Facebook Google+ Twitter

Michale, pozwól swej muzyce grać

Jazz nie miał wśród komunistycznych władz dobrych notowań. Imperialistyczna muzyka, której słuchają opaśli kapitaliści, palący grube cygara – metka wystarczyła, żeby lokatorzy warszawskiego białego domu dostawali dreszczy na dźwięk synkopy

Koncert jazzowy, fot. Andrzej Szozda, Gazeta Poznańska W okresie "odwilży", po tym jak przekorny Tyrmand zaczął lansować hasło: jazz muzyką prześladowanych w Ameryce murzynów – jazzu wolno było słuchać; jazz wolno było grać.

W 1973 roku Warszawa była szarym miastem, zaludnionym szarymi ludźmi. Bywały jednak dnie kiedy szarość nabierała pastelowych barw. I w taki właśnie dzień wracałem z koncertu Michała Urbaniaka, który odbył się w Filharmonii. W nastoletnim wówczas chłopcu, jakim byłem, tęcza zadomowiła się owego wieczora. Grały we mnie skrzypce Urbaniaka, bębny Bartkowskiego, basy Jarzębskiego i organy Karolaka. Grał we mnie jazz, którego i ja byłem twórcą. Oto bowiem podczas koncertu nagrano płytę "na żywo”, na której do dziś brzmi mój ekstatyczny okrzyk „bomba!”

W kilka tygodni później Michał Urbaniak wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Wyjechał – jak sam mówi – nie za chlebem, a za jazzem. Zrobił tam karierę oszałamiającą. Koncertował i nagrywał płyty z największymi sławami jazzu: Georgem Bensonem, Lenny Whitem, Waynem Shorterem, Marcusem Millerem, Billy Cobhamem, Joe Zawinulem, Rony Carterem a nawet Milesem Davisem. Takiej kariery, takiego uznania nie doznał żaden polski muzyk jazzowy oprócz Adama Makowicza.

Wczoraj, w warszawskim parku Sowińskiego miałem wielkie szczęście posłuchać Urbaniaka po raz kolejny. Koncert zorganizowany z okazji 5 rocznicy 11 września był w zasadzie estradową składanką. Urbaniak przywiózł do Polski kilkunastu muzyków amerykańskich, którzy odśpiewali i odegrali półtoragodzinny koncert. Nie lubię takich składanek, „koncerto-akademii ku czci”. Nudzą mnie i przypominają akademie 1-majowe z czasów wczesnego Gierka. Wczoraj było inaczej, a to dzięki geniuszowi Urbaniaka.

Podczas któregoś Jazz Jamboree, odbywającego się w czasach antyku, wystąpił młodziutki wówczas Didier Lockwood. Słuchając tego fenomenalnego skrzypka myślałem: Boże, żeby nic mu się stało, żeby nie wpadł pod samochód, żeby nie zachorował, żeby nie umarł, żeby grał przez 500 lat! Słuchając wczoraj Michała Urbaniaka (szczególnie w jego kompozycji Nirvana) doświadczyłem deja vu: Boże, spraw, żeby Michał grał przez tysiące lat, pozwól jego muzyce grać.

W jakimś swoim młodzieńczym wierszu napisałem: żyć tak, żeby czuć w sobie strzelistość gotyckich katedr, spokój angielskich ogrodów i szaleństwo rokokowych pałaców. To wszystko czułem wczoraj wieczorem. Muzyka Urbaniaka najpełniej pozwoliła mi odczuć tragedię 11 września; pozwoliła poczuć więź z ofiarami ataku, z ich rodzinami i ze wszystkimi ludźmi kochającymi życie. Dziękuję Ci za to Michale i błagam: pozwól swojej muzyce grać.

ap

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Olgierd
  • Olgierd
  • 12.09.2006 15:55

Hmm z tym "zagraniem" z Milesem to było tak, że odegrał swoje 10 sekund (na Tutu?) a następnie rozmawiał o tym z Davisem przez telefon.

Komentarz został ukrytyrozwiń
gudrun
  • gudrun
  • 12.09.2006 10:15

Ot wydawać by sie mogło, że to tylko zapis wydarzenia, a jednak coś w tym tekscie gra.Mimo, iż osobiście za jazem nie przepadam to z przyjemnością przeczytałem ten tekst w którym brzmi autentyczna nirvana.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.