Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

48849 miejsce

Między koksem a charyzmą, czyli o siłowniach słów kilka

Każdy z nas słyszał o siłowniach. Przyjęło się sądzić, że chodzą na nie panowie „bez karku”, którzy „jadąc na koksie" rozrastają się do nienaturalnych rozmiarów...

Siłownia. / Fot. AKPAPowszechnie wiąże się z tym stereotyp "dresa", który "idzie na siłkę" żeby "przypakować", a po wyjściu z niej, "spuścić komuś łomot". Ile jest w tym prawdy? Jak się okazuje niewiele. Nie zaprzeczam, że tacy ludzie mogą uczęszczać na niektóre siłownie, jednak mam na uwadze własne – całkiem inne doświadczenie. Jeszcze jako student, miałem okazję poznać trzy całkiem różne łódzkie siłownie. Zaznaczam, że choć trenuję kulturystykę, nie mam ambicji rozrastania się do niebotycznych rozmiarów, jem normalnie jak wszyscy, choć zastępuję ziemniaki ryżem, białe pieczywo ciemnym i ograniczam spożycie słodyczy. To akurat jednak wychodzi tylko na zdrowie.

Pragnę zwrócić uwagę na kilka kwestii. Przede wszystkim - dbałość o człowieka. Uczęszczając parę lat temu na ćwiczenia kulturystyczne w ramach studenckiego wf-u, po raz pierwszy zetknąłem się z kulturystyką. Sala nie była zbyt duża, a za jej ścianą odbywały się treningi samoobrony. Utrudniało to trening siłowy, gdyż małe rozmiary pomieszczenia, nie zapewniały możliwości ćwiczenia wszystkim chętnym. Trzeba więc było czekać na swoją kolej. Największym minusem był fakt, że instruktor sprawujący pieczę nad siłownią, najczęściej prowadził w tym czasie zajęcia z samoobrony, nie zawsze pozostawiając na swoim miejscu zastępcę. Po około półtora roku, trafiłem do następnej "świątyni kulturystyki". Tu, jak się okazało pod wieloma względami było znacznie gorzej. Nie było bowiem nikogo, kto mógłby dozorować ćwiczenia trenujących. Instruktorka co prawda na początku pokazała mi jak wykonywać ćwiczenia, jednak z czasem ulatniała się, by prowadzić zajęcia z zakresu aerobiku w sąsiedniej sali. Tak więc, o ile nie pojawił się danego dnia nikt, kto w tym czasie by ćwiczył obok, pozostawałem sam. Zgroza bierze na myśl, co mogłoby się stać, gdyby mięśnie nie wytrzymały za którymś powtórzeniem ciężaru podnoszonej sztangi! Ponadto sala treningowa nie była zbyt wielka, a sprzęty do ćwiczeń – nie zawsze sprawne. Wreszcie trzecia siłownia, do której trafiłem dzięki koledze. I... wielkie zaskoczenie. Dwie wielkie sale i profesjonalne przyrządy do ćwiczeń. Zwróciło też moją uwagę podejście ćwiczących do siebie. Wcześniej nikt nigdy nie dawał mi tak szczegółowych instrukcji, jak ćwiczyć, na co uważać, co jeść, a czego pozbyć się z jadłospisu, by zrzucić kilogramy i zacząć przybierać na masie, jednocześnie rzeźbiąc ciało. Co więcej, jak się miało okazać w ciągu kolejnych treningów, jeden za drugim padło wiele mitów. Okazało się bowiem, że nie przychodzą tu cierpiący na brak karku "dresiarze" ćwiczący tylko po to, by spuścić potem komuś przysłowiowy łomot.

Podczas kolejnych treningów poznawałem ludzi tam przychodzących. Wielu z nich prywatnie prowadzi również treningi, np. w zakresie trójboju, zapasów, czy judo; inni po prostu przychodzą amatorsko rzeźbić ciało. Kto przychodzi? Mamy tu cały przekrój społeczny: policjant, student, uczeń, adwokat, pedagog, informatyk, księgowy… Poznałem też trenera - pana Józefa, wyglądającego 20 lat młodziej, niż w rzeczywistości. Trener jest człowiekiem z zasadami. Zwraca baczną uwagę na dane słowo, stara się młodym ludziom zaszczepić wartości takie, jak: dyscyplina, charyzma, odpowiedzialność, pielęgnuje w nich siłę woli. Nie znosi cwaniactwa i lenistwa. Za to właśnie go cenię. Należy do ginącego - jak sądzę - w dzisiejszych czasach "gatunku" ludzi określanych mianem "stara dobra gwardia".

Pewnego dnia, gdy przyszedłem na trening, usłyszałem od pana Józefa: „Słuchaj, to jest straszne jacy teraz są niektórzy! Przyszedł do mnie kiedyś jeden taki „ziomal” i pyta: ile trzeba pakować, żeby wyglądać jak ten (wskazał na stojącego opodal kolegę). To ja mu na to odpowiadam, że 7 lat. A on się patrzy na mnie i pyta ze zdziwieniem: to w siedem miechów tego się nie da opchnąć?” Jak się okazuje – nie da się. Bo trening to nie bezmyślne „pakowanie”. Trzeba dokładnie wiedzieć jak ćwiczyć, czego unikać. Niektórzy jednak nie bacząc na dobre rady, muszą nabawić się bólu mięśni lub urazów, by zaczęli myśleć. Takie przypadki to jednak na tej siłowni na szczęście rzadkość.

Przyjęło się sądzić, że na siłownię chodzą tylko panowie. Otóż nie. Przychodzą też panie i całe rodziny. Najmłodsi słuchają, obserwują i wykonują ćwiczenia stosownie do wskazówek trenera lub doświadczonych kulturystów. Uczą się wytrwałości i – kiedy trzeba – umiarkowania w ćwiczeniach. I nawet jeśli któremuś z ćwiczących wyrwie się czasem słowo z dźwięcznym „r” w środku, czy siłownia nie jest lepszą opcją dla młodego, rozwijającego się człowieka, niż granie w kolejną grę komputerową lub „jaranie z ziomami” na klatce? Ktoś powie, że dziecko nie powinno słuchać bluzgów. I owszem, ale nie raz jeszcze je usłyszy - często wbrew własnej woli. A trzymanie pod kloszem nie wychodzi na zdrowie.

Kilka słów odnośnie samych pań. Młodsze przychodzą rzadko i najczęściej od niechcenia, wykonują proste ćwiczenia z niewielkim obciążeniem. Kobiety w średnim wieku, przychodzą nieregularnie, lecz stanowią stały skład osób ćwiczących na siłowni. Co ciekawe – jedne i drugie, zawsze przychodzą z „obstawą” – męża lub chłopaka. Ot, pokutujący w społeczeństwie mit miejsca dla samców alfa i "mięśniaków".

Niektórzy ludzie robią szczególnie niemiłe wrażenie w oczach stałych bywalców i trenera. Szczególnie ci przychodzący po raz pierwszy. Kto konkretnie? Ludzie bez zasad, niepoważni, cwaniacy i krętacze. Osoby tego pokroju trener określa mianem „pokolenia Y”, „trefnego miotu”, bądź sarkastycznie „new generation”. Do takich bowiem należy grupka studentek, które ostatnio odwiedziły siłownię. „Zobacz jakie są teraz dziewuchy – zżymał się pan Józef - cholerne pokolenie Y! Umówiły się w zeszłą środę, że przyjdą w sobotę, pytały czy mogą… Powiedziałem, że tak, bo ja jestem zawsze oprócz niedziel, a one przychodzą dopiero dzisiaj – w następną środę! A kiedyś mi przyszły dwie i powiedziały: no bo proszę pana, my niby tu mamy chodzić, ale my mamy zwolnienie lekarskie… Ale jak pytam: „a na dyskoteki chodzicie” to chórem odpowiedziały „taaak!”. Powiedziałem im: macie siłę chodzić na dyskoteki, to możecie chodzić na siłownię. No i za długo nie pochodziły, poszły do jelenia, który przyklepał im te ich lewe zwolnienia...”.

Trener jest człowiekiem starszej daty, lecz w przeciwieństwie do wielu młodych – ma charakter. Nie toleruje „leserów” robiących wszystko – nawet ćwiczenia – na przysłowiowe „odwal się”, kombinujących jak tu zrobić, żeby się nie narobić, a także na biorących narkotyki (w tym palących trawkę), żyjących od imprezy do imprezy. Ileż razy widziałem pana Józefa mówiącego „rób ćwiczenie dokładnie, bo potem się tak nauczysz robić źle i tak ci zostanie!”. Szczerze podziwiam tego człowieka za pasję i charyzmę, jakie wkłada w prowadzenie siłowni i kształtowanie młodzieży.

Wreszcie kwestia tematów poruszanych między ćwiczącymi. Wbrew wyobrażeniom, panowie nie mówią wyłącznie o „pakowaniu”, „koksie” i „laskach”. Tematów jest wiele – od mniej do bardziej poważnych – związanych z codziennym życiem i jego różnymi aspektami. Czasem śmiesznie, niekiedy z lekką nutką filozofii. Na pewno ta siłownia jest miejscem, w którym psychicznie odpoczywam. Nie ja jeden zresztą. Mój znajomy – Sławek, odwiedza siłownię, podobnie jak ja, trzy razy w tygodniu. Z zawodu – księgowy. Poza ćwiczeniami siłowymi, poszerza swoją wiedzę w zakresie znajomości kultur i… ezoteryki. Bynajmniej nie jest przez to powodem drwin. Spokojny, zrównoważony, z widocznym na sobie rezultatem długoletnich ćwiczeń. Poza tym – jarosz.

Na koniec sprawa samego „koksu”, czyli sterydów należących do grupy „anabolików”. Prawda jest taka, że jeśli ktoś chce – sam znajdzie. A o to nietrudno. Samych ogłoszeń w internecie jest pełno. Trener jest „cięty” na „koksiarzy” i wcale mu się nie dziwię. Sam nie biorę, ponieważ po prostu ich nie potrzebuję. Stosuję natomiast dietę, o której wspomniałem na początku i ona mi wystarcza. Są jeszcze odżywki, spośród których jedynym specyfikiem jakiego dotychczas używałem, jest L-karnityna. Przydatna dla organizmu do wzmocnienia układu odpornościowego, zapobiegająca odkładaniu się cholesterolu i przyspieszająca spalanie tłuszczu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

super, ten artykuł naprawdę jest świetny :-)

ps. może by coś o tych paniach, czemu nigdy nie same? to też ciekawe z perspektywy kultury w jakiej nas (je) wychowano

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak - to dziwne jak często ulegamy stereotypom, które zazwyczaj przedstawiają przypadki marginalne lub ekstremy (które mogą zdarzyć się dosłownie wszędzie, jednak nie stanowią modelu!). Proponuję autorowi rozwinięcie tematu patrzenia na świat przez pryzmat tego czy owego:) - zwracanie uwagi takie lenistwo w postrzeganiu zasługuje na uznanie.
Antropolog kulturysta - szacun:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawe

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.