Facebook Google+ Twitter

Mitche z Kubinem rozpalili Słoweńców

Kino Siska zdecydowało, że koncert Mitch and Mitch z Felixem Kubinem powinien mieć miejsce w małej Komunie na dole. Mieli racje, bo przyszła garstka osób. Ale będą oni głosić chwałę tej kolaboracji szeroko.

Mitche zawsze grają koncerty dla tłumów. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że będzie nas mało i na Słowenii, bo przecież mają taką otwartą, chętną na jazz publiczność, która chodzi na te wszystkie wyfiokowane koncerty. I choć współpraca awangardowego, niemożliwego do zaklasyfikowania superzespołu z Polski z dzieckiem krautrockowców i eksperymentatorów Niemieckich Felixem Kubinem była obarczona od początku pewnym ryzykiem bycia zbyt dziwną, by to udźwignąć, warto było podjąć wyzwanie i zobaczyć, co z tego wyszło.

A wyszła im kolaboracja błyskotliwa i dowcipna, festyn dla intelektualistów okraszony niemieckim poczuciem humoru (które z czasem można zacząć doceniać, jak się już osłucha i przyzwyczai do jego suchości i ironii, kompletnie pozbawionej polskiego pieprzu).

Zagrali nam całą płytę, pokazując, jak zmieniają na niej rękawiczki i z eksperymentatorów ze skłonnością do jazzu i jammu przechodzą lekko w rozkrzyczane, punkowe gitary. Jak post-punkowa taneczność genialnie miesza się z hawajskością marimby, jak kilka dęciaków świetnie miesza się z syntezatorowym hałasem, jak ładnie można tęsknić za kontrowersyjną estetycznie elektroniką z czasów naszych ojców. W kompozycje wpisali różne dziwne historie - horyzontalne deszcze w Niemczech, smutne Marie Curie, płaczących nad synem Godzillów i inne popkulturowo, telewizyjnie chwytliwe motywy. Felix dostawał szału na scenie i wyglądało to doskonale, tym bardziej, że oprawione w bardzo specyficzny garnitur prosto z lat 70-tych, z wpiętym znaczkiem w połę. I rozwianym włosem. Tylko wąsa brak. Ukoronowaniem było zmienianie przycisków butem z pozycji leżącej pod klawiaturą w jego wykonaniu. Ale i cała reszta stylistycznie nie ustępowała.

"Bakterien und Batterien" to solidna dawka muzyki, w której znajdziecie dosłownie wszystko. Pulsujący minimalizm, mnóstwo instrumentalnych gadżetów i ogólnego przeszkadzajstwa, kakofoniczną awangardę i prosty, rozdarty rock. Na żywo to przede wszystkim sytuacja pełna niespodzianek, zwrotów akcji i nagłych zmian klimatu. Na tyle przekonujących i dobrze odegranych, że już w połowie koncertu dość sztywna i zdezorientowana publika zaczęła już kompletnie wciągać się w występ, by wreszcie wywołać grupę na dwukrotne bisy. Mitche z Kubinem odegrali bardzo ładną scenkę, schodząc dosłownie dwa kroki od podium, przybijając piątki i z grubsza przybliżając triumfalną atmosferę panującą w zespole po udanym gigu, z rozmówkami, dowcipami i drapaniem się po brodzie.

Winyle sprzedawały się po koncercie, a ja nabieram przekonania, że następnym razem Mitche zagrają tu dla prawdziwego tłumu. Tym bardziej, że wśród zadowolonych słuchaczy byli też znani słoweńscy artyści.

Siska szykuje nam tym razem dawkę elektroniki - w piątek o 23:00 w Channel Zero na Metelkovej koncert jednego z cudownych dzieci Ninja Tune, King Midas Sound.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.