Facebook Google+ Twitter

Moje Ustrzyki

  • K T
  • Data dodania: 2006-08-20 13:34

Rzecz o kontestacji w czasach dzisiejszych, bedącą implikacją rozkalibrowanego systemu wartości przez zewsząd wyzierający relatywizm. Okiem punka.

Kto by pomyślał, iż wizyta w Bieszczadach, a następnie we Lwowie z pozoru nic nie znacząca, mająca charakter wybitnie dydaktyczny, w przyszłości będzie powodem tylu smutków. Żalu, niewykorzystanego należycie czasu. Bo kto nie chciałby spotkać Siczkę czy napić się jednego z tamtejszych jaboli, którymi od lat punki z Bieszczad wypalali sobie nerki? Nie mówiąc już o zaszczycie uchlania się z samym liderem KSU Może wtedy nie byłem przygotowany, aby muzyka, którą katuję teraz dotarła do mojej mózgownicy, a nie tylko do uszu? Aby z jazgotu, hałasu, pisków i kakofonii wynieść życiowe mądrości? Mądrość. Ona przecież nie istnieje. Egzystencjalne prawdy? Brzmi zbyt patetycznie, a to już krok do napuszenia, nadęcia. Bo gdy znalazłem się w tym trudnym dla każdego człowieka okresie, potrzeba mi tego, co daje punk. Nie buntu, sprzeciwu, a właśnie autentyczności. Nawet ordynarnej i brutalnej. Szczerości wypływającej nie ze skomplikowania własnego ja, a będącej ekstraktem duszy, czegoś niepodważalnego. A zarazem przeczącego całej ideologii, przecież tu chodzi o nihilizm, odrzucenie wszelkich dogmatów czy aksjomatów. Rewolucja, bunt w najczystszej formie, dla zasady, przeciw systemowi – wyświechtanemu, ulubionemu celowi kontestujących środowisk, czy ruchów. W obecnej chwili należenie do jednego z nich, a w szczególności z ramienia panczurów wydaje się zaszczytem. Wątpliwym. Którego do tej pory nie dostąpiłem.



Przyglądając się temu jednak z boku, siląc się choćby na jakiś szczątkowy obiektywizm, prawdziwych punków już nie ma. To ruch kontestujący. A żeby stawiać opór, trzeba najpierw mieć się czemu sprzeciwić. Coś musi podburzyć społeczeństwo, ludzi, grupy, gromady, zrzeszenia, aby móc się buntować. W erze komputeryzacji, nowoczesnych technologii, kiedy służą one jedynie do szeroko zakrojonej propagandy „plastikowości”, rozpowszechniają sztuczność, ich ekspansja wyżera szczerość i autentyczność pozostawiając jedynie puste manekiny. Zaplute pustaki. Lalki, które podążają prostą drogą, żyjąc w iluzorycznym szczęściu, dusząc się w ciasnych horyzontach spracowanych umysłów. Remedium brak. Dlatego też cofam się do lat świetności punka (czasów, kiedy nie była to moda, parcie ku efektownym fryzurom, ubraniom, a sposób bycia), grzebie w starych kasetach, płytach, puszczam i myślę. Nad końcem, nad znajomościami, które trwają tylko dzięki poszczególnym chwilom upiększającym ubogie życie. Rozweselającym sytuacjom, które stanowią osłonkę, pod którą znajduje się płaszczyk hipokryzji, przez którego kontakty z niektórymi osobami okazują się, w podświadomości, bezwartościowe. Tyle że do tej nikłej, zerowej wartości nie jestem w stanie się przed samym sobą przyznać – te godziny, dnie i noce, spędzone z tymi ludźmi nie mogą stać się nagle stracone. Moja mózgownica nie może dopuszczać takich myśli, nie pozwalam jej, to byłoby krokiem do autodestrukcji, która może jest jedynym zbawieniem. Bo jeśli nie jestem w stanie stanąć przed prawdą, to przed kim lub czym, się odważę? Najpierw muszę dokonać tego przed samym sobą. Spróbować dotrzeć do samotności głęboko tkwiącej  gdzieś we mnie. Do której często nieświadomie dążę. Ludzie zaczynają się dziwnie patrzeć, czasem pojawiają się na ich twarzach miny zdziwienia, rozgoryczenia, raz grymas – niechęci, nienawiści, czy obrzydzenia? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Boję się wiedzieć.


Hipokryzja niszczy wszystko i wszystkich, degeneruje, wpędzą w permanentną abnegację, każąc zmieniać jedynie kolejne maski. Zewsząd bije fałsz – inny, niż ten, do którego przez lata się przyzwyczajaliśmy, lecz kaleczący bezbronnych. Ja napotykam hipokryzję w każdym niemal miejscu. Jak słusznie zauważył mój znajomy – czy znasz kogoś, kto ustrzegł się od hipokryzji? Odżegnuję się od niej tym manifestem? Skądże. Ta przywara pewnie i ze mnie leje się ciurkiem, ale cóż począć. Ścieram się z nią tam, gdzie się da. I nie, nie uważam się za wojownika w jedynie słusznej sprawie. Sam nie mam tyle siły i odwagi, aby wyperswadować to, co chcę powiedzieć choćby w szkole. Mam zapoczątkować dyskurs, który stanowić będzie podwaliny do wyobcowania mnie z grupy, wyalienowania, a co za tym idzie, likwidacji? Co z kolei implikuje autodestrukcję i niszczenie samego siebie z własnej woli. Ale to tylko taki mały, niszowy przykład.


Gdy nie mamy czego kontestować rodzą się takie kwiatki, jak obecna sytuacja, kiedy to dziennikarze dzielą się na trzy obozy – ci, którzy PiS krytykują z założenia, tych, którzy PiS krytykują z powodów, które mają poparcie w rzeczywistości, oraz tych którzy chwalą wedle swojego widzimisię. Skomentować to można jednym słowem – chaos. Chaos rodzący się z, a jakże, hipokryzji i kłamstwa. Które po raz kolejny ciemięży umysły obywateli. A raczej publicystów. Potrzeba wywarcia i erupcji w sobie czegoś, co pozwoli się nie zgodzić z obecnie panującym ustrojem jest w każdym z nas. Wyraz tego możemy zobaczyć byle której gazecie, tygodniku, periodyku bądź stacji telewizyjnej. Oczywiście, kiedy leci program, gdzie gadające głowy wypowiadają się na rzeczone tematy. A ja polityką się brzydzę. Nie mieszam się w nią, nie podejmuje tematu. I dochodzę do pewnego wniosku – dziennikarze to ruch kontestatorów. A przynajmniej duża ich część, opowiadająca się za poszczególnymi opcjami, a protestująca przeciw antagonistom.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Wracaj chłopie na W24 i pisz :). A jak nie, to mam nadzieję, ze parasz się tym gdzie indziej!? Pozdro!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.