Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2785 miejsce

Mniejszości. Paradoks obywatelski

Jak Polska zintegrowała mniejszość niemiecką – i dlaczego jej się to - na szczęście - udało.

Politycy partii rządzących i wielu publicystów w Polsce lubi porównać sytuację mniejszości niemieckiej w Polsce do sytuacji Polaków w Niemczech, często nawet domagając się dla tych ostatnich statusu mniejszości. Za tym kryje się myślenie w kategoriach symetrii narodowej: że Niemcy powinni Polaków w Niemczech traktować tak samo, jak Polska traktuje Niemców w Polsce.

W podobny sposób argumentowano na początku lat 90.. w stosunku do Białorusi, Ukrainy, Rosji, Litwy. Jest to argumentacja z perspektywy narodowej: „Nasi” – to nie (tylko) ci, którzy mają „nasze” obywatelstwo, ale wszyscy ci, którzy chcą należeć do naszej wspólnoty i mają odpowiednie pochodzenie. Paradoksalnie, ta zasada jest głęboko zakorzeniona w niemieckim prawie (na przykład w konstytucji), ale coraz rzadziej stosowana w codziennej polityce. W Polsce zaś jest ona słabo zakorzeniona w prawie, ale wszechobecna w mediach, publicznych debatach i w politycznej praktyce.

W innych krajach, na przykład we Francji, stosuje się zasadę obywatelską: „nasz” to ten, który ma francuskie obywatelstwo, a to ostatnie dostaje każdy, który się urodził na ziemi francuskiej republiki, obojętnie, skąd pochodzi, w jakim języku mówi albo jakich ma rodziców. Dlatego w polskim i niemieckim prawie istnieją mniejszości, natomiast we francuskim istnieją tylko francuscy obywatele o różnym pochodzeniu, języku lub kulturze. Jeśli rodzice chcą, aby ich dziecko uczyło się w szkole jakiegoś języka, który nie jest przewidziany w programie szkoły, to w Polsce mogą się powołać na przynależność do jednej z licznych mniejszości narodowych, w Niemczech jest to możliwe tylko w stosunku do mniejszości duńskiej, serbsko-łużyckiej i romskiej.
We Francji natomiast można to przeforsować tylko powołując się na prawa obywatelskie – jeśli odpowiednio duża grupa rodziców domaga się tego. W Polsce na przykład rodzice z Portugalii nie mogą się domagać wprowadzenia języka portugalskiego, argumentując, że należą oni do mniejszości portugalskiej. We Francji mogliby tego żądać nawet hiszpańscy rodzice – język nie jest tam sposobem ochrony ich tożsamości, lecz jedynie elementem wykształcenia.

 

Rozróżnienie zasady obywatelskiej od narodowej jest ważne aby unikać nieporozumienia: z punktu widzenia narodowego, przenikanie innej kultury do własnej grupy jest bowiem uważane za negatywne i nazywane „asymilacją”. Z perspektywy obywatelskiej jest to natomiast chwalebne i wtedy się to nazywa „integracja”. Różnica nie jest tylko semantyczna: Osoba asymilowana traci własną tożsamość (narodową), niezależnie od jej praw obywatelskich. Carska Rosja mogła asymilować Ukraińców i Żydów, którzy dzięki temu wcale nie zyskali pełni praw obywatelskich, bo takich w carskiej Rosji nikt nie miał. Osoba zintegrowana zyskuje prawa obywatelskie i zachowuje swoją tożsamość jako jednostka, ale państwo uznaje, że ta tożsamość (język, kultura) wynika z jej indywidualnego wyboru a nie z przynależności do jakiejś grupy.


 

Przed wojną i Polska i Niemcy starali się asymilować swoje mniejszości, czasami też przymusowo, bo w obu krajach i w praktyce, i w prawie dominowało spojrzenie w kategoriach narodowych. Po wojnie sytuacja się zmieniła, nastąpiły indywidualizacja, coraz popularniejsze stało się mówienie o praw człowieka i prawach obywatelskich w miejsce dawnych praw narodowych i mniejszościowych. Kiedy w Polsce w 1989 nastała demokracja, wszyscy, Polacy i ci, którzy należeli do mniejszości narodowych, zyskali prawa obywatelskie. Mniejszości domagały się natomiast dodatkowo praw mniejszości. Otrzymały je. Najbardziej na tym korzystała mniejszość niemiecka, która z pominięciem progu wyborczego może wysłać swoich posłów do Sejmu. Tej możliwości Polacy w Niemczech nie mają, choć i tam jest istnieje możliwość wysłania posłów do Bundestagu z pominięciem pięcioprocentowego progu wyborczego.

Gdyby Polacy w Niemczech posiadali wszyscy niemieckie obywatelstwo i mieszkali w zwartych skupiskach (jak mniejszość niemiecka w Polsce), też mogliby wysłać jednego lub dwóch posłów do Bundestagu. Ale sytuacja Polaków w Niemczech jest bardziej podobna do sytuacji Ukraińców w Polsce: część z nich należy do mniejszości (ma obywatelstwo polskie), ale jest rozproszona po całym kraju, część to nowi imigranci (z kartami stałego pobytu albo wizami turystycznymi), część pracuje na czarno albo półlegalnie albo prowadzi własne firmy. Zwolnienie ich z progu wyborczego nic by im nie dało, co nie oznacza, że z tego powodu można Polsce zarzucić, że ich asymilowała.

 

W przypadku mniejszości niemieckiej, to ona się bardzo silnie zintegrowała, podobnie jak Polacy w Niemczech, choć z innych powodów. Na początku lat 90., kilkaset tysięcy ludzi w całej Polsce, najwięcej na Śląsku Opolskim i w aglomeracji katowickiej, chciało należeć do mniejszości, choć przytłaczająca większość nie mówiła po niemiecku. Wtedy mniejszość wysłała pięciu posłów i jednego senatora do Warszawy. Dziś mniejszość to tylko 150 000, dwóch posłów w Sejmie, ale wielu członków mniejszości z drugiego pokolenia mówi po niemiecku. Ci oni się zasymilowali? Nic takiego. Nacisk, aby się wtopić w polskie otoczenie jest dziś przecież o wiele słabszy niż w czasach PRL. Utrzymanie więzi z rodziną w Niemczech i ze współczesną kulturą niemiecką jest łatwiejsze niż kiedykolwiek. Mniejszość niemiecka się zintegrowała – ale nie dzięki przywilejowi wyborczemu, lecz dzięki integracji obywatelskiej. To, co ich członków pojednało z polskim państwem, to decentralizacja, wprowadzenie samorządów i demokratycznych wyborów. Niemcy w Polsce korzystali z demokracji, wygrali wybory do rad gmin i powiatów, obsadzali miejsca w sejmikach wojewódzkich. Dlatego dziś przywilej wyborczy ma już tylko znaczenie symboliczne.

 

Dlatego też – wbrew temu, co czasami głoszą funkcjonariusze ziomkostw w Niemczech – Polska nie zasymilowała mniejszości niemieckiej. Dzięki temu, że dostała pełne prawa obywatelskie, sama się zintegrowała; podobnie jak ci Polacy w Niemczech, którzy przyjęli obywatelstwo niemieckie. Ale tak samo, jak Ukraińcy w Polsce, ci Polacy nie są reprezentowani w organach przedstawicielskich, bo w Niemczech nie ma zwartych skupisk Polaków posiadających niemieckie obywatelstwo. Dawanie im przywileju wyborczego podobnego do tego, jaki mają mniejszości w Polsce, nie zmieniłoby tej sytuacji. Jedyne, co można by robić, to traktowanie Polaków na równi z duńską mniejszością w Szlezwiku Holsztynie, która niezależnie od wyniku wyborów zawsze ma jednego posła w Landtagu. Nasuwa się tylko pytanie, w którym Landtagu zasiadałby taki polski poseł i jak utrzymałby kontakt ze swoimi wyborcami, rozproszonymi po całych Niemczech?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 23.02.2007 22:51

Autor napisał: „Nasi – to nie (tylko) ci, którzy mają nasze obywatelstwo, ale wszyscy ci, którzy chcą należeć do naszej wspólnoty i mają odpowiednie pochodzenie. Paradoksalnie, ta zasada jest głęboko zakorzeniona w niemieckim prawie (na przykład w konstytucji), ale coraz rzadziej stosowana w codziennej polityce" - to ciekawe od kiedy tak jest, bo wcześniej chyba było inaczej. Dlatego naziści mordowali Żydów od 500 lat mieszkających w Niemczech, a nadawali obywatelstwo III Rzeszy Estończykom pochodzenia niemieckiego. Proszę mnie poprawić, jeżeli się mylę, w końcu to Autor jest Germańcem.:-)

"Przed wojną i Polska i Niemcy starali się asymilować swoje mniejszości, czasami też przymusowo, bo w obu krajach i w praktyce, i w prawie dominowało spojrzenie w kategoriach narodowych". Niemcy mordowali, a Polacy zmagali się z raczej pokojowymi metodami, ot, subtelna różnica.

"Nasuwa się tylko pytanie, w którym Landtagu zasiadałby taki polski poseł i jak utrzymałby kontakt ze swoimi wyborcami, rozproszonymi po całych Niemczech?" - w każdym, gdzie istnieje mniejszość w określonej prawnie liczbie.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 23.02.2007 20:24

Drogi Autorze. Bardzo chetnie podjalbym polemike z Pana artykulem (i tokiem myslenia), ale... Ale bylby to monolog (moj), wiec sobie odpuszcze te wysilki. Prosze sobie zajrzec do komentarzy w poprzednim artykule. Szczegolnie na ostatni komentarz.

I tak na marginesie. Co z tego, ze do W24 pisza autorytety? Skoro i tak wygladaja one jak duchy. Pojawiaja sie, cos napisza i... znikaja.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.