Facebook Google+ Twitter

MIŚ czyli Moja Interpretacja Świata

MIŚ to absurdalny cykl felietonów, które rzucają nowe światło na otaczającą nas rzeczywistość.

"Cogito ergo sum"?


Szczerze w to wątpię. Chyba nie można stawiać znaku równości pomiędzy egzystowaniem ludzi a ich myśleniem, nieprawdaż? Myślenie to dla niektórych osobników czasownik dość mocno abstrakcyjny i pewnie każdy z nas z łatwością wskaże osoby, w których przypadku określenie homo sapiens sapiens brzmi jak oksymoron. Poza tym, jak to, myślę więc jestem? Wychodzi na to, że przyczyną śmierci Kartezjusza nie było, jak się dotąd zdawało, zapalenie płuc. Co to, to nie. On po prostu musiał na chwilę przestać myśleć!

Abstrahując od tej nieco dziwacznej dygresji, nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Mianowicie, czy można powiedzieć Myślę więc jestem w sytuacji, kiedy myślenie ma destruktywny wpływ na człowieka? Oczywiście tutaj pojawia się kolejna wątpliwość - czy myślenie może mieć destruktywny, czytaj: negatywny, wpływ na nas? W sumie, to dlaczego nie? Nie od dziś wiadomo, że kiedy człowiek nie ma co robić, to zawsze wymyśli sobie setki różnych problemów, które w normalnych okolicznościach w ogóle nie powinny przyjść do głowy.

Doszliśmy do momentu, w którym można stwierdzić, że autor krytykuje myślenie. Ale przecież cały ten proces wymaga niezwykle intensywnego myślenia. W takim razie musiałbym zaprzeczyć samemu sobie. Z drugiej strony, nie jest to znowu takie trudne, człowiek jest istotą złożoną, pełną rozmaitych sprzeczności, ale... bez przesady. Czyli jak to w końcu jest z tym myśleniem - błogosławieństwo czy przekleństwo? Głos należy oddać Onufremu Zagłobie: Mości panowie! gdybym zaczął wszystko szczegółowie opowiadać, tedy i dziesięciu nocy by nie starczyło, a pewnie i miodu, bo stare gardło jak stary wóz smarować trzeba. L'art pour l'art - sztuka dla sztuki - chyba tak w tej chwili wygląda ten tekst. Nie wiem, czy to dobrze. No cóż, Evviva l'arte! i do sedna.

Myślenie, tak jak wcześniej napisałem, przychodzi niektórym z jakimś niebywałym trudem. Nie potrafię pojąć, czym kierują się włodarze platformy NC+, ale idę o zakład, że z całą pewnością nie jest to zdrowy rozsądek. Fuzja N-ki oraz Cyfry+ wydawała mi się być pomysłem fantastycznym. Nadal uważam, że oferta kanałowa jest bezkonkurencyjna. Ale już sam sposób, w jaki to połączenie się dokonało pozostawia wiele do życzenia. Jednostronna zmiana umów, drastyczna podwyżka cen, brak jakichkolwiek informacji dla klientów. Potem do akcji wkroczył UOKiK, nałożył na NC+ karę finansową, nakazał przestrzeganie starych umów. Platforma przeprosiła klientów, a następnie... postanowiła się odwołać od wyroku. Śmiech na sali! Wygląda to tak, że najpierw szefostwo operatora wypięło się na klientów (co już wtedy było wizerunkowym strzałem w stopę) po to, żeby po chwili przynieść kwiatki w ramach przeprosin, a następnie... wsadzić te kwiatki w... wiadome miejsce. Co prawda nie jestem specem od marketingu, ale tak chyba nie buduje się nowej marki, prawda?

Śmieszy, a także irytuje mnie także myślenie całej rzeszy kibiców piłkarskich. Z jednej strony każdy oczekuje jak najlepszej gry reprezentacji oraz uzdrowienia polskiej piłki, z drugiej jednak panuje szerokie przyzwolenie na bylejakość. Poruszę tutaj kwestię (nie)przyznanych ostatnio licencji. Nie powiodło się warszawskiej Polonii, a jakiś czas wcześniej z podobnych problemów wycofał się Łódzki Klub Sportowy. Od razu pojawiły się głosy, że tak ważne i zasłużone dla naszej piłki kluby powinno się w jakiś sposób uratować. Ale na jakiej podstawie? W czym te kluby są lepsze od innych? Uważam, że skoro ktoś nie potrafi dobrze zarządzać drużyną (co dotyczy nie tylko tych dwóch klubów), to powinien ponosić odpowiedzialność za błędy. Jeżeli ktoś jest niewydolny, to nie widzę sensu ciągnięcia na siłę za uszy; w ten sposób zamiast podnosić poziom, będziemy go obniżać. Przykład postępowania przytoczę ze Szkocji. Otóż Szkoci nie mieli problemu, żeby z powodu problemów finansowych zdegradować najbardziej utytułowaną drużynę na świecie (FC Rangers) do czwartej ligi. Można?

Niestety, w naszym kraju w wielu aspektach życia dominuje postawa bardzo romantyczna. Klub piłkarski upada? Jeżeli był zasłużony, to wielka tragedia. Przegrała nasza reprezentacja? Ale walczyli, to najważniejsze. Otóż, po pierwsze, ostatnio piłkarze nie walczyli. Po drugie, nie rozumiem skąd w tym narodzie takie umiłowanie porażek. Nie potrafię zrozumieć tego kultu. Dlaczego wolimy wychwalać poległych skazanych na porażkę, a nie pamiętamy o bohaterach żywych i takich, którzy osiągnęli cel dla dobra ojczyzny w sposób sensowny. Dlaczego obchody powstania warszawskiego, które z militarnego punktu widzenia było kompletnie bezsensowne i zakończyło się C-A-Ł-K-O-W-I-T-Ą klęską, gromadzą całą rzeszę przedstawicieli władz państwowych, natomiast powstania, które miały sens i realną szansę powodzenia (np. Insurekcja Kościuszkowska) pozostają zapomniane? Czemu nikt nie pamięta o bohaterach powstań śląskich, które zakończyły się częściowym sukcesem? Czemu nikt nie mówi o poległych podczas powstania wielkopolskiego, jedynego, które odniosło sukces? Przepraszam, już wiem. Podczas powstania wielkopolskiego poległo raptem dwa tysiące osób. Za mało, żeby pamiętać i wysławiać. Powstanie w Polsce to musi być klęska i krwawa rzeź. Dlaczego tak myślimy? I czy takie myślenie ma sens?

Czyli, czy aby na pewno można powiedzieć: Cogito ergo sum ?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.