Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

37861 miejsce

Mit Ameryki na planie The House

W Stanach Zjednoczonych trwają prace nad postprodukcją kolejnego thrillera, który Amerykanie kręcili w Łodzi. W "The House" łódzkie plenery miały przypominać Alabamę. Oto rozmowa z operatorem Marcinem Koszałką o pracy z Amerykanami.

Debiutancki, autorski film dokumentalny Marcina Koszałki – „Takiego pięknego syna urodziłam” – zdobył szereg nagród na festiwalach w Krakowie, Kazimierzu Dolnym, wywołując przy tym wiele kontrowersji. Koszałkę nagradzano także za zdjęcia do filmu „Pręgi” Magdaleny Piekorz. Wspólnie z nią oraz siostrą założył studio filmowe Dark Lights – gdzie będą powstawać autorskie produkcje. Na planie horroru The House znów stanął za kamerą.

- Czy Pan uważa, że amerykańskie produkcje, które powstają poza granicami Stanów to jest jakiś nowy trend w Hollywood? Czy to oznacza, że amerykański przemysł filmowy otwiera się na świat?
- Amerykanie już od dawna produkują filmy poza USA, co wynika z prostego rachunku finansowego takich produkcji. Ale na pewno wybierają takie kraje, gdzie istnieją dobre ekipy filmowców: operatorów kamer i świateł, wózkarzy, czy w końcu samych artystów filmowych. To wszystko się składa na wybór Amerykanów. Polska stała się bezpiecznym krajem i wiem, że mimo iż zrobienie filmu w Rosji czy Rumunii kosztowałoby ich mniej, to wolą to zrobić w Polsce, właśnie ze względu na dobre zaplecze techniczne i realizacyjne.

- A jak się Panu pracowało z reżyserem Robbie`m Hansonem? Nie od dziś wiadomo, że reżyserzy amerykańscy przejmują bardzo często role operatorów na planie, przypisując sobie rolę guru. Czy wasza współpraca powodowała iskrzenie, czy była rodzajem twórczego współdziałania?
- Przed zdjęciami spędziliśmy dużo czasu z Robbie`m i przygotowaliśmy, to co jest standardem w amerykańskim kinie, a dużą rzadkością w polskim, mianowicie Story Board (schemat sekwencyjny filmu - przyp. red.). Ja na wstępie przedstawiłem reżyserowi swoją wizję i zaintonowałem wiele rozwiązań, które mu się spodobały. On jest poza tym bardzo sprawny scenicznie, co jest bardzo typowe dla Amerykanów, mógłby stanąć za kamerą i sam robić zdjęcia. To dla wielu polskich reżyserów jest mało ważne lub nieosiągalne, gdyż istotą dla nich jest praca z aktorem na poziomie literackim, a nie inscenizacja. Dlatego myślę, że polscy operatorzy często pracują za granicą, bo są dobrze przygotowani do inscenizacji.

- A czy może coś nowego twórczego może być zapożyczone ze współpracy z Amerykanami dla Państwa projektów realizowanych pod szyldem Studia Dark Light?
- Mnie się podoba u Amerykanów, wzajemny szacunek do siebie w ekipie pracującej na planie. Szacunek ludzi do siebie, którzy pracują twórczo. To jest dla mnie ten mit Ameryki na planie. Na pewno zweryfikuję to w czasie mojej pierwszej wizyty w Stanach, kiedy pojadę na postprodukcję filmu do Los Angeles.


- A jak Pan myśli, czy to już jednak nie jest ta zmiana, że aktorzy i kino amerykańskie stają się bardziej otwarci na świat. Do tej pory Hollywood nie było nic potrzebne – amerykański rynek filmowy był samowystarczalny. Filmy powstawały głównie dla Amerykanów. Producenci nie myśleli o innych rynkach dystrybucji filmów.
- Ja myślę, że będą się otwierać, bo są już zmęczeni superprodukcjami. Zresztą widać to już po ostatnich wyborach Akademii. Laury zebrało kino kameralne, a nie komercyjne, wysoko budżetowe. Jednak to co mnie najbardziej fascynuje w kinie amerykańskim to poziom aktorstwa . Rzeczywiście jest ogromna różnica klas w pracy z aktorem u nas i za oceanem. Amerykanie grają fenomenalnie, a różnica poziomów wynika nie tyle z konkurencji, a ze szkoły aktorskiej. Jednak to nie nasz system 5-letnich szkół teatralnych czy akademii a ich praktyczna nauka sztuki aktorskiej na kursach, polegająca na pracy w zespole ludzi, na rozmowach z zawodowcami procentuje na planie. Pozostaje problem teatralności polskiego aktora. Polski reżyser musi najpierw wyrzucić z aktora tę teatralność, żeby mógł zagrać w filmie, tak samo jak trzeba wyplenić sitcomowe przyzwyczajenia. Najgorsze co może być dla aktora w filmie to gra w serialach, sitcomach, bo to najbardziej rozkłada poziom aktorstwa w polskim kinie. Natomiast w aktorach amerykańskich, mówimy też tu o różnych poziomach sztuki, pozostaje naturalność i nie ma tej teatralności w grze na planie. I proszę zauważyć, że w „The House” nie ma obsady gwiazdorskiej.

- Czy nie uważa Pan, że do Hollywood wchodzi globalizacja? To znaczy, że amerykańskie filmy można już zrobić wszędzie poza Hollywood?
- Tak, tylko tak jak już Panu na początku wspomniałem decydujący wciąż jest tu pierwiastek ekonomiczny, nie artystyczny. Może niektórzy reżyserzy obsadzając swoje filmy, wybierają europejskich aktorów, ale wydaje mi się, że głównym motywem działania studiów amerykańskich są jednak pieniądze. To jest ich wielki biznes i im się opłaca produkować filmy tańsze. „Oliver Twist” powstawał w Pradze a „Monachium” było realizowane w Budapeszcie i na Malcie, bo to były plany najlepsze pod względem finansowym.

- A jak było w przypadku ostatniej realizacji Davida Lyncha? Czy Łódź w „Inland Empire” to też wybór ekonomiczny, czy jednak artystyczny?
- W tym przypadku był to wybór artystyczny. Ostatni film Lyncha, czy raczej awangardowa zabawa artysty, realizowany był przez niego na małej kamerze wideo. On się zafascynował tymi ruinami fabryk, w jednej z nich nawet tworzy sobie studio, co jednak jest tylko potwierdzeniem, ze o większości projektów filmowych decyduje aspekt finansowy.

- Chętnie się jeszcze z Panem skontaktuję, by porozmawiać szczegółowo o projektach Dark Lights.
- Oczywiście, bardzo proszę. Podpisałem ostatnio stałą umowę z amerykańską stacją HBO, z która zrealizowałem już dwa projekty. Różnica w pracy producentów amerykańskich i polskich jest naprawdę kosmiczna. I nie chodzi tylko o budżety, ale komfort pracy i możliwości realizacyjne. Myślę, że od nich można się naprawdę wiele nauczyć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.