Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

17078 miejsce

Moja dziennikarska pasja i nie tylko

Dziennikarstwo, profesja pociągająca choć etycznie niebezpieczna. Przyciąga niby magnes zarówno opiłki metali szlachetnych, jak i tych podlejszego gatunku. W wieloletniej praktyce dziennikarskiej doświadczyłem jednego i drugiego.

Decydując się na zawód dziennikarza musiałem go polubić, mimo stałych napięć i częstych konfliktów. Kiedy zaczynałem studia byłem bardzo młodym i pełnym zapału, Był to okres tuż powojenny, wszyscy ochoczo zakasywali rękawy do formowania nowego ładu społeczno-politycznego i gospodarczego. Wtedy dziennikarz nie dysponował takim arsenałem sprzętu, w jaki uzbrojony jest obecnie niemalże każdy małolat. Wysłużona maszyna marki „Adler” stanowiła wtedy luksus i jedyne narzędzie pracy.
Dziennikarz redakcji Dziennik Zachodni w Katowicach (1952 r.) / Fot.
Po studiach z dobrą oceną na dyplomie byłem redakcyjnym aplikantem – taka obowiązywała reguła – w redakcji „Młodzi Idą”, tygodniku komitetu centralnego OMTUR w Warszawie. Wtenczas opublikowałem też moją debiutancką nowelkę. Po krótkiej aplikanturze powróciłem na rodzinny Śląsk i podjąłem pracę reportera w gazecie związkowej „Metalowiec”. Dzięki znajomości wkradłem się w łaskę „Dziennika Zachodniego”, w którym zespół redakcyjny dzielił się na osoby „pewne”, te wtajemniczone oraz resztę. Ja zaliczałem się do tej reszty. Los nie zawsze mi sprzyjał. Raz bywałem na wozie, innym razem na lodzie. Byłem człowiekiem naiwnym, za bardzo ufałem wszystkim, a to nie zawsze popłacało. Zawsze liczyłem na los wyznaczony mi przez życie i nigdy nie narzekałem. Moim niezawodnym kreatorem była wiara w to, co sumiennie z ogromnym zaangażowaniem wykonywałem. Towarzyszyła mi w tym młodzieńcza świadomość radości życia, pracowanie w wyzwolonym z jarzma wojny i bezpiecznie rozwijającym się kraju.

Przydarzył się jednak dzień, którego nigdy nie zapomnę. Któraś z osób „pewnych” zgotowała redaktorowi naczelnemu primaaprilisowy psikus. Położyła mu na krześle kawałek plasteliny, uformowany w kształcie ludzkiej nieczystości – czyli kału. Naczelny poczuł się ogromnie oburzony tym niesmacznym żartem. Ktoś z osób pewnych – dla odwrócenia uwagi - doniósł naczelnemu, że to niby moje dzieło. Moje tłumaczenie na nic się zdało… Szef kadr wręczył mi upomnienie. Ale następnym razem już mniej było mi do śmiechu.Historia była niecodzienna.

Jeden z katowickich zakładów przemysłowych (wtedy Stalinogród) z okazji Dnia Kobiet zafundował swoim przodownicom pracy lifting w salonie kosmetycznym. Inicjatywa godna uznania - pomyślałem, i udałem się do salonu po garść informacji do artykułu. Szefowa była zachwycona. Dla lepszego zrozumienia dobrodziejstw takiego liftingu, zaproponowała mi, oczywiście na koszt salonu, bycie królikiem doświadczalnym. I rzeczywiście, po liftingu - od stóp do głów – poczułem się jak nowo narodzony.

Po kilku dniach wezwał mnie do siebie naczelny redaktor. Wpierw na moich oczach podarł mój maszynopis artykułu, potem pokazał rachunek, jaki salon kosmetyczny wystawił redakcji za wspomniany lifting. Zaniemówiłem. Moje tłumaczenie, że… naczelnego nie przekonało. W dziale kadr wręczono mi wypowiedzenie pracy ze skutkiem natychmiastowym. Drogą okrężną dowiedziałem się, że sprawczynią rachunku była koleżanka redakcyjna, bliska znajoma szefowej salonu. Zemściła się na mnie za nie odwzajemnienie jej amorów. Stale zapraszała mnie do siebie na kawę, aczkolwiek kawa była tylko pretekstem. Bo jej chodziło o coś więcej, a ja na „więcej” nie byłem kusy. Koleżanka nie była w moim guście.

W dzienniku pracowałem w dziale kultury. Tak się złożyło, że w gliwickiej operetce śląskiej szykowała się pierwsza premiera, w dodatku najpiękniejszej operetki Franciszka Lehara „Kraina uśmiechu”. Na tą okoliczność szefowa działu poleciła mi przeprowadzenie wywiadu z dyrektorem artystycznym operetki, Stanisławem Popławskim, kiedyś sławnym tenorem lwowskim. Podczas antraktu przy kawie, dyrektor zauroczony moim niskim tembrem, zapytał marginesowo, czy nie zechciałbym zamienić mojej profesji na artystyczną? W ansamblu brakowało mu akurat takiego głosu. Byłem zaskoczony. Ale zauroczony blichtrem sceny, na której rozgrywała się próba generalna operetki, nagle poczułem jakby wyzwanie, bo dotąd nie miałem okazji włożenia na siebie fraka, ani cylindra.

Po odejściu z redakcji Dziennika Zachodniego byłem bez pracy. A bez pracy nie ma kołaczy, głosi stare przysłowie. Tego dnia piłem kawę w słynnej gliwickiej „Agawie”, w której do słuchu stale przygrywał kameralny kwartet muzyczny. Przy dźwiękach z operetki „Kraina uśmiechu” w głowie powstał mi mętlik i odżyła rozmowa z dyrektorem artystycznym.

Kiedyś śpiewałem w chórze „Ogniwo” przy filharmonii śląskiej. Zapamiętałem „Odę do radości” IX symfonii Ludwika van Beethovena, ćwiczona pod czujnym okiem ówczesnego korepetytora Karola Stryji (późniejszego dyrektora filharmonii śląskiej) wykonywana z orkiestrą pod batutą Stanisława Skrowaczewskiego.

Moje zjawienie ucieszyło dyrektora artystycznego operetki śląskiej. Był pewien, że ulegnę pokusie i urokowi sceny. Poprosił, bym cokolwiek zaśpiewał. Przy akompaniamencie Stanisława Tokarskiego (kolejnego dyrektora operetki i państwowego zespołu pieśnił i tańca Śląsk) zaśpiewałem kilka taktów Ody. Brawo – rzekł dyrektor – ma pan operowy głos. Od tego dnia patrzyłem już na widownię z drugiej strony. Wlazłem w scenę po uszy.
I stało się, wreszcie mogłem przywdziać frak, na głowę włożyć cylinder. Fot. archiwum autora / Fot. W roli marynarza w operetce "Swobodny wiatr" - Izaaka Dunajewskiego (1954 r.) Fot. archiwum autora / Fot.
Na początku lat 50-tych XX wieku bilety wstępu do jedynej wtenczas w kraju operetki rezerwowano z rocznym wyprzedzeniem. Do Gliwic zjeżdżały wypełnione po brzegi autokary z całego Górnego Śląska i Opolszczyzny. Widzowie byli spragnieni nie tylko godziwej rozrywki, przede wszystkim podziwiania i oklaskiwania ówczesnych sław, takich jak: Maria Artykiewicz, Xenia Grey, Irena Brodzińska, Stanisław Ptak, Sasza Sawin, Ryszard Wojtkowskii, obok których wielokrotnie wystąpiłem w operetkach: Wesoła wdówka – Franciszka Lehara, Księżniczka czardasza – Emmericha Kalmana, Swobodny wiatr – Izaaka Dunajewskiego, Orfeusz w piekle –Jakuba Offenbacha, Trombita – Julija Milutina.
Jako konferansjer w rewii muzycznej "Jazzowy raban" (1956 r.) Fot. archiwum autora / Fot. ego
Jednak już po roku odezwało się we mnie ambitniejsze wyzwanie – kusiła mnie estrada. Chciałem sobie pozwolić na robienie czegoś, czego sam chciałem – rzeczy pięknych i potrzebnych ludziom pracy. Aby nie zaorać się w pracy, zrezygnowałem z dalszej pracy w operetce. Zorganizowałem zespół, składający się z artystów operetki, opracowałem scenariusz rewii… z państwowym przedsiębiorstwem imprez estradowych w Katowicach ruszyłem w trasę. Rewia operetkowa „Młodość i miłość w krainie melodii” bardzo dobrze się sprzedawała i cieszyła sporym zainteresowaniem widzów.

(Tekst stanowi fragment pamiętnika "Cofnąć czas")

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

OK!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy tekst, jest moc! Rewelacyjnie napisane wspomnienia z jakże bujnego życia...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak więc Rajmundzie dzięki redakcyjnej życzliwej, z opisującego stałeś się opisywanym :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Czasu się nie cofnie a wspomnienia warto pisać, dla siebie i dla innych. Gratuluję bogatego i niebanalnego życiorysu, nie każdy może się takim pochwalić. Z przyjemnością poczytam dalej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

@BB. właśnie dlatego tak mnie ten "magnes" zraził, że taki nieziemski a metafora..... ->futurystyczna. ;))))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Magnes nie przyciąga metali szlachetnych :) pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

trochę mnie zraził ten magnes w zajawce.
Profesja która "Przyciąga niby magnes zarówno opiłki metali szlachetnych, jak i tych podlejszego gatunku."

;))))))

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Lekkoś pióra", dowcip, rozbrajajaca szczerość... przeczytałam z przyjemnością.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.