Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

9590 miejsce

Mniej znana twarz JOW-ów. Kilka słów za ordynacją większościową

Wysokie poparcie dla Pawła Kukiza, który z tej sprawy uczynił synonim zmiany oraz - będące tego konsekwencją - wrześniowe referendum ws. wprowadzenia JOW-ów w wyborach do Sejmu, ponownie wywołały dyskusję o ordynacji większościowej.

 / Fot. brakW związku z tym warto się zastanowić, czy w istocie jest tak, jak jest to przedstawiane w mainstreamowych mediach i powszechnych opiniach wielu politologów, i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych koniecznie wiąże się z odwrotnym efektem, niż postulowane przez Kukiza odpartyjnienie.

Na początek trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to polemika z faktami, a tak teoria, jak i praktyka przekonują, że ordynacja większościowa sprzyja powstawaniu systemu dwupartyjnego. Być może jednak nie jest to tożsame z większym upartyjnieniem sceny politycznej, a wręcz przeciwnie może prowadzić do osłabienia partiokracji.

Odpartyjnienie przez personalizację

Zacząć należy od jednej z najczęściej przytaczanych zalet JOW-ów - większego przywiązania przedstawicieli okręgów do swoich wyborców. Taki sposób wybierania posłów czyni ich bardziej niezależnymi od partii, z której się wywodzą. Politycy rozpoznawalni i cieszący się w swoim okręgu zaufaniem wykraczającym poza poziom poparcia swojego środowiska, stają się dla partii kapitałem, z utratą którego te muszą się bardziej liczyć.

Utworzenie 460 okręgów jednomandatowych, w miejsce obecnych 41, uniemożliwiłoby partiom wystawianie w każdym okręgu po jednym nośnym nazwisku, które dzięki wysokiemu poparciu uzyskałoby dla partii kilka mandatów i pociągnęło do parlamentu kilku mniej znanych i niecieszących się takim poparciem polityków. Każda partia musiałaby wytypować ze swoich szeregów 460 - albo co najmniej tylu w ilu okręgach mogła się spodziewać zwycięstwa - polityków rozpoznawalnych, posiadających realne szanse na zwycięstwo w nim. Oni zaś, o ile cieszyliby się wysokim poparciem, stali by się realną elitą partii.

Warto również zwrócić uwagę, że kiedy wyborca wybiera tylko jednego swojego przedstawiciela, o wiele łatwiej jest mu pociągnąć go do odpowiedzialności, łatwiej mu zapoznać się z kandydatami i odrzucić tych, którzy okazali się niewarci poparcia. Spowodowana tym groźba nie zdobycia mandatu powstrzymuje partie przed wystawianiem kandydatów, którzy są bardziej wyrazicielami interesów ich szefostwa niż interesów obywateli. Ogranicza to możliwość wystawiania prominentnych działaczy, którzy mimo iż cieszą się małym poparciem, wchodzą do parlamentu dzięki wysokiemu poparciu rozpoznawalnych lokomotyw wyborczych, gwarantujących kilka mandatów w okręgu.

O sile nośnego nazwiska niech świadczy obecny skład Senatu, w wyborach do którego obowiązuje większościowa ordynacja, a w którym znalazło się czterech senatorów spoza partii sejmowych. Byli to: Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz, Kazimierz Kutz i mniej znany działacz samorządowy, popierany przez prezydenta Wrocławia, Jarosław Obremski. Każdy z nich startował z okręgu, w którym był najlepiej rozpoznawalny (odpowiednio: Warszawa, Białystok, Katowice, Wrocław) i każdy uzyskał wysokie poparcie, wahające się od 60 do 40 proc. poparcia (najniższym poparciem z tej czwórki cieszył się najmniej rozpoznawalny Obremski, a najlepszym Kutz).

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.