Facebook Google+ Twitter

Mój pierwszy raz z „Rzeczami pierwszymi”

Hubert Klimko-Dobrzaniecki to człowiek zwielokrotniony. Filozof, pisarz i filmowiec. Zwielokrotniło to wprost proporcjonalnie moją chęć poznania jego autobiograficznego utworu.

 / Fot. mat. ZNAKCzytałem o „Rzeczach pierwszych” wiele, zanim zajrzałem do nich samych. Przypadek sprawił, że jakoś same wepchnęły się w ciąg moich bieżących spraw, wyłażąc na sam środek monitora na przypadkowo klikniętej stronie internetowej.

Autor był dla mnie zupełnym novum, podejrzewałem go nawet bezczelnie o debiut. Okazało się, że żaden z niego naturszczyk – „rzeczy pierwsze” to jedno z jego wielu literackich dzieci. Jest jeszcze zbiór opowiadań "Stacja Bielawa Zachodnia" z roku 2003 (wznowiony w 2007 roku pod tytułem "Wariat"). Quasi-powieść, składająca się z dwóch odrębnych nowel: "Dom Róży. Krýsuvík", która otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Nike i przyniosła autorowi rozgłos. 2007 rok to dwie kolejne powieści: "Kołysanka dla wisielca" i "Raz. Dwa. Trzy".

Jedna z recenzji „Rzeczy pierwszych” zapowiadała, że oto nadszedł koniec przestoju w polskiej prozie, że współczesna literatura właśnie znowu wpadła w twórczy kierat, wypluwając co jakiś czas prawdziwe perełki. Zapakowana w twardą, intrygująco psychodeliczną okładkę, czekała na mnie ponoć rzeczywistość widziana z perspektywy pisarza o absurdalnym poczuciu humoru.

Zaczęło się smakowitym opisem trzech wersji okoliczności narodzin autora, pękającymi od nonsensu zdaniami i najprawdziwszym czarnym humorem. Trupy, muchy i śmieci, dopiero w tle ludzie, ich historie i emocje. Zakręcony świat powitał mnie fanfarami celnych obserwacji i zjadliwych komentarzy osadzonych głęboko w treści swoistej opowieści o realno-nierealnym życiu Dobrzanieckiego. Toczy się ono burzliwie i kotłuje hałaśliwie, poprzez coraz barwniejsze paradoksalne sytuacje przywodzące na myśl oniryczny świat „Sklepów cynamonowych” czy pogięty świat Gombrowicza.

Hubert, obywatel świata, swoją życiową wędrówkę rozplata nam przed oczami niczym wielobarwny gobelin. Historie rodzinne, błędy młodości, mozaika polsko-islandzko-austriackiej wędrówki czasami straszy poszarpanymi, wystającymi niespodziewanie nitkami wątków. Czy ktoś tu plecie? Tego nie wiemy. Jeśli nawet, robi to pierwszorzędnie. W „rzeczy pierwsze” można się wtopić i nie wołać ratunku. Po 104 stronach ze zdziwieniem zarejestrować koniec.

Autor w wywiadzie podkreśla, że pisząc „Rzeczy pierwsze” tak naprawdę chciał pisać o rzeczach drugich. I to mu się udało. Tworząc historie, które czyta się trochę jak bajkę, odsłonił rąbek życia w najbardziej realnej postaci. Bo może każdy z nas nie jest trochę wariatem i swoje życie ogląda przez pęknięte okulary własnego umysłu. Klimko-Dobrzaniecki ten obraz wyświetlany wewnątrz własnych powiek spisał dla potomnych. I chwała mu za to.

Czy zatem czytać bajkopisarza Dobrzanieckiego? Jeśli macie ochotę na solidny kąsek absurdu z polski rodem i macie pod ręką poduszkę, żeby zdusić chichot, to jak najbardziej. Smacznego!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

sceny urodzin autora, hehehe. skądś to znam...;)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 30.11.2009 21:11

5* Marr

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.