Facebook Google+ Twitter

Miłości Janka do ludzi nic nie pokona

Janek postanowił dołączyć do ludzi zmieniających świat. Ma 27 lat. Oddanie chorym przywiodło go do Warszawy. Teraz opiekuje się upośledzonymi w świetlicy terapeutycznej.

 / Fot. APPGłęboko wierzący człowiek szedł ulicą. Było zimno, padał deszcz. Zobaczył zmarzniętą dziewczynkę i zrobiło mu się jej żal. Spytał Boga:
- Czemu nic nie robisz, żeby jej pomóc?
- Jak to nic nie robię? Przecież stworzyłem Ciebie.

Ta opowieść wpłynęła na studenta historii z Krakowa. W czasie studiów zaczął pracować charytatywnie. Pomagał dzieciom odrabiać lekcje w świetlicy u saletynów. Opiekował się chorymi w hospicjum. Chciał robić jeszcze więcej. Janek ma 27 lat. Oddanie chorym przywiodło go do Warszawy. Teraz opiekuje się upośledzonymi w świetlicy terapeutycznej.
- Zawsze chciałem pomagać ludziom, służyć chorym. Potrzebują tego. Najbardziej doskwiera im nie to, że trzeba przy nich zrobić czynności pielęgniarskie, ale to, że są samotni, pozostawieni sobie. Często nie mają rodziny. Potrzebują kogoś, kto potrzyma ich za rękę.

Józio

Janek prowadzi mnie do ciemnego pomieszczenia. To warsztat tkacki. Przy oknie siedzi Waldek, poważnie upośledzony starszy mężczyzna. Plecie kilim.
- A potrafisz zrobić na tym jakiś obrazek? Na przykład głowę papieża? – pyta Janek.
Po długich wyjaśnieniach, z których nie jestem w stanie zrozumieć ani słowa, mój przewodnik z satysfakcją stwierdza:
- Będę miał co powiesić na ścianie obok Józia Piłsudskiego. A co dzisiaj robiłeś?
Następuje kolejny ciąg dźwięków, którym nie potrafię przypisać znaczeń. Waldek udaje, że strzela z karabinu.
- Czterej pancerni? – dziwi się Janek.
Przebywał z chorymi tak długo, że nauczył się rozumieć nawet najmniej wyraźną mowę. Przyzwyczaił się do widoku cierpienia.
- Mój tato jest chory, jest po wielu operacjach kręgosłupa. Odkąd pamiętam, chodził o kulach – opowiada. – Trzy lata temu moja babcia miała wylew. Została sparaliżowana. Zamieszkała z nami i opiekowałem się nią. Zmarła rok temu.

One

Na korytarzu mijamy Marysię, drobniutką blondynkę w dużych okularach. Janek się z nią wita.
- Jak zabawa andrzejkowa? Z kim tańczyłaś?
- Z Adamem i Waldkiem – odpowiada nieśmiało kobieta.
- Ja nie mogłem przyjść. Ale następnym razem z tobą zatańczę. Obiecuję! – krzyczy Janek, skręcając do warsztatu ceramicznego.
Kiedy pracował w hospicjum poznał dziewczynę, która wkrótce została jego narzeczoną.
- Połączyła nas wspólna pasja – pomaganie chorym.

Mama Janka była wniebowzięta. Był najstarszym synem. Całe życie przygotowywała go do roli dobrego tatusia i męża. Teraz jej marzenie miało się spełnić.
- Moja narzeczona rok przed zerwaniem zauważyła, że się zmieniłem. Myślałem o tym od osiemnastego roku życia, ale uciekałem, zagłuszałem to w sobie. Kiedy w końcu powiedziałem jej, że chcę wstąpić do zakonu, wyznała, że wiedziała, że to się kiedyś stanie, ale miała jeszcze nadzieję. Rozpłakała się.

Rodzice na początku mu nie uwierzyli. Kiedy przyszło pismo od ojca prowincjała, Janek był na koloniach Caritasu jako opiekun. Gdy wrócił do domu, mama płakała. Podała mu otwartą kopertę.
- Bo oczywiście przeczytała... – stwierdza z niezadowoleniem. – Ale teraz już jest szczęśliwa. Ojciec był sceptykiem, ale przekonałem go jeszcze zanim wstąpiłem do zakonu. Mama nigdy nie była szczególnie religijna. Zmieniła się do tego stopnia, że w październiku nie opuściła ani jednego różańca. Modliła się, żebym wytrwał w powołaniu.

Miłość

W warsztacie ceramicznym siedzi Marek. Nie pracuje. Myśli już o prezentach urodzinowych.
- Dostanę dużo kaset i płyt Eleni. I pójdę na koncert Eleni – powtarza półgłosem.
- A jakie piosenki Eleni chcesz? – podpytuje Janek.
- „Za dziesięć lat też będę z tobą” i „Nic miłości nie pokona”. Nic miłości nie pokona trwamy tylko dla niej, choć nadziei rwie się nić – śpiewa. – Chociaż puste są ramiona, żyje wierna pamięć, kiedy będziesz dla mnie żyć.

Janek żyje dla innych. Tylko takie życie ma dla niego sens, jest prawdziwe, pełne.
- Chcę pomagać, bo kocham drugiego człowieka – wyjaśnia.
Kilka zakonów służy chorym. Do kamilianów trafił przez coś, co niewierzący nazwałby przypadkiem.
- Próbowałem się dodzwonić do albertynów, ale nikt nie odebrał telefonu. Odebrali kamilianie i pozwolili przysłać dokumenty.
Twierdzi, że jest jednym z tych, którzy wstępują do zakonów w poszukiwaniu ucieczki od okrucieństwa świata, konsumpcyjnego stylu życia, wyścigu szczurów. Chciał inaczej żyć. Bez pieniędzy, bo nie wiążą się z niczym dobrym. Chciał służyć potrzebującym.
- Chorzy mają nam rozkazywać. Nie przychodzimy do nikogo i nie mówimy „może panu, pani pomóc?”. Nie chcemy, żeby nam dziękowali. Jesteśmy po to, żeby im służyć.

Cuda

Janek może opuścić zakon aż do złożenia ślubów wieczystych. Na podjęcie decyzji ma jeszcze pięć lat. Ale już teraz nie widzi możliwości powrotu do świata, który zostawił za murami zakonu.
- My, kamilianie, musimy ludziom wytłumaczyć, że ich cierpienie ma sens, jeśli poświęcają je Bogu, wypraszając łaski dla innych ludzi.
Janek chce służyć w hospicjum, ale o jego przyszłości zdecyduje zakon.
- Codziennie jestem świadkiem cudów. To, że Bóg wysyła drugiego człowieka do chorego jest cudem. Bo dzięki temu chory wie, że ktoś go kocha, że nie jest sam – mówi. – Opiekowałem się kiedyś chorą od urodzenia dziewczynką. Jej mama mnie spytała, dlaczego właśnie ją to spotkało. Co będzie z Magdą, kiedy jej zabraknie. Powiedziałem: „Niech się pani tym nie martwi, tylko modli się, żeby ktoś chciał się zająć dziewczynką i kochać ją jak własną siostrę. Proszę mi wierzyć, takie osoby istnieją.”
Ja wierzę. Jedną z nich spotkałam.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

A jednak istnieją jeszcze dobrze ludzie. Dobrze, że ktoś ich zauważa i o nich mówi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Plus bez wątpliwości. Dobrze napisane, głębokie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.