Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

19064 miejsce

Monika Mariotti o Ninie Simone i nie tylko [wywiad]

"Była muzykiem i działaczką społeczną. Po przeczytaniu jej autobiografii zafascynowało mnie jej życie. Zazdroszczę jej rewolucji. Miała okazję, żeby rzeczywiście coś naprawdę ważnego robić."

Monika Mariotti / Fot. mat.udostępnione przez Monie MariottiAnna Kołodziejczyk: Jak doszło do Twojego „spotkania” z Niną ?

Monika Mariotti: Usłyszałam ją ok. 10 lat temu. Ten głos po prostu mnie zaciekawił. Nie wiedziałam, czy to kobieta czy mężczyzna. Kupiłam jej płytę, posłuchałam, bardzo mi się podobało i zaczęłam szukać w Internecie, ale to były jeszcze „inne czasy” – nie było You Tube itp. Widziałam jej zdjęcia, wiedziałam, że jest czarna. A mnie interesują dalekie kraje – dla mnie dalekie. Dużo podróżuję – jeżdżę na Syberię, do Nepalu, na wschód ogólnie. A w tym przypadku zainteresowała mnie Afryka. W prezencie od swojego ówczesnego chłopaka dostałam jej autobiografię i strasznie mi się spodobała! Powoli poznałam całą dyskografię Niny.
Cztery lata temu przyjechałam do Polski i musiałam się tu odnaleźć więc początkowo nie myślałam o Ninie – o zrobieniu o niej przedstawienia. Ale ten pomysł, gdzieś ciągle był w mojej głowie. Już od 10 lat. Ale ciągle nie było warunków, by go zrealizować. Na możliwość realizacji musi się złożyć wiele czynników. Na przykład – trzeba spotkać odpowiednich ludzi. Pierwszym dużym projektem po przyjeździe do polski było przedstawienie „Kompleks Portnoya”. Zaprzyjaźniłam się wtedy z Adamem Sajnukiem – reżyserem przedstawienia. Podzieliłam się moim pomysłem na monodram i Adam zgodził się go zrealizować. Kiedy przyjechałam do Polski dostałam do przesłuchania płyty trzech wokalistek: Agin Zaryan, Marii Peszek i Kasi Groniec. „Powaliła mnie” muzyka Kasi Groniec i bardzo chciałam ją spotkać. I tak się zdarzyło, że po jednym z nagrań w telewizji, kiedy grałam big-bit z zespołem Nasi Starzy, Kasia miała wywiad tuż po mnie. Uznałam to za znak. Dlatego kiedy Kasia przyszła na mój spektakl postanowiłam porozmawiać z nią o pomyśle na monodram o Ninie Simone. Niedługo potem Adam spotkał (przypadkiem!) Kasię na wakacjach w Chorwacji i to był już ewidentny znak dla nas, żeby ruszyć z tym projektem.

Plakat z przedstawienia Nina to postać wyjątkowa nie tylko z uwagi na swoje osiągnięcia muzyczne. Jak można ją przedstawić i scharakteryzować? Nina Simone – czyli kto?
To właśnie mnie w niej zafascynowało. Była muzykiem i działaczką społeczną. Po przeczytaniu jej autobiografii zafascynowało mnie jej życie. Zazdroszczę jej rewolucji. Miała okazję, żeby rzeczywiście coś naprawdę ważnego robić. Teraz żyjemy w innych czasach. W rewolucjach z przeszłości wróg był jasno określony. Teraz jest taki rozproszony, globalny. Trudno jest dziś walczyć i przeciwstawiać się złu. A w jej czasach wszystko było czarno-białe. Biali bili czarnych ludzi za kolor skóry.



Nina aktywnie walczyła o prawa człowieka i prawa obywatelskie?


Używała sztuki żeby walczyć. Pisała i wykonywała „protest songs” - w drugim etapie swojej
twórczości. Początki były „bardziej klasyczne”. Potrafiła grać już jako trzyletnia dziewczynka. Otrzymała muzyczne wykształcenie – klasyczne i również w oparciu o gospel i edukację związaną ze strukturami kościelnymi. Chciała być pierwszą czarną pianistką koncertową. Nie interesowały jej inne gatunki muzyki. Chciała grać Bacha, Liszta itd. Nie dostała się do szkoły muzycznej, ponieważ była czarna. Musiała zarabiać na chleb udzielaniem lekcji białym uczniom. Wtedy nauczyła się wielu szlagierów muzyki popularnej. Ale nienawidziła tego. Dawała koncerty „do kotleta” w knajpach i tam musiała śpiewać, chociaż nie uważała się za wokalistkę. A miała bardzo oryginalny głos. Nie miała zamiaru grać ani jazzu, ani bluesa. Ale tak się potoczyło.

Dostawała wsparcie od rodziny?

Nina została wychowana w religijnej rodzinie. Miała być „grzeczną dziewczynką”. Kiedy zaczęła grać w barach piła mleko – nie tak, jak klientela tych lokali. Sposób, w jaki zarabiała na życie ukrywała przed rodziną. I dlatego zmieniła imię z Eunice na Nina Simone. W spektaklu też opowiadam skąd to imię się wzięło.


Dużo miejsca w swojej opowieści o Ninie poświęciłaś jej relacji z matką. Jaka to była relacja?


Było między nimi bardzo źle. Matka nie akceptowała „świeckiej” muzyki wykonywanej przez córkę. Sama zaangażowana w życie wspólnoty protestanckiej nie pozwalała grać w domu niczego poza muzyką gospel. Przeciwnie ojciec Niny. Często grali razem w tajemnicy przed matką, Nina wiele się od niego nauczyła.


Wyszła z ortodoksyjnego, ubogiego domu. Jak odnalazła się w „wielkim świecie”?


Zobaczyła zupełnie inną rzeczywistość. Wielkie miasto, sklepy, pięknie ubrane kobiety. To ją zafascynowało. Na swoich koncertach zawsze wyglądała wytwornie – jak królowa.


Zmieniła się też jej duchowość?

Niezupełnie. Zawsze podkreślała, że wszystko, cokolwiek robi nie jest jej zasługą, ale darem od Boga. Ale nie poddawała się żadnej religii. To co robiła na scenie, można określić jako szamańskie, transowe. Nie zwracała uwagi na stosowność i poprawność swojego zachowania. Mówiła, że muzyka jest jej Bogiem.


Jak doszło do nagrania pierwszej płyty?

Niespecjalnie jej na tym zależało. Ale potrzebowała pieniędzy na życie, wspierała także rodziców.


Jak zaczęła się jej działalność artystyczna i obywatelsko zaangażowana jednocześnie?


Wszystko zaczęło się od koncertu w Greenwich Village. Spotkały się odpowiednie osoby w odpowiednim miejscu. Lata 60. XX wieku. I ona tam była. To czasy Martina Luthera Kinga. Toczyła się walka z rasizmem.


Jak walczyła Nina?

Zaczął się jej afrykański etap. Z tego okresu pochodzą jej ostentacyjne, stylizowane na etniczne kreacje: kolorowe suknie, turbany. Na scenie robiła się co raz bardziej poważna. I robiła stand upy polityczne. Była bardzo szczera i impulsywna, nawet porywcza.


Mówiło się, że ciężko się z nią pracowało…?


Tak to prawda, była straszna w pracy.


Czy polityka i show biznes wykorzystały Ninę?

Polityka nie, ale przemysł muzyczny tak. Dopóki nie pojawił się Andy – jej późniejszy mąż, została wiele razy oszukana. To owocowało w późniejszym okresie dużą nieufnością. Potrafiła np. powiedzieć, że nie wyjdzie na scenę dopóki nie dostanie wynagrodzenia.


A jakie były jej prywatne wybory? Jej życie osobiste też było chyba dosyć skomplikowane?


Najpierw wiązała się z mężczyznami, którymi to ona musiała się zajmować i „ciągnąć cały wóz”, a potem pojawił się policjant Andy. Silna osobowość i dobry biznesmen. Zostawił swoją policyjną posadę i zajął się karierą Niny. A Nina była machiną. Wydała masę płyt. Ciągle koncertowała. Andy był świetnym menadżerem i pod tym względem Nina nie musiała się już o nic martwić.


Świetny tandem w pracy?

W pracy tak, ale to był związek bez emocji. Mieli córkę – Lisę, która teraz koncertuje na Brodwayu, ale nie mieli na nic czasu. Ciągle w trasie. To był związek, który szybko umarł, pełen przemocy psychicznej ze strony Andy’ego. Dla Andy’ego Nina była kurą znoszącą złote jajka.


A jak wyglądały relacje Niny z córką?

Kochała ją, ale nie miała dla niej czasu. To muzyka była najważniejsza. Chociaż na plakatach promocyjnych często fotografowała się z Lisą. Żyła na walizkach. Samolot-hotel-scena-dom-samolot-hotel-scena. Tak mniej więcej opisywała pęd w jakim żyli.


Po tak szalonym życiu podobno umarła we śnie?

Zmarła w willi we Francji. Znajdowała się pod opieką pary, która w ostatnich dniach nikogo do niej nie dopuszczała. Wiadomo, że długo chorowała – była niestabilna psychicznie. Zdarzały się ataki agresji, albo napady płaczu. Prawdopodobnie cierpiała na zaburzenia psychiczne związane z brakiem litu. Ale to wszystko wiązało się z jej brakiem miłości i poczuciem wykorzystania. Przez facetów, przemysł muzyczny. Wyssali z niej wszystko. Jedyną osobą, do której nie czuła żalu była Lisa.


I o tym jest finałowa piosenka przedstawienia – „Stars”?

Tak to była dla nas bardzo ważna piosenka. Kasia Groniec wykonała przy jej tłumaczeniu ogromną pracę. W ogóle przetłumaczenie tych tekstów na język polski nie było łatwe. Trudno jest też zaśpiewać blues czy gospel po polsku. Dlatego postanowiliśmy utwory gospel zostawić w oryginale. A „Stars” jest właśnie piosenką o tym, za jaką cenę jest się gwiazdą. Za jaką cenę Nina była gwiazdą. Spektakl „Moja Nina” to historia kobiety i artystki. Taka schizofrenia towarzyszy nam wszystkim – między życiem a sceną. Ale można nad tym panować i można też nie panować. Nina nie panowała nad tym.


W przedstawieniu jest też trochę o Tobie. Jaką Ninę i jaką Monikę poznajemy na scenie?

To był pomysł Adama. Trochę też była to odpowiedź na problem, że jestem biała (śmiech). Nie wiedzieliśmy, jak z tego wybrnąć. Adam wysłuchał dlaczego chcę opowiedzieć o Ninie, poprosił,żebym napisała mu też o tym w liście – i to są te fragmenty przedstawienia, w których na scenie wychodzę z roli Niny i staję się sobą - i stwierdził, że spektakl będzie nazywał się „Moja Nina”.


Rozmawiałyśmy o Ninie kobiecie, artystce, wojowniczce. O co Twoim zdaniem może walczyć artysta dzisiaj? O co walczy Monika Mariotti?


Hymmm… nie przychodzi mi do głowy prosta i jasna odpowiedź. To co robiła Nina, ja też staram się robić w swoim codziennym życiu: nie kłamać, szanować innych, nie kupować pewnych produktów, czytać, to się pięknie zwraca. Ale nie wychodzę na plac, żeby przemawiać. Sama? Rewolucja możliwa jest razem, gdy coś tracimy lub odmawia nam się czegoś. Jesteśmy głodni, nie mamy pieniędzy, biją nas, jest dyktatura – wtedy walczysz. A dziś nie mamy tu takiej sytuacji. Jest ciepło i bezpiecznie. To o co ja mogę walczyć? Jedynie o to, żeby ludzie odchodzili od schematów. Ale też nie zamykali się w indywidualizmie. Chodzi o jakość życia. Więc to, co mogę zrobić to przez swój sposób grania, wzbudzać pewne emocje i refleksje. To taka mała rzecz a jednak podstawowa. Mi niektóre książki zmieniły życie.


Wróćmy jeszcze do „Mojej Niny”. Gdzie w najbliższym czasie można posłuchać muzyki ze spektaklu?

7 marca ukaże się płyta z piosenkami ze spektaklu. Usłyszymy też 2 piosenki, które „nie zmieściły się” w przedstawieniu. Mówiąc o muzyce chce podkreślić, że instrumenty są bardzo ważną częścią przedstawienia. Ja opowiadam historię Niny. W tę opowieść dużo wnosi scenografia i kostiumy (autorstwa Kasi Adamczyk), ale i instrumenty i muzyka (za która odpowiada Michał Lamża). Początkowo dużo jest fortepianu i muzyki klasycznej. Potem dźwięki bluesowe np. harmonijka ustna. Potem wchodzą instrumenty etniczne. Wtedy też zmieniają się stroje. Zmienia się muzyka i sukienki. Ale nie znika całkowicie fortepian symbolizujący muzykę klasyczną. Bo to była jedyna prawdziwa miłość Niny. Podobnie ostatnia kreacja jest kreacją gwiazdy. W przedstawieniu muzyka sama w sobie jest równie ważna, co historia życia Niny.A informacji o kolejnych spektaklach można szukać na stronie Teatru Syrena oraz na oficjalnej stronie na Facebooku.


Czekamy zatem na kolejne przedstawienia oraz Twoje przyszłe pomysły. Dziękuję za rozmowę.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.