Wiatr utrudniał oddech, chmury zdawały się zapraszać w głąb siebie, a nieskończona przestrzeń otaczająca ze wszystkich stron przyprawiała o lęk i zachwyt jednocześnie. Był Dzień Kobiet. Byłam w Niebie.
Miłej podróży
Delikatne szturchanie wyrywa mnie ze snu. Dokoła ciemno, nade mną On. Patrzę na zegarek: 2:16. Obrzuciłam Go najbardziej zdezorientowanym wzrokiem, jakim byłam w stanie spoglądać o tej porze.
- Wstawaj - powiedział, uśmiechem odpierając moje spojrzenie. - Od ponad dwóch godzin trwa Twój dzień.
- Mhm... - zanurzyłam się ponownie w pościel. - I trwać będzie jeszcze dwadzieścia dwie. Daj mi spać, nie wygłupiaj się.
Stanowczym ruchem ściągnął ze mnie kołdrę uniemożliwiając dalszy beztroski sen.
- Skarbie - próbowałam odkupić rozgrzaną kołdrę. - Restauracje są pozamykane, wszystkie sklepy i galerie również, kosmetyczki i masażyści także śpią. A tulipana możesz wręczyć mi o godzinie 13, 14, lub 15.
- Tulipana - westchnął ostentacyjnie.- To takie banalne! Zabieram Cię na ucztę. I nie pytaj, bo nic Ci więcej nie powiem. Po prostu zbieraj się, czekam przy samochodzie.
Wyszedł z pokoju, a ja zaczęłam zastanawiać się, czy aby napewno to wszystko mi się nie przyśniło. Uszczypnęłam się dwa razy i utwierdziłam w przekonaniu, że nie śpię, ani On nie śpi obok. "Zwariował" - pomyślałam, ale ponieważ i tak byłam już rozbudzona postanowiłam ubrać się i zejść do samochodu.
Weszłam do auta trzaskając mocno drzwiami.
- Możesz dać mi chociaż chwilę na makijaż? - zapytałam wciąż kompletnie zdezorientowana. - Skoro mamy iść na jakąś ucztę, to chyba powinnam chociaż wyglądać jak człowiek.
- Nie - odparł spokojnie, jednocześnie odpalając samochód. - Makijaż jest tu zbędny. Zapnij pasy. Życzę miłej podróży.
W słońcu, w niebie
Postanowiłam nie wypytywać, wiedząc że i tak niczego się nie dowiem. Przy dźwiękach Nelly Furtado usnęłam chyba po 40 minutach jazdy. Obudziłam się kilka minut po czwartej. Wciąż było ciemno, wciąż byłam niewyspana, wciąż nie wiedziałam o co chodzi.
- Już dojeżdzamy - odgadł moje myśli.
- To dobrze, bo zaczynam być głodna - odpowiedziałam.
- Na tylnim siedzeniu są bułki, zrobiłem z Twoim ulubionym żółtym serem - uśmiechnął się dumnie.
Bułki? Zdaje się, że wspominał coś o uczcie. A może mi się śniło?
Minęło pół godziny, dochodziła piąta. Samochód wreszcie się zatrzymał. Jeszcze przez jakiś czas nie wychodziliśmy z auta, zjedliśmy bułki, napiliśmy się kawy z termosu.
- Powiesz mi wreszcie gdzie jesteśmy? - zapytałam.
- W niebie. - Odparł krótko ze stale niegasnącym uśmiechem.
Przewróciłam oczami.