Facebook Google+ Twitter

Mistrzostwa Europy w siatkówce. Rosja bierze wszystko

Trudno uwierzyć, że mający nieskończony potencjał Rosjanie zdobyli dopiero pierwsze złoto ME od rozpadu ZSRR. Wyjąwszy triumfatorów, ten turniej nie oszołomił swoim poziomem. Tym bardziej krytyczna staje się ocena występu Polaków.

 / Fot. EPA/KELD NAVNTOFTZwycięski pochód mistrzów olimpijskich trwa w najlepsze i rozszerza się na nowe połaci. Po dokonaniu siatkarskiej rzezi na Brazylii w finale Ligi Światowej, złoto na szyjach Rosjan wieszano z automatu. "Spędziliśmy ze sobą ostatnie cztery miesiące. Bywało, że nie spaliśmy, nie jedliśmy, tylko bardzo ciężko pracowaliśmy" - mówił oficjalnej stronie CEV doświadczony libero Aleksiej Verbov.

Zatrzymać ich mogli tylko oni sami, ale czasy psychicznej nadwrażliwości niechybnie minęły. Neurotyzm ustąpił miejsca niezachwianemu przekonaniu o własnej wyższości, indywidualizm poświęcono pracy zespołowej, zapanowano nad sferą mentalną w taki sposób, by agresję i "fizykę" przekuć w zwycięstwo. Kiedy Rosjanie mają swój dzień na zagrywce, a mieli, kiedy są nie do zatrzymania na siatce, a byli, nie ma na nich mocnych. Urodziła się potęga, która z brutalną siłą rozprawia się z resztą świata.

Oprócz medalu z najcenniejszego kruszcu, w ręce zespołu Andrieja Woronkowa (po igrzyskach zastąpił Władimira Alekno, który wolał samodzielną pracę z Zenitem Kazań) trafiły trzy nagrody indywidualne, w tym ta najważniejsza - tytuł MVP dla Dmitrija Muserskiego. Po raz pierwszy od 14 lat, czasu legendarnego Andrea Gianniego, otrzymał ją środkowy, zwykle niedoceniany i niewybijający się na pierwszy plan. Mierzący 218 cm Muserski, jak na swoje parametry bardzo elastyczny i dobrze skoordynowany, atakował ze świetną skutecznością 61,7 proc. i jako jako jedyny w turnieju finałowym punktował blokiem częściej niż raz na set. W finale olimpijskim przesunięcie go na pozycję atakującego okazało się strzałem śmiertelnie raniącym Canarinhos.

Gdyby reprezentację Sbornej złożyć z zawodników, którzy albo byli poza pierwszą szóstką, albo w ogóle nie otrzymali powołania, wyszłaby drużyna o bliźniaczo zbliżonych aspiracjach: Butko, Chtiej, Mikchajłow, Biereżko, Wołkow, Ostapienko, Obmoczajew. Ogromne zasoby kadrowe, bezkonkurencyjna finansowo liga i wynalezienie patentu na sukcesy kreślą świetlane lata. Szukając marnej nadziei dla rywali można wspomnieć, że i barbarzyńcy ze wschodu potykali się po drodze. Bez straty seta przetrwali tylko w grupowym meczu z Czechami, najsłabszym zespołem tego turnieju.

Ubogie tło

Ale zbyt wielu dobrych wiadomości dla świata siatkówki nie napłynęło. Nie wybiła się żadna osobowość, dzięki której mistrzostwa odznaczyłyby się czymś szczególnym w siatkarskich kronikach. W statystce punkty na set świetnie wypada Georg Grozer (ponad 5), ale przyglądając się jego skuteczności wtedy, gdy o zdobycz było najtrudniej, nie wyglądało to już tak różowo. Uważany przez niektórych za najlepszego atakującego świata Cwetan Sokołow to gasł, to rozbłyskał na nowo. Mimo że wiele razy w pojedynkę trzymał grę Bułgarii, w fazie kopenhaskiej zbyt często się mylił - w meczu o trzecie miejsce skończył tylko 11 z 30 ataków. Bułgarów znowu prześladuje czwarta, najbardziej frustrująca, lokata.

Włosi postawili na siłę ognia, wystawiając w składzie Ivana Zaytsewa i rezerwowego w Piacenzie Lucę Vettoriego. Odbiło się na to na jakości przyjęcia - Dragan Travica biegał po całej szerokości boiska i miał problemy ze zgubieniem bloku. Cristian Savani, w obecnej chwili kadrowicz z najdłuższym stażem, spajający przeszłość i przyszłość, był kompletnie bez formy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.