakteru dobił upał, jaki panował na płycie Okęcia.
Rozstrojony i wykończony do granic, odmówił udziału w konferencji prasowej, która miała się odbyć w hotelu Marriot. Błyskawicznie wskoczył do luksusowego, klimatyzowanego mercedesa i kazał się wieźć prosto do łódzkiego Grand Hotelu. Od siedmiu dni jest to jego azyl, w którym relaksuje się po ciężkim dniu pracy na planie.
– Michael na planie jest perfekcjonistą - mówi Marcin Koszałka, autor zdjęć. – Nie znosi dubli i marnowania czasu. Kiedy pojawia się na planie, wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Dwa duble to wszystko na co sobie pozwala.
Hamburger, frytki i zimna cola
Niewiele osób z ekipy ma kontakt z hollywodzkim gwiazdorem. W gronie zaufanych są Wojtek Frykowski, współproducent filmu z łódzkiej firmy More Entertainment oraz ochroniarz Marek Szmigiel. Czas pomiędzy ujęciami Michael Madsen spędza w ukryciu. Nie zwiedza miasta, nie jada w restauracjach, nie bywa pubach. Posiłki zjada w towarzystwie asystenta. Żywi się głównie fast foodem z McDonald'sa. Preferuje hamburgery, frytki i zimną colę.
Na miejscu, gdzie polsko-amerykańska ekipa rozkłada swoje obozowisko ustawiono dla niego specjalną, klimatyzowaną przyczepę. A odkąd zrobiło się nieco chłodniej przygotowano dla niego namiot, w którym stoi grill, lodówka pełna zimnych napojów i wygodny fotel. Spokoju Michaela Madsena jak zawsze pilnuje polski ochroniarz gwiazd - Marek Szmigiel.
Madsen groźny, Madsen zły
Michael Madsen to wysoki, postawny mężczyzna. Obserwując go z boku ma się wrażenie, że jest ciągle wściekły i niezadowolony. Ma ochotę rzucić to wszystko w diabły, zamiast pocić się w mundurze szeryfa z Alabamy, który poluje na swoje ofiary uwięzione w przeklętym domu.
Wystarczy jednak znak reżysera Robby Hensona, a demoniczny mężczyzna zamienia się w profesjonalistę, który nie potrzebuje dubli, by doskonale zagrać scenę, a gdy widzi fotoreporterskie flesze, chętnie pozuje do zdjęć prezentując klasyczny amerykański uśmiech.
- To świetny facet - cieszy się Wojtek Frykowski. - Podoba mu się w Polsce i na planie zdjęciowym. Tylko pogoda i zgubiony bagaż trochę wytrąciły go z równowagi.
Na szczęście aktor może już chodzić we własnych ubraniach. Walizka odnalazła się na lotnisku w Chicago. Do Warszawy przyleciała w poniedziałek, skąd specjalny samochód przywiózł ją do Łodzi. (jed)