Facebook Google+ Twitter

Mono, czyli co się stało z post-rockami?

Nie, pytanie brzmi właściwie odwrotnie: dlaczego nic się nie dzieje z post-rockami? Mono w Trabendo, uroczym klubie o nietypowym kształcie, było niezwykle nudne. Post-rock brzmi wciąż jak w latach 90-tych.

Chyba najciekawszym elementem tego wieczoru była okazja przebywania w Trabendo po raz pierwszy - położona w La Villette sala koncertowa, niedaleko giganta Zenith, jest ciekawie skonstruowaną, wielopoziomową i nieregularną miejscówką, w której koncerty ogląda się nieco ze skosa, ze schodów, z balkonów, a nawet zza kurtyny za sceną - i tam widok jest naprawdę świetny, szczególnie na kucających przy efektach post-rockowców.



Widoki widokami, muzycznie było miernie. Helen Money, po której sobie obiecywałam cuda, zagrała poprawnie, robiąc z wiolonczelą rzeczy naprawdę fantastyczne, przeobrażając ten niezwykle subtelny instrument w grzmiący jak Fender w Neurosis. Podobały mi się zmiany nastrojów, od eksperymentalnych kompozycji płynących gdzieś w stronę ambientów, przez naprawdę trashowe dzikie kawałki, w których królowała sztuczna perkusja. Pół godziny to jednak zdecydowanie za mało na wsiąknięcie.

Mono mieli dość czasu - niespełna dwie godziny koncertu były przekrojową podróżą po różnych albumach japońskiej grupy, począwszy od "Recoil, Ignite" z najnowszego, tegorocznego albumu "Rays of Darkness", przez EPkowe "Unseen Harbour", "Kanatę" i "Where We Begin" z drugiej płyty wydanej w 2014 ("The Last Dawn"), klasyki - "Pure as Snow", "Halycon" i "Ashes in the Snow" razem z "Everlasting Light" na sam koniec, czyli że atmosfera koncertu nasączona była rosnącym napięciem, które musiało się skumulować w postaci tych właśnie utworów, bo chyba z nich wszyscy znamy MONO. Jeśli słuchacze doznają ekscytacji na koncercie post-rockowym, to już dobrze - skomponowanie chociażby jednego utworu post-rockowego, którego uczysz się na pamięć i poznajesz od pierwszej nuty, jest ogromnym wyzwaniem. I tu Japończycy odnieśli sukces, inna sprawa, że od "Hymn to The Immortal World" z 2009 roku, który przysporzył im sławy i wyprzedawanych na pniu koncertów, fala zdecydowanie opadła. Mono są nudni i pompatyczni, a jednak ciągle nagrywają kopie kopii własnych albumów, które za czasów świetności były kopiami innych albumów. EITS robili to wcześniej, GYBE zawsze robili to lepiej, Mogwai do czasu kładł kamień węgielny pod świątynię post-rocka, ale poza przykładami, które wyliczyć mogę na palcach obu rąk, post-rock się skończył, wyświechtał i okrutnie znudził. Niestety, Mono to nie wyjątek od tej reguły.

Ciągle jednak polecam słuchanie Helen Money, ta przynajmniej poszukuje.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.