Facebook Google+ Twitter

Milknący dzwon Zygmunta sygnałem do politycznej potyczki

Atmosfera żałoby, narodowej jedności i politycznej poprawności została zmącona w chwili ogłoszenia miejsca pochówku pary prezydenckiej. Ale nikt chyba nie ma wątpliwości, że po pogrzebie już do tej atmosfery nie powrócimy.

Tragedia smoleńska pokazała nam jak nikłe i przemijające jest ludzkie życie, a tym bardziej wszelkie banalne spory polityczne, których w ostatnim czasie było wiele, zbyt wiele.
Obywatele, politycy, obserwatorzy podzielający atmosferę żałoby, obiecywali zmianę sposobu uprawiania polityki i funkcjonowania w życiu publicznym. Dla nich miała być to największa okazja do refleksji, zadumy i przewartościowania.

I choć wielu w to wierzyło, nie brakowało też krytycznych uwag. Pierwszy i poważny zgrzyt nastąpił, kiedy okazało się, że Wawel zostanie miejscem ostatecznego spoczynku pary prezydenckiej. Pojawiły się protesty, niektórzy dyplomatycznie pokazywali brak akceptacji dla takiej decyzji, inni milczeli, by wreszcie po pogrzebie wyrazić swoje zdanie.

Każdy ma do niego prawo, jako członek społeczeństwa, każdy z nas może zabrać głos w tej debacie. Tym bardziej, że dało się przewidzieć, iż taka decyzja nie pozostanie bez wpływu na opinię publiczną i wywoła sprzeciw w niektórych środowiskach.

W tej całej dyskusji i sporze nie chodzi tylko o ideę, ale także formę. Formę od początku, do końca, formę każdej, bez względu na poglądy polityczne, strony. Nie da się ukryć, że trochę jej zabrakło. Decyzja o pochówku zapadła nagle i jeśli chodzi o miejsce, dosyć niespodziewanie. Wiele osób nie było na nią przygotowanych i trudno się dziwić, że poczuli - mówiąc delikatnie - dysonans.

Nie da się przecież ukryć tego, że za życia i w momencie sprawowania prezydentury, Lech Kaczyński nie był doceniany i szczególnie szanowany. Także ze względu na sposób uprawiania polityki, który daleki był od ideału. Dla wielu był prezydentem jednej opcji politycznej i tego wrażenia nie sposób zamazać, choć na wieść o katastrofie i zaraz po niej, wszyscy od prawa do lewa, próbowali.

W pewnym sensie Lech Kaczyński stał się ofiarą zwykłej, ludzkiej hipokryzji. Ofiarą w myśl zasady, że o zmarłych mówi się tylko dobrze, nawet jeśli za życia mówiło się tylko źle. Tak jak wtedy, kiedy kierował państwem nie dostąpił rzetelnej oceny, tak też stało się po śmierci. Zabrakło szczerości i odrobiny zdrowego rozsądku. Nagle kielich goryczy, którym raczono go na co dzień, zupełnie się opróżnił i nie pozostała w nim ani jedna kropla. A dobitnym symbolem tego odwrócenia była decyzja o miejscu spoczynku.

I tu forma była różna. Niektórzy protestowali głośno i manifestacyjnie, inni milczeli. Nie zgadzali się, ale milczeli.

Jako członek wtedy tych milczących, dziś pragnę wyrazić swoje zdanie. Chcę powiedzieć, że pogrzeb na Wawelu nie był tym czego oczekiwałam, mam wrażenie, że nie był także tym, czego chciałaby sama para prezydencka. Nie byli przecież symbolem władzy sprawowanej w przepychu. Bardzo często, tyczy się to zwłaszcza pani Marii, pokazywali, że wiodą normalne, skromne życie i Pałac Prezydencki wiele w nim nie zmienił.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.