Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181798 miejsce

Miles Davis: Autobiografia

Któż nie zna "Koko", "The Bird of Cool", kto nie zakochał się od pierwszych taktów w "Kind of Blue" czy "Tutu"? Czy można nie kochać Milesa, mistrza jazzu, króla trąbki? W księgarniach pojawiła się właśnie autobiografia Davisa. Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Milesa i jazzu.

"Zbuntowany, czarny, nonkomformista, wyluzowany, z czadem i pełen gniewu, wyrafinowany i skrajnie wysmakowany, co tam jeszcze wam podejdzie – wszystkie te określenia pasowały do mnie. Ale też dopieprzałem niesamowicie na trąbce, miałem genialny zespół, więc uznanie, jakim mnie darzono, nie brało się tylko z wizerunku buntownika."

Fot. Wyd. ConstantiZ autobiografii Milesa wyłania się obraz człowieka, który kocha muzykę, który ją rozumie i czuje. Dla którego przez wiele lat liczyła się tylko ona, a przez całe życie była na pierwszym miejscu. Davies mówi o swoich początkach, fascynacjach, pierwszych sukcesach. O świecie, w którym królował Duke Ellington, Bird – Charlie Parker Jr., Dizzy (John Birks Gillespie), John Coltrane. O sukcesach, porażkach, o narkotykowym dnie. Z brutalną szczerością opowiada, jakim był draniem w stosunku do rodziny, jak źle traktował kobiety.

Momentami opowieść zaczyna się zmieniać w przerażającą prawdę o narkotykowym nałogu, w który wpadło wielu znakomitych muzyków tamtych czasów, także sam Davis. "Wyglądałem jak wkurzony jeżozwierz. Pięć dolarów, które normalnie kosztował mnie fryzjer, teraz wpompowywałem w ramię, żeby podkarmić potwora. Wstrzykiwałem heroinę w żyły, żeby potwór nie poczuł głodu i nie przyprawiał mnie o chorobę. W 1951 roku ciągle jeszcze nie potrafiłem sam przed sobą przyznać, że jestem chory, ciągle zsuwałem się po długiej, ciemnej, śliskiej pochylni w szpony coraz głębszego nałogu."

Po kilku próbach Miles wyszedł z uzależnienia od heroiny, ale nie od narkotyków w ogóle. Zdobył sławę, uznanie, pieniądze. Znalazł się na dnie, od którego udało mu się z niemałym wysiłkiem odbić. Potem to on mógł dyktować warunki i korzystał z tego, ile się dało.

Milesa ukazuje siebie czytelnikom jako człowiek zdeterminowany, dumny, świadomy swojego koloru skóry i swojej wartości. Człowiek, który świetnie wie czego chce i często nie liczy się z innymi. Który szanuje przyjaciół, ale pilnuje swoich interesów. Człowiek w każdym calu prawdziwy, geniusz pełen wad, namiętności i miłości do muzyki.


Książka dla wszystkich miłośników jazzu. Doskonała na jesienne wieczory, ale podczas lektury obowiązkowo należy włączyć muzykę Milesa i wziąć do łapki lampkę dobrego wina.


Miles. Autobiografia
przy współpracy Quincy'ego Troupe'a
przełożył Filip Łobodziński
Wydawnictwo Constanti
Warszawa 2006


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 02.11.2006 22:36

Śmiać mi się che jak czytam te bzdury o jego doskonałości technicznej , geniuszu kompozytorskim. Był całkowicie uzależniony od producenta i zespołu, bez nich nie byłby w stanie nagrać niczego wartościowego. Oglądałem w tvp kultura jego warszawski koncert, prezentował mizerną formę. Jeżeli chcecie posłuchać wybitnej jazzowej muzyki włączcie "the way up" PMG i przestańcie robić z niego nadczłowieka, nie jest tego wart.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie będziemy się tak przedrzeżniać.
Ode mnie się nie odwracał i ostentacyjnie stał przodem. Na koncercie. Który nie tylko widziałem, ale i słyszałem.
Von Karajan, ten to pięknie potrafił stać tyłem! Jaki on miał frak!

W ten sposób odeszliśmy od Milesa Davisa, kompozytora i geniusza. A przecieź to nie jest recenzja podręcznika dobrego wychowania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Można nie kochać. Jak się jest głuchym

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.