Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

26165 miejsce

Między Libią a Sudanem. Reportaż z podróży do Czadu

Góry Tibesti w północnym Czadzie to dziwne miejsce. Niby ktoś był, ale nie wiadomo kiedy. Każdy wie, gdzie one są, ale nikt nie potrafi o nich niczego więcej powiedzieć.

Okolice oazy Faya Largeau / Fot. Szymon KowalczykKolacja

- Ten jest z Syrii.
- Jest zdecydowanie lepszej jakości – przytaknąłem, gładząc dłonią dywan. Wcześniej dostałem libijski, szorstki. Ładny, ale nie tak przyjemny jak ten. Libijskiego nie chciałem, ale ten wziąłbym w ciemno.
- Teraz nie łatwo taki znaleźć.
- Z powodu wojny?
- Syria ma teraz poważne problemy. Wojna wstrzymała handel. Ameryka, Francja i Europa wspiera rebeliantów. Rosja i Chiny Assada. I to jest teraz problem – Theophile tłumaczył słowa gospodarzy z arabskiego i goran na łamaną angielszczyznę.

Zapomniana wioska gdzieś pomiędzy regionem Borkou a górami Tibesti / Fot. Szymon KowalczykUkład w opisie ich świata jest prosty, czarno-biały, zerojedynkowy. Jest problem albo go nie ma. Wojna jest problemem, pokój nie jest. Handel nie jest problemem, ale jego brak jest już problemem wielkim, wręcz monstrualnym. Jakże to? Arab z dziada pradziada kupczy, gdzie się da. A tu nagle wojna?! Dlatego trzeba kombinować, żeby problemu nie było. Jak strzelają z prawej to ciężarówki suną z lewej. I tak na obyrtkę. Byleby mniejszy problem był niż ten monstrualny!
- A która strona ma rację? – zapytałem. Assad czy rebelianci?
- Assad! – wykrzyknęli moi rozmówcy głębokim, gardłowym tonem. - Kiedyś Ameryka, Francja, Europa, Rosja i Chiny potrzebowali Assada. Teraz się odcinają od niego. Już go nie chcą. Jest im niepotrzebny. Tak samo było z Kadafim. Kiedyś Chiny wspierały Kadafiego. Ale Francja przekonała ich, żeby wspólnie pozbyli się pułkownika. Gdyby tylko Chiny nie zaakceptowały tego układu, Kadafi władałby Libią do dzisiaj.
- Jak to było naprawdę z tą rewolucją w Libii? – ciągnąłem dalej temat.
- Północny Czad to Tubu. I południowa Libia to Tubu. Ci pierwsi dołączyli do swoich ziomków w Kufrze, żeby wspólnymi siłami walczyć z Kadafim. Bo ten - dawno, ale nie tak dawno, żeby zapomnieć - przyprowadził swoich wojaków do Faya Largeau. Podczas wojny czadyjsko–libijskiej okupowali cały północny Czad. – To co nakradli to ich, ale śmierci bliskich tak łatwo się nie przebacza.
– Dlatego jesteśmy teraz szczęśliwi, że Kadafi nie żyje.

W kierunku Mekki / Fot. Szymon KowalczykKaddafiemu zamarzyła się wielka Libia i ogromne wpływy w Afryce Subsaharyjskiej. Chciał zaszczepić islam tam, gdzie do tej pory prym wiedli chrześcijanie i animiści. Pod zielonym sztandarem chciał zjednoczyć Afrykę. Do tego potrzebny był mu Czad. Połacie pustyni, gdzie ludzie Goran, Tubu, Zaghawa walczyli ze sobą, zawierali sojusze, a jeszcze częściej zdradzali się nawzajem, były wrotami na południe. I jednocześnie przyczyną porażki. Utemperowały megalomańskie aspiracje pułkownika.

Pozostałości po wojskach Kaddafiego w Faya Largeau / Fot. Szymon KowalczykPiachy Borkou, z gajami daktylowymi, rozciągające się na wschodzie wyżyny Ennedi i surowe pasmo gór Tibesti zrodziły trzech mężczyzn – Hissein`a Habre, Goukouni Wadei oraz Idrissa Deby`ego. W 1975 roku, pierwszy prezydent Czadu Francois Toumbalbaye, naiwnie ufając, że kule i pociski nie będą się imać ścian pałacu prezydenckiego, stracił urząd, wpływy, klucze do skarbca. I przede wszystkim życie. Marsz na Ndżamenę powiedli wówczas, ramię w ramię, Wadei i Habre. Jednak tron dwóch opasłych tyłków nie pomieści. Jeden spychał drugiego, drugi pierwszego. Pierwszy tył szybciej,
bo więcej chapał. Drugi wreszcie gruchnął o ziemię w gabinecie ministerialnym. I poczuł się urażony, oszukany. Ambicje przecież większe! I wreszcie rodzina, kuzyni i najbliżsi kuzynów, zaczęli się upominać o swoje. Przecież obiecano im teki, najlepsze miejscówki przy korycie, wejściówki VIP do rządu? Jakże to? Z północy maszerowaliśmy za darmo? Krew toczyliśmy, braci po drodze chowaliśmy, żeby teraz wracać do domu? Z pustymi rękami? Przecież to nie przystoi zwycięzcom. Tak więc Wadei, broniąc swojego prezydenckiego stołka, skumał się z Kadafim. A Habre, mając ciche przyzwolenie Francji, gotował się na kolejny rajd na NDżamenę. I osiągnął to co chciał, marzenie o władzy spełnił.
Tylko pułkownik Kadafi, ze swoimi wojakami, rozpanoszył się na północy, samoloty nad Ndżamenę wysyłał.

W drodze do Faya Largeau. / Fot. Szymon KowalczykResztę dopowiedzieli moim towarzysze:
- Hissein Habre wygrał wojnę z Kadafim. Dlatego Kadafi razem z Bashirem z Sudanu wsparł Idrisa Deby`ego – Zaghawę z Ennedi, z Biltine – i jego rebeliantów w walce przeciw Habre. Kadafi chciał pokazać, że jest największym, najwybitniejszym władcą Afryki. Zorganizował przecież Unię Afrykańską i rękami Idrissa Deby`ego chciał wybudować w Czadzie ogromne wrota na południe Afryki. Gdyby Habre był prezydentem do dzisiaj, Kadafi nie byłby wstanie zrobić niczego. Habre był po prostu
silniejszy… - zakończyli.

Ludzie Habre, poupychali kieszenie czym się dało i ratując życie, uciekli z kraju. Zastąpili ich poplecznicy Deby`ego.
A Kadafiemu, sen o wielkiej Afryce, prysł niczym mrzonka, wraz z Arabską Wiosną.

Kilka dni wcześniej…

Z ruchliwej ulicy, zawalonej żółtymi, rozklekotanymi taksówkami, chińszczyzną z lewa i prawa wysypującą się ze sklepów, straganów, naprędce zbitych kramików i poboczy, skręciliśmy w zaułek. Dalej przez dziedziniec, w kierunku szyldu „Dom kombatanta”. To tu, mogę powiedzieć, zaczyna się pierwszy rozdział, najnowszej historii Czadu. Od maszerującej na ścianie kolumny generała Leclerca w `41. Od „Marszu z Czadu”, a dokładnie z Faya Largeau, do której miałem niebawem trafić… My mamy swoją „Panoramę Racławicką”, Czadyjczycy swój „Marsz z Czadu” w zatęchłej, zakurzonej, chociaż stołecznej gospodzie. Z pierwszego obrazu, kolumna generała Leclerca, przemaszerowała na kolejny. Na północ! Na Libię! Dalej pojawiają się wozy bojowe, gaje daktylowe (pewnie gdzieś za Faya Largeau). Jedni maszerują, inni strzelają, jeszcze inni padają martwi. Czerwona farba kontrastuje na bladym, wypłowiałym piachu Sahary. Aż wreszcie, na przeciwległej ścianie, salwy z karabinów malują zwycięstwo. A w rogu, już nie malowany, siedział kombatant. Uśmiechał się lekko, przyglądając mi się uważnie. Twarz miał pełną bruzd i zmarszczek. Widać, że wiele w życiu przeszedł. Ale z pewnością nie
„Marsz z Czadu”. Tak podeszłego wieku, mało kto w Czadzie dożywa…

Ndżamena, stolica Czadu / Fot. Szymon KowalczykCiekawe, gdzie walczył? – myślałem. Jeżeli jest z Sarh, to zapewne był człowiekiem pierwszego prezydenta – Francoisa Toumbalbaye. Brak mu jednak charakterystycznych dla Sara blizn na policzkach i czole. Więc może pochodzi z Borkou lub Tibesti? Może to właśnie on, śmiertelnie ranił Toumbalbaye w pałacu prezydenckim w `75? A może jest Zaghawa? Przybył z północnego – wschodu? Z Ennedi? Z Biltine? Za Idrisem Deby. Może to właśnie on przepędził ze stolicy samego Hissena Habre? A kilkanaście lat później, w 2008 roku, bronił Deby`ego, żeby nie podzielił losów Toumbalbaye?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Ciekawy tekst, dobrze napisany, chce się czytać. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przeczytałam z przyjemnością! Bardzo dobry tekst, gratuluję i proszę o więcej :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny tekst, świetna wyprawa, gratuluję odwagi i determinacji :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.