Facebook Google+ Twitter

Ministra zeznania w dzikim kraju

Podpisałem dokument, ale żadnej odpowiedzialności za niego nie ponoszę. Do takiego wniosku doszedł były minister sportu Mirosław Drzewiecki, podczas przesłuchania przed tzw. komisją hazardową.

 / Fot. Sejm RP, http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Miros%C5%82aw_Drzewiecki.jpgPowiem szczerze, że komisja ds. zbadania sprawy Rywina była jedyną, której pracami w mniejszym lub większym stopniu, ale jakoś się interesowałem. Wraz z jej zakończeniem i opublikowaniem tylu raportów, ile było partii w sejmie, a nie jednego wspólnego, stało się jasne, że każda kolejna komisja będzie miejscem walki politycznej i załatwiania własnych interesów. Co za tym idzie, za bezcelowe uznałem oglądanie wypocin polityków w sejmowych komisjach śledczych.

Niemniej jednak, mimowolnie trafiłem w telewizorze na transmisję z przesłuchania posła i byłego już ministra sportu w rządzie Donalda Tuska, Mirosława Drzewieckiego. Choć nie miałem zielonego pojęcia o czym mówi, bo wszystko tam jest tak pogmatwane, że już bardziej się nie da, z zainteresowaniem i muszę zaznaczyć - nie mniejszym zażenowaniem, przysłuchiwałem się jego zeznaniom.

Poseł Drzewiecki raczył bowiem stwierdzić, że podpisał jakiś dokument i bierze za niego formalną odpowiedzialność, ale do żadnej odpowiedzialności absolutnie się nie poczuwa, bo w procesie (legislacyjnym - przyp. TO) żadnego udziału nie brał. Podpisał coś, czego nie czytał, bo ufał w rzetelność swoich urzędników...

Ludzie! 'Trzymcie mnie, bo nie wytrzymie'! Czy minister rządu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmując jakąkolwiek decyzje może nie poczuwać się do odpowiedzialności za nią?! I nie chodzi tu o formalną odpowiedzialność, bo to akurat i na szczęście od prawa zależy, nie zaś od polityków... Chodzi o odpowiedzialność polityczną, o chociaż minimum tej odpowiedzialności, o minimum godności i honoru.

Niedawno ze swojego urzędu ustąpił prezydent Niemiec Horst Köhler. Powodem było jedno zdanie, może nawet wyrwane z kontekstu, że niemieccy żołnierze służący na misjach zagranicznych ochraniają interesy gospodarcze Niemiec. Wydźwięk jego słów był tak ogromny, że nie miał innej możliwości, jak podać się do dymisji. I nie był to jakiś tam poseł Bundestagu i skarbnik rządzącej partii, ale prezydent!

Jeżeli w innych krajach politycy mogą ponieść odpowiedzialność za swoje słowa, to zupełnie nie rozumiem, dlaczego w Polsce nie mogą ponieść odpowiedzialności za swoje czyny i decyzje, które podejmują.

Inną sprawą jest szokujący fakt, że minister, mający ogromną władzę, wydaje nieświadomie ważne decyzje, podpisując - podsunięte przez urzędników niższego szczebla - dokumenty, mające każdorazowo ogromne znaczenie dla państwa.

Niepoczytalność i ograniczenie umysłowe, wynikające z nieświadomie podejmowanych decyzji, dobitnie świadczy o polskich politykach, a w tym wypadku Mirosławie Drzewieckim. Na jego miejscu ze wstydu bym się spalił, gdybym musiał coś takiego powiedzieć, dla ratowania własnych "czterech liter". Może jednak Miro wychodzi z założenia, że w dzikim kraju można więcej niż w cywilizowanych Stanach Zjednoczonych.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.