Facebook Google+ Twitter

Miles Davis: Autobiografia

Któż nie zna "Koko", "The Bird of Cool", kto nie zakochał się od pierwszych taktów w "Kind of Blue" czy "Tutu"? Czy można nie kochać Milesa, mistrza jazzu, króla trąbki? W księgarniach pojawiła się właśnie autobiografia Davisa. Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Milesa i jazzu.

"Zbuntowany, czarny, nonkomformista, wyluzowany, z czadem i pełen gniewu, wyrafinowany i skrajnie wysmakowany, co tam jeszcze wam podejdzie – wszystkie te określenia pasowały do mnie. Ale też dopieprzałem niesamowicie na trąbce, miałem genialny zespół, więc uznanie, jakim mnie darzono, nie brało się tylko z wizerunku buntownika."

Fot. Wyd. ConstantiZ autobiografii Milesa wyłania się obraz człowieka, który kocha muzykę, który ją rozumie i czuje. Dla którego przez wiele lat liczyła się tylko ona, a przez całe życie była na pierwszym miejscu. Davies mówi o swoich początkach, fascynacjach, pierwszych sukcesach. O świecie, w którym królował Duke Ellington, Bird – Charlie Parker Jr., Dizzy (John Birks Gillespie), John Coltrane. O sukcesach, porażkach, o narkotykowym dnie. Z brutalną szczerością opowiada, jakim był draniem w stosunku do rodziny, jak źle traktował kobiety.

Momentami opowieść zaczyna się zmieniać w przerażającą prawdę o narkotykowym nałogu, w który wpadło wielu znakomitych muzyków tamtych czasów, także sam Davis. "Wyglądałem jak wkurzony jeżozwierz. Pięć dolarów, które normalnie kosztował mnie fryzjer, teraz wpompowywałem w ramię, żeby podkarmić potwora. Wstrzykiwałem heroinę w żyły, żeby potwór nie poczuł głodu i nie przyprawiał mnie o chorobę. W 1951 roku ciągle jeszcze nie potrafiłem sam przed sobą przyznać, że jestem chory, ciągle zsuwałem się po długiej, ciemnej, śliskiej pochylni w szpony coraz głębszego nałogu."

Po kilku próbach Miles wyszedł z uzależnienia od heroiny, ale nie od narkotyków w ogóle. Zdobył sławę, uznanie, pieniądze. Znalazł się na dnie, od którego udało mu się z niemałym wysiłkiem odbić. Potem to on mógł dyktować warunki i korzystał z tego, ile się dało.

Milesa ukazuje siebie czytelnikom jako człowiek zdeterminowany, dumny, świadomy swojego koloru skóry i swojej wartości. Człowiek, który świetnie wie czego chce i często nie liczy się z innymi. Który szanuje przyjaciół, ale pilnuje swoich interesów. Człowiek w każdym calu prawdziwy, geniusz pełen wad, namiętności i miłości do muzyki.


Książka dla wszystkich miłośników jazzu. Doskonała na jesienne wieczory, ale podczas lektury obowiązkowo należy włączyć muzykę Milesa i wziąć do łapki lampkę dobrego wina.


Miles. Autobiografia
przy współpracy Quincy'ego Troupe'a
przełożył Filip Łobodziński
Wydawnictwo Constanti
Warszawa 2006


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 02.11.2006 22:36

Śmiać mi się che jak czytam te bzdury o jego doskonałości technicznej , geniuszu kompozytorskim. Był całkowicie uzależniony od producenta i zespołu, bez nich nie byłby w stanie nagrać niczego wartościowego. Oglądałem w tvp kultura jego warszawski koncert, prezentował mizerną formę. Jeżeli chcecie posłuchać wybitnej jazzowej muzyki włączcie "the way up" PMG i przestańcie robić z niego nadczłowieka, nie jest tego wart.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie będziemy się tak przedrzeżniać.
Ode mnie się nie odwracał i ostentacyjnie stał przodem. Na koncercie. Który nie tylko widziałem, ale i słyszałem.
Von Karajan, ten to pięknie potrafił stać tyłem! Jaki on miał frak!

W ten sposób odeszliśmy od Milesa Davisa, kompozytora i geniusza. A przecieź to nie jest recenzja podręcznika dobrego wychowania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Można nie kochać. Jak się jest głuchym

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.