Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

81638 miejsce

Monogrenade zagrali w La Fleche d'Or

Koncert Monogrenade można potraktować przede wszystkim jako podręcznikowy przykład tego, jak ważny jest dobrze słyszący akustyk. Cokolwiek było z nim nie tak, zdołał zepsuć kawał dobrej roboty (i mój wieczór).

Monogrenade byli jednym z moich soulseekowych odkryć sprzed lat, kiedy to głównym źródłem poszukiwań byli ludzie z podobnymi katalogami muzyki - cokolwiek z ładnie brzmiącą nazwą lądowało w odtwarzaczu. Monogrenade podbili moje serce od pierwszego odsłuchania. Są z Montrealu, miasta z którego dobra alternatywa płynie całkiem obficie, i wydają mi się interesująco kanadyjscy w zgrabnym żonglowaniu dźwiękami i ciekawych połączeniach, coś na pograniczu popowego eksperymentu Arcade Fire z lekkim zadziorem charakterystycznym dla muzyków spod znaku Constellation Records, szczególnie kiedy w akcję wkraczają cięższe przestery łączące się w cudownej kakofonii z parą skrzypiec i wiolonczelą.



Monogrenade są świetni na żywo, mają dobrą energię, cudowny wokal Jeana-Michela, cały estetyczny arsenał dźwięków i kierunków, dzięki czemu występ jest dynamiczny, nie tracąc nic ze spójności. Patetyczne, sakralne niemalże syntezatory, gliczujące elektroniczne trzaski, minimalistyczne bity, wokale w harmoniach, eksplodująca od czasu do czasu gitara, dramatyzm płynący z tych wszystkich smyczków na scenie składały się na bardzo narracyjny, złożony koncert. Zapoczątkowany niezwykle filmowym, romantycznym "Portal", zdominowanym przez ambientową elektronikę utworem, przeszedł w prowadzoną przez uroczy motyw na pianinie "Composite", dokładnie jak na najnowszej płycie zespołu. I tu niestety zaczął się jednoosobowy dramat akustyka, któremu wszystko kompletnie się pomyliło - wygląda na to, że postanowił egalitarnie dać tyle samo głośności wszystkim muzykom, czasami wyróżniając perkusistę, czasami decydując się na bas, wszystko brzmiało więc i za głośno, i za wysoko. Udało się mu przez ponad godzinę spłycać efekty całkiem złożonej i wysublimowanej pracy odbywającej się na scenie. Najbardziej dramatyczne były chwile, kiedy wchodziły taneczne, elektroniczne bity (zaskakująco wiele na tym występie było takich momentów rodem z lat 80-tych) - wtedy priorytet dostawał bit.

Szkoda. Sala pustoszała z minuty na minutę od połowy koncertu, pewnie dlatego, że dźwięk był nie do zniesienia. A to mógł być doskonały koncert - nawet w pewnym sensie był, po prostu trzeba sobie było wyobrażać idealne nagłośnienie. Składał się z idealnej mieszanki nowych utworów i tego, co pojawiło się na ich pierwszym pełnometrażowym krążku "Tantale" i najwcześniejszych prac z "La saveur des fruits". Kiedy przyszło do bisów, wiadomo było już, że ten wydawałoby się mało znany zespół ma świetnie osłuchaną i przygotowaną publiczność we Francji (do tego względnie liczną, sala była pełna) - i oczywiście wszyscy domagaliśmy się usłyszenia "Ce Soir", ich największego hitu, jakkolwiek zabawnie brzmi to w tym przypadku. Niezwłocznie potem zwróciłam uwagę akustykowi na rzeźnię, jakiej był autorem, na co wzruszył ramionami, odburknął coś i wyszedł. Mam wrażenie, że wiedział, o co chodzi.

Przed Monogrenade zagrali jeszcze świeży dub-stepowo-popowo-elektroniczni artyści z Kanady http://www.dearcriminals.com/ - urocze, całkiem charakterne trio, chłopiec z wąsem i dramatyczną mimiką kiedy śpiewa, ona z ekspresyjną i ekscentryczną gestykulacją, nie mniej dramatyczna, a gdzieś obok grzeczny chłopiec w koszuli zapiętej po szyję. Nie mogę się zdecydować na ostateczną opinię - cześć ich utworów zdecydowanie wpadała w ucho, co do całokształtu, ciężko było się zdecydować, czy to coś w rodzaju młodego The XX ("Lover's Suicide" i ogólna korespondencja wokali, czasami układających się w harmonie, czasami wchodzących w dyskusje, nieuniknienie mi o nich przypominała), czy raczej nowa mutacja popowych dubstepów.

http://haleybonar.com/była bardzo pozytywnym zaskoczeniem - dla miłośników amerykańskiej gitarowej alternatywy z lat 90-tych i dla niezmordowanych poszukiwaczy utalentowanych songwritterek Haley powinna nadawać się idealnie. Zespół dysponuje świetnie skrojonymi utworami, dobrymi wokalami (dwa damskie głosy i od czasu do czasu włączający się basista i gitarzysta), umiejętną dramaturgią i amerykańskim sznytem. Dryfujemy gdzieś między nową falą a folkową americaną. Naprawdę dobry koncert.

A w Fleche d'Or sporo dobroci w listopadzie: 10 zagrają urodzinowy koncert http://www.flechedor.fr/2014/11/10/-HELMET-BETTY-20TH-ANNIVERSARY-TOUR/ jeden z wpływowych metalowych zespołów, trzy dni później zawitają młodzi post-hardcore'owcy z http://www.flechedor.fr/2014/11/13/BURY-TOMORROW-HANDS-LIKE-HOUSES-PRAETORIA-/, by następnego dnia zmienić się w elektro dancefloor z elementami funky - http://www.flechedor.fr/2014/11/14/MIDNIGHT-MARAUDERS-DAEDELUS-LIVE-ANUSHKA-LIVE-SOULIST/ zadbają o dobre nastroje. Jest też sporo francuskich wieczorów ze świeżym indie, wreszcie boscy http://www.flechedor.fr/2014/11/20/A-WINGED-VICTORY-FOR-THE-SULLEN/ ze swoimi zabójczymi ambientami 20 listopada.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.