Facebook Google+ Twitter

Między Bogiem a rock'n'rollem

Kings of Leon to powszechnie zagłaskana prowincjonalna ściema o słusznych jedynie inspiracjach. Prawda? Nieprawda. Przyszło samemu również co nieco odszczekać i się pokajać, no prawie.

Bo choć Followillowie wreszcie udowodnili, że rock nie ogranicza się dla nich jedynie do kilku imprez, to jednak dystans jaki dzieli Amerykanów od najciekawszych dzisiaj przedstawicieli gatunku wciąż można mierzyć w latach świetlnych. No ale przynajmniej spróbowali.

Only By the Night - okładka / Fot. Sony BMGPrzyznam szczerze, że tych wszystkich zachwytów nad ich wcześniejszymi dokonaniami kompletnie nie rozumiałem. Niby podobnie jak White Stripes przywracali wiarę w proste akordy i surowe gitarowe przestery, ale rozumu czy świadomości - że o dobrych kompozycjach nie wspomnę - na tych płytach nie było za wiele. Więcej prowincjonalnej ignorancji i czereśniowej popeliny. Byli dla mnie ikoną rockowego prostactwa, która pięknie sama podsumowała się tytułem jednej z piosenek - "Kings of the Rodeo". Właśnie wydana, trzecie płyta Amerykanów - "Only By the Night"- przynosi zmiany. Z tego ze trzy to nawet znaczące.

Po pierwsze produkcja. Sony wreszcie pokazało gest i zatrudniło fachowca wiedzącego, że brzmienie współczesnego rocka nie musi przywodzić na myśl zapyziałej knajpy z jakiejś mieściny w Tennessee. Gitary brzmią jak trzeba, dużo przestrzeni i dynamiki, hałas kontrolowany. Daleki jednak od sterylnie czystych i wykastrowanych z rockowego wykopu nagrań dzisiejszego U2. Tak powinna brzmieć każda rockowa płyta XX wieku.

Zgadza się, XX wieku. Bo Kings of Leon podobnie jak U2, Oasis i pozostali starsi bracia w wierze, są obecnie symbolem muzycznego niedorozwoju. Followillowie wnioski niby wyciągnęli słuszne i grają z głową, a i kilka piosenek udało się im napisać. Przebojowe "Sex On Fire", dekadenckie "Cold Desert", rockowy power z wysokimi partiami basu w "Crowl". Zero wypełniaczy, album solidny i równy jak rzadko. Jednocześnie koszmarnie zachowawczy, pełen tego co już kiedyś było i krzywdy nikomu nie zrobiło. Dlatego wątpię, by w tak ślamazarnym tempie Kings of Leon dogonili awangardę gatunku reprezentowaną obecnie przez TV On The Radio. No chyba, że liczą na pomoc niebios.

A na to się nie zanosi. Trójka braci plus kuzyn, którzy nagle zostając gwiazdami odkryli niepedagogiczne właściwości rock'n'rolla, daleko zboczyła z macierzystej ścieżki. Ojciec zielonoświątkowiec, kapłan, wychował synów w iście purytańskim rygorze. Followillowie choć pozostali religijni bardzo szybko zyskali miano ostrych i nie stroniących od używek imprezowiczów. Dzisiaj w rozkroku między sacrum, a profanum, w tekstach wydają się być pogubieni i przepełnieni bólem egzystencji. Caleb swoim pełnym ekspresji wokalem śpiewa o świetnym seksie, karci złą Amerykę, opisuje szaloną imprezę, a za chwile... snuje apokaliptyczne wizje Boga pogrążonego w zadumie nad ludzkością. Wie, że nic nie boli tak jak życie w wewnętrznym rozdarciu, czego wyraz daje perwersyjnie wręcz ekshibicjonistyczną linijką: "Jezus mnie nie kocha, i nikt poza mną nie niesie mojego brzemienia".

Fani, sadystycznie powinni mu więc życzyć kolejnych utrapień, bo im u niego gorzej, tym u Kings of Leon lepiej. Choć może chłopcy pochodzący z mekki country i rocka - Neshville, wreszcie załapali i przyjęli nowe zasady gry... ups, wiary.


Singiel "Sex On Fire" do odsłuchania tutaj.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.