Facebook Google+ Twitter

"Młodość" - starość bogów

Jako prekariusz, któremu nie przysługiwałyby nawet NFZ-owskie sanatoria z setką tysięcy miejsc w kolejce (i to bynajmniej nie wysokogórskiej, jaką jedzie Caine) odbieram „Młodość” w sposób – klasowy.

 / Fot. Gutek FilmUwaga, recenzja zawiera spojlery i niecenzuralne słowa.

Obejrzeć „Młodość” warto przede wszystkim dla Michaela Caine’a, którego ostatni występ w „Kingsman – tajnych służbach” na szczęście nie był jednocześnie ostatnim w karierze – na szczęście, gdyż aktor pożegnałby się z widownią z tekstem „ty mały chujku” na ustach. Każdy kolejny film Caine’a mógłby być w jego słusznym wieku jego ostatnim. Na szczęście nie jest – Caine już widnieje w napisach na dwa kolejne filmy 2016 roku plus jeszcze jeden inny z roku bieżącego.
W „Młodości” Paulo Sorrentino Caine gra Ballingera, kompozytora i dyrygenta wypoczywającego w górskim, szwajcarskim kurorcie. Tytułowa młodość rozumiana jest tu jako ta młodość, do której tęskni starzec: swoja dawna, ale też cudza lub nawet – potencjalnie – przyszła. Kurort pełni wszak funkcję rehabilitacyjną, cokolwiek by nie powiedzieć o wieku kuracjuszy. W pewnej wymownej scenie – niestety tutaj spojleruję, więc żegnam się z częścią z góry obrażonych czytelników – kuracjusz zostaje wyleczony.

Jako prekariusz, któremu nie przysługiwałyby NFZ-owskie sanatoria z setką tysięcy miejsc w kolejce (i to bynajmniej nie wysokogórskiej, jaką jedzie Caine) odbieram „Młodość” w inny sposób – klasowy.

Otóż osadzeni w pensjonacie wysokogórskim rehabilitanci tudzież ci, których na takie kurorty stać, to władcy i bogowie świata, a sam pensjonat to Olimp. Ballinger i jego kolega, Boyle, reżyser (Harvey Keitel) – są twórcami, a więc Stwórcami. Jako artyści są i byli inżynierami dusz ludzkich – Ballinger gra melodie dla dworów, Boyle kręci filmy dla gwiazd (Jane Fonda jako jego muza mówi sama za siebie), ich dzieła kojarzą wszyscy – od modelek zwanych dalej boginiami piękności, przez innych twórców, aż po dzieci. Twórcy nie są dla siebie konkurencją, bo każdy włada czym innym, tak jak greccy bogowie – każdy z nich odpowiada za co innego. Nie znaczy to, że się wzajemnie cenią, co najwyżej wchodzą ze sobą w dłuższe sojusze. Caine i Keitel to trochę Dionizos i Apollo – nie różnią się co prawda od siebie fizycznie, ale każdy internauta z dostępem do googla może sobie sprawdzić, jak wyglądali za młodu i jakie charaktery grali. Używając niedopuszczalnych w każdej poważnej krytyce (czyli nie takiej, jak moja) uproszczeń – grywali brytyjskich/manhattańskich dżentelmenów lub coockneyowskich/brooklyńskich łajdaków, czasem na raz dżentelmenów-łajdaków. Są więc i Caine, i Keitel – zarówno dzięki googlowi, kinematografowi i generalnie filmom w jakiejkolwiek formule – nieśmiertelni. Przytoczony fakt uzdrowienia to nie tylko motyw znany z gier komputerowych, gdzie każda postać, mimo, że zginęła lub została ranna, może wrócić do zapisanej wcześniej wersji, to też rodzaj cudu, takiego jak przytaczane też w filmie lewitowanie, czy dyrygowanie przyrodą.

Ale wróćmy na ziemię – bogów nie ma i nie było, Caine i Keitel grają tu klasę uprzywilejowaną, zamkniętą w getcie bogaczy, wstęp do niej mają tylko ci najzamożniejsi, ale i najbardziej utalentowani, ci, którzy niedobór zdrowia nadrabiają nadmiarem gotówki, albo się regenerują, albo przynajmniej próbują. Wykluczeni mogą im na tym olimpie tylko usługiwać – tak jak krwiste postaci pielęgniarki i prostytutki. Te dwie ostatnie – niestety – nie są w filmie rozwinięte, dlatego ja rozwinę opowieść o nich.
To one są tak naprawdę jedynymi ludzkimi postaciami. Po pierwsze, to kobiety – w świecie bogów (zamożnych mężczyzn), funkcjonujące tylko przez więzy miłosne z samymi bogami – albo są ich córkami (– jak Rachel Weisz), albo kochankami (Jane Fonda). Zarówno prostytutka, jak dawna sława, czy nowa kochanka niejakiego Juliana (syna Keitela), wstępują w kontakt z panami tego świata poprzez stosunki seksualne.

Wydawałoby się, z męskiej, boskiej perspektywy, że jest to świat prawdziwie piękny, bo epikurejski. Jednocześnie też zarówno dionizyjski (ludyczny i hedonistyczny), jak i apolliński (bardziej wyrafinowany). I cytując klasyka – I would like that, but that shit ain’t the true. (Bardzo by mi się to podobało, ale to gówno prawda). Odrzucając interpretację mityczną – jest to świat zepsutych, bogatych ludzi wykorzystujących seksualnie nieuprzywilejowanych, ich jedyną przyjemnością intelektualną i seksualną jest rodzaj wykorzystywania lub dręczenia innych. Tak czyni aktor szydząc niczym albatros z łucznika z dyspozycji intelektualnych Miss Universe, w ten sposób funkcjonuje Boyle zostawiając pełen pychy testament- dekalog (kto o niego dba? Zapyta aktorka), tak czynią kuracjusze oddając się w ręce młodych, atrakcyjnie seksualnych (choćby przez swą młodość) masażystek.

I choć jest tam jeden przyzwoity człowiek, kompozytor (spokojny, nierasistowski, nieseksistowski, nieklasistowski, sympatyczny z samej racji, że jest to Caine) – toć i on, prawdę mówiąc, też świnia. Córkę sprowadza do roli asystentki, krzywdzi ją nawet mimochodem (wypominając jej brak przyłożenia do życia seksualnego), a na końcu – sam porzuca żonę, która na skutek niedowładu fizyczno-intelektualnego traci kontakt z rzeczywistością (było nie było, traci też poniekąd swą seksualną atrakcyjność). Walczy z władcami świata (odmawiając koncertu dla Elżbiety II i księcia Filipa), ale są to tylko przepychanki między bogami. Poza wspomnianymi mimochodem wykluczonymi Paolo Sorrentino koncentruje się więc na młodości tylko wyłącznie jako na seksualnym aspekcie, przedstawia klasę prekariacką jako atrakcyjną tylko dla oka, fakt utożsamiania tej klasy ekonomicznej z płcią piękną działa dodatkowo demotywująco - sztuczny, bo nieodpowiadający realiom (są też wykluczeni mężczyźni i są też niezależne bogate kobiety) podział - jakkolwiek nadaje mu automatycznie patriarchalny charakter. Mężczyźni nie uosabiają innych cech niż te, typowo męskie, a kobiety - kobiece. Nie zmienia tego ironiczne nastawienie reżysera - przykład: łudząco przypominający Maradonę kuracjusz dawniej będący legendą, dziś przypominający parodię. Jedyną wybijającą się postacią w męskim świecie jest Luca Moroder, z wyglądu mnich, przewodnik górski, ale i postać z innego świata. Nie bardzo wiadomo (również ze względu na specyficzny, luźny scenariusz) co robi w świecie bogaczy. Jego "romans" z córką Ballingera to mój ulubiony filmowy wątek.

Można o estetyce i kiczu "Młodości" pisać wiele - na szczęście zrobił to za mnie Jakub Socha w "Dwutygodniku", stąd polecam i jego artykuł: http://www.dwutygodnik.com/artykul/6122-wyprzedaz.html

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.