Facebook Google+ Twitter

Miuosh, Bisz i B.O.K zaczarowali hip hop na nowo.

Rozstanie z hip-hopem jakoś tak zbiegło się z przynudzaniem Ostrego i całą falą strasznych popłuczyn, które tak mniej więcej od 2007 roku trzęsły tym gatunkiem. Ale wczoraj w Graffiti wszystko było inaczej.

 / Fot. Screen z YouTubeZaczęło się z obsuwami - wiadomo, najpierw tłumy, bo faktycznie publiczność dopisała, musiały kupić kilka piw i zagrzać się przed imprezą. Od 21 mniej więcej na scenie szalał DJ, który mieszał amerykański rap z całą kupą popkulturowych klasyków, od Stevie'go Wondera po rock and rolle, nie wspominając już o gładkim przejściu w elektronikę pod koniec setu. Set był wyjątkowo udany, ale trwał grubo ponad godzinę i robiło się nerwowo - wyjdą w końcu, czy nie wyjdą.



I wtedy na scenę wszedł Miuosh, wyczekany, prosto w objęcia spragnionej publiczności. Zaprezentował się od początku rewelacyjnie - otwarty, pozytywny facet, który ma nerw sceniczny i talent do gadania z publicznością, no i niemało poczucia humoru. Dokładając do tego godzinę naprawdę fantastycznego koncertu, z dobrymi bitami, ze zgrabnymi tekstami i z wielką dozą lokalnych elementów i miejscowego patriotyzmu, to naprawdę było przeżycie, którego dawno od żadnego hip-hopowca nie dostałam. Z jednej strony spotkania z amerykańskimi zazwyczaj artystami z tego gatunku to trochę inna bajka: zwykle widuję ich na głównych scenach, z kosmiczną oprawą, czasem z całą orkiestrą, teksty są inne, trochę obce, wiadomo, inny kontekst, więc to wszystko jest taką spektakularną manifestacją możliwości i popularności hip-hopu obecnie. A takie proste, życiowe przeżycie, jakie dawali kiedyś Kaliber czy Tymon, przez jakiś czas zostały przytłumione całą masą chuligańskiej twórczości. A starzy wyjadacze zaczynali nudzić i męczyć. No, poza awangardą, taką jak L.U.C., ale to jeszcze inny gatunek. Więc Miuosh to znowu taka tubylcza, trzeźwa siła w słowie i w bicie, za którą tęskniłam. Na szczęście przywrócona. Z resztą sądząc po oszalałej niemalże z radości publiczności, jest na taką muzykę niemałe zapotrzebowanie.

A potem był Bisz z całym dobrodziejstwem inwentarza - skrzypkiem, gitarzystą, drugim MC i Djem rzecz jasna. I już sama wtedy nie wiedziałam, który z panów lepiej się w swojej działce porusza - Bisz nie był aż tak eksperymentalny, jak się tego spodziewałam, acz w stworzonej przezeń estetyce przewijało się bardzo dużo bardzo ciekawych wątków. Otwartość na folkowe, wernakularne dźwięki skrzypiec, pianina i spore dawki elektroników sprawiają, że muzyka Bisza jest dostępna dla wielu osób. I po raz kolejny doznanie autentyzmu, szczerości biło od kolesia, który ze sceny śpiewał o rzeczywistości z różnych jej stron. Nie wspominając już o bijącej od niego energii.

Dwa młode głosy, cała góra ciekawych spostrzeżeń i ważnych zdań - słuchanie hip-hopu wciąż bywa mocnym doznaniem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.