Facebook Google+ Twitter

Misjonarze bez sutanny

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2010-08-28 21:05

Polacy w Peru odkrywają kaniony, wchodzą na sześciotysięczniki, budują linie kolejowe, przerzucają mosty nad przepaściami, zakładają szkoły. Oni zdecydowali się na coś równie odważnego. Zdobywają peruwiańskie serca.

Nie jest łatwo. Serca należą do chłopców z rozbitych rodzin. Najmłodszy ma 11 lat, najstarszy 23. Razem czterdziestu. Ich jest dwoje: Justyna - była mistrzyni Polski w kajakarstwie i jej mąż Tomek, który nie boi się żadnych wyzwań.

Trafili do Arequipy na południu Peru w ramach Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego. Na rok. Teraz tu jest ich dom. Nazywa się Casa Don Bosco.

Mama i tata dla andyjskich dzieciaków

Czasem chłopcy dają w kość. Jest smutek, zwątpienie, są łzy. Jednak miesiące wytrwałej i cierpliwej pracy przynoszą owoce.

Jedenastoletni Javier to największy buntownik na świecie. Ale na oczach Polaków zaczyna uczyć się żyć z innymi i szanować ich.

- Pożyczyliśmy mu szczudła - opowiada Justyna. - Wieczorem myślałam, że je zaprzepaścił. A on zostawił je pod naszymi drzwiami i wsunął karteczkę pod drzwi, że oddaje. Nie chciał pukać, żeby nie zakłócać naszego wolnego czasu.

Paolo ma 14 lat i nic więcej. Oprócz Casa Don Bosco nie ma nikogo i niczego. Na początku buzia mu się nie zamykała od gadania, ale zamykały się dłonie. Do bójek. Wiecznie niezadowolony lub zły. Możliwość nawiązania z nim kontaktu: zerowa. Nawet wzrokowego. Ale po pięciu miesiącach coś się zmieniło.

- Ostatnio na obiedzie, patrząc mi prosto w oczy, spytał: Justin, jak jest w twoim kraju? Też jecie ryż?

Dwunastolatek Carlos to wielka zagadka. Przy dorosłych jest wstydliwy i zamknięty w sobie. Justyna i Tomek nie chcieli na siłę łamać blokady, więc czekali. Aż pewnej niedzieli w kościele pierwszy wyciągnął rękę na znak pokoju i ścisnął ją zadziornie mocno. Innym razem położył głowę na ramieniu Justyny. To stumilowy krok z jego strony.

Italo, lat 16, jak sam mówi, pochodzi gdzieś z buszu przy granicy z Ekwadorem. Początkowo odburkiwał i nie chciał pomagać w codziennych zajęciach. Teraz najpierw wita się i biegnie ochoczo do obowiązków. Także tych nie swoich.

- Chyba wiem skąd ta zmiana - wyjaśnia Justyna. - Po kilkunastu popołudniach i kilku nocach spędzonych z nim nad angielskim przekonał się, że nie jestem tu dla własnej przyjemności, ale by mu służyć.

Pomaganie to nałóg. Ale pożyteczny

O swoich doświadczeniach w Peru młode małżeństwo z Polski pisze na swoim blogu http://arequipa.blog.swm.pl/. Pojawiają się na nim również klipy filmowe. Jeden z wpisów Tomek poświęcił pracy na rzecz potrzebujących. Jego zdaniem ktoś, kto chce pomagać innym, ma przed sobą dwie drogi.

Pierwsza jest długa. Trwa dziesięć lat. W tym czasie trzeba mieć dobrze płatną pracę, a odłożone pieniądze inwestować. Po dziesięciu latach czekania, posiadając zabezpieczenie finansowe, można spokojnie poświęcić się pracy dla innych.

Ale oni wybrali drugą drogę. Tą bez czekania.

- Chodzi o to, żeby zacząć wszystko dzisiaj - opowiada Tomek. - Kontynuując to, co robi się do tej pory. Tak, żeby pomagając innym nie ograniczać samego siebie. Kończyć szkołę, zaczynać nową, spotykać się z przyjaciółmi, odpoczywać i... pomagać, jak tylko nadarzy się okazja. Trzeba tylko pamiętać, że pomaganie wciąga. Jednak jest to nałóg budujący i pożyteczny.

Jako wolontariusze Justyna i Tomek musieli zrezygnować z wielu rzeczy.

- Ale dużo więcej zyskaliśmy – twierdzą. – I to nie tylko w wymiarze duchowym, lecz również materialnym. Nauka języka, kurs rozwiązywania konfliktów w praktyce, czy długa wizyta na innym kontynencie. To wszystko można wycenić.

Czego więcej trzeba do szczęścia?

W wolnych chwilach lubią wyskoczyć z domu tylko we dwoje, zjeść coś na ulicy, posiedzieć na schodach przy Plaza de España i patrzeć, jak żyją potomkowie Inków. Rzadko wyjeżdżają poza Arequipę.

- Mimo że przez większość tygodnia mijamy się tylko w drzwiach, idąc na zmianę do chłopaków, miesiące spędzone na misji umacniają nasze małżeństwo. Mamy możliwość razem pracować, mając błogosławieństwo, by osiągnąć wyznaczony cel. Czego więcej trzeba, żeby być szczęśliwym?

Piotr Maciej Małachowski

Tekst pierwotnie opublikowany: Misjonarze bez sutanny

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

To jest wspaniałe wyzwanie. Wielkie uznanie dla wszystkich oddanych sprawie.
Piotrze Macieju, - autorze , mnie powyższe nie wystarczyło. Proszę o jeszcze. Jestem pewna , że jest jeszcze sporo do napisania na ten temat.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny tekst. Świetni ludzie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.