Facebook Google+ Twitter

Milczenie jest złotem

W ciągu ostatnich kilku dni politycy opcji lada moment rządzącej dwukrotnie już zmuszani są, by tłumaczyć się ze skutków własnej bezmyślności.

Zupełnie jakby nie wiedząc, że w ciągu nadchodzącej kadencji (ile by ona nie potrwała) przyjdzie im się jeszcze wielokrotnie tłumaczyć ze spraw po wielokroć poważniejszych. Większość z nas czuje bowiem chyba, że będzie to „władza pod szczególnym nadzorem”.

Nie wiem na ile jest to objaw zwycięskiego, powyborczego rozprężenia, a na ile ustawicznej niekompetencji, ale to i tak wybór jak między dżumą a cholerą. I zły prognostyk na kolejne kilka lat, gdy obecnej władzy przyjdzie mierzyć się z wyzwaniami większymi niż gra o stołki. Czy to rządowe czy te na europejskich szczytach.

I choć istota „maltańskiego sporu” wydaje się relatywnie błaha, przywodząc na myśl niegdysiejsze utarczki między Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem czy niedawną pseudoaferę z podawaniem ręki, to jednak postawa prezydenckiego otoczenia jest niepokojąca. Jakikolwiek by nie był bowiem standard ostatnich 5 lat to kto jak kto, ale głowa państwa po dwakroć powinna wiedzieć co robi i po co. Mało tego – dla każdej sytuacji posiadać powinna plan B. A zespół prezydenckich doradców i współpracowników od tego jest, by takich rzeczy dopilnować. Trzymiesięczny „okres ochronny” dobiegł końca, nowa Kancelaria miała czas, by okrzepnąć, a Prezydent Duda jest na ten moment jedynym z najwyższych urzędników państwowych, funkcjonującym z pełnym mandatem od społeczeństwa. Gdy więc prof. Zybertowicz tłumaczy w Radiu ZET, że prezydencka Kancelaria o maltańskim szczycie nie wiedziała, to, z całym szacunkiem dla niego, jest to tłumaczenie na poziomie uczniaka, który nie ma pracy domowej, bo trzy dni temu nie był w szkole i nie wiedział co zadawali. Może częściej powinniście Panowie ustawiać Prezydentowi przypomnienia w telefonie albo coś?

Przy czym o ile jeszcze spodziewać się można, że o czwartkowym szczycie wszyscy chwilę później zapomną (a szkoda, bo problem imigrantów choć przycichł, wcale dzięki temu nie zelżał i może warto by skupić się na stronie merytorycznej szczytu), to już możemy być pewni, że nieroztropna wypowiedź Beaty Szydło, która za najbardziej prawdopodobnego szefa MON uznała miesiąc temu Jarosława Gowina, ciągnąć się będzie za nią tak długo, jak długo Szydło na fotelu premierskim pozostanie. I jakby się teraz ona nie tłumaczyła, wrażenie, nie tylko w nieprzychylnych jej mediach, pozostanie następujące – Szydło złamała pierwszą z obietnic zanim jeszcze zdołała zostać zaprzysiężona. Nie wdając się już w tym momencie w oceny personalne nowych ministrów – co tamta deklaracja sprzed miesiąca miała na celu? Jeśli była szczera, krytycy łatwo zyskują kolejny argument na kompletną niesamodzielność pani Szydło bądź chaos w niedawnym gabinecie cieni. Jeśli miała jedynie uspokoić centrowych wyborców, to taki akt politycznego cynizmu jest jednak dość krótkowzroczny. A jeśli Pani Szydło chciała zagrać komuś na nosie (komu? mediom? Jarosławowi Kaczyńskiemu?) to, na litość boską, kandydat na szefa rządu nie jest od tego, by się takimi pstryczkami w nos zajmować. Zwłaszcza, gdy „przeciwnik” lada moment może się odegrać.

Nie przeceniając realnej rangi powyższych „kryzysów”, trudno nie odnieść wrażenia, że Andrzej Duda i Beata Szydło mają je w dużej mierze na własne życzenie. By ich bowiem uniknąć wystarczyło jedynie… trzymać język za zębami. Dwa razy mniej mówić, a dwa razy więcej myśleć. A najlepiej też i dwa razy więcej pracować. Wtedy nie ma czasu na łażenie po mediach i roztrząsanie potęgujących chaos personalnych spekulacji. Tego politykom opcji rządzącej na te najbliższe czasy życzę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.