Facebook Google+ Twitter

Most Szpiegów - ku pokrzepieniu amerykańskich serc

W tym miesiącu premierę DVD/Blue Ray miał oscarowy film "Most Szpiegów" na którym pracowały wielkie nazwiska. Reżyseria- Steven Spielberg, scenariusz - bracia Cohen, w roli głównej - Tom Hanks. Czy to może zagwarantować wybitny film?

 / Fot. agusiq-torrents.plNie ulega wątpliwości, że Steven Spielberg posiada jedną z najlepszych filmografii w historii kina. Nakręcił mnóstwo dzieł, uważanych obecnie za kultowe, które odcisnęły piętno na popkulturę i „wychowały” niejedno pokolenie. Niestety, poziom współczesnych dzieł reżysera zaczął się obniżać. Coraz bardziej popadają w patos, konserwatyzm, sentymentalizm, czego przykładem jest jego najnowszy Most Szpiegów.

Jest to historia prawdziwa. Akcja filmu rozgrywa się w latach 50. Głównym bohaterem jest James B. Donovan (w tej roli Tom Hanks), amerykański prawnik, który zostaje powołany jako obrońca z urzędu rosyjskiego szpiega, Rudolfa Abela (Mark Rylance). Wynik procesu jest z góry przesądzony, jednak protagonista prowadzi nierówną walkę o sprawiedliwość dla aresztowanego.

Most Szpiegów nie odchodzi od formuły reżysera- jest wyniośle, patetycznie, dosyć familijnie, chwilami humorystycznie. Główny bohater żyje w świecie ogarniętym Zimną Wojną, w którym Amerykanie i Rosjanie są pełni uprzedzeń wobec siebie. Jego zadanie jest niesamowicie trudne, ponieważ wszyscy uważają Abela za zbrodniarza, a walkę o jego prawa za akt zdrady. James Donovan jako jedyny nie ulega nienawiści i konsekwentnie kieruje się Konstytucją wg której wszyscy ludzie są równi wobec prawa. Spielberg w swoim filmie promuje piękne wartości, niestety często popada w patos. Bohaterowie prowadzą wyniosłe dialogi, są kadrowani niczym święci, a w tle pobrzmiewa przerysowana muzyka Newmana. Są za bardzo wyidealizowani, uproszczeni i kontrastowi, aby można w nich uwierzyć, nie pomoże nawet dobra gra aktorska. Jamesa B. Donovan jest chodzącym uosobieniem cnót – kochający mąż i ojciec, przykładny obywatel oddany Konstytucji. Niemal każda postać drugo-, trzecioplanowa jest dwuwymiarowa i pełni pojedynczą funkcję. Jedynym wyjątkiem jest Rudolf Abel - niepozorny, skryty, inteligentny, kierujący się swoją ideologią (niby komuch, a dobry). Spielberg popada w przestarzałe, hollywoodzkie schematy. Świat przedstawiony jest za bardzo zero jedynkowy. W Stanach Zjednoczonych panuje idealna pogoda, wszystko piękne i zadbane, zaś na bloku wschodnim (w tym samym momencie) panuje zima, wszystko jest nędzne i odpychające. W Ameryce jeniec przebywa w czystym, zadbanym więzieniu, w którym jest szanowany, zaś w ZSRR amerykański szpieg znajduje się w najgorszej norze. Zachód dobry, Wschód zły. Reżyser momentami stara się ukazać pewne odcienie szarości – pozytywna postać radzieckiego szpiega, Amerykanie pełni uprzedzeń, jednak to nie rekompensuje powyższych zarzutów.

Most szpiegów łączy w sobie dwa ulubione style Stevena Spielberga. Jest połączeniem poważanego kina historycznego i kina nowej przygody. Tutaj dochodzimy do kolejnej wady. Ma niesprecyzowany styl. Jak na film nowej przygody, jest za bardzo przegadany i porusza zbyt wiele kwestii polityczno-historycznych. Jak na film historyczny, jest za bardzo kontrastowy, momentami infantylny. Film jest niepotrzebnie rozciągnięty - 2 i pół godziny. Dużo niepotrzebnych (zazwyczaj kiepskich) scen i wątków. Jest np. wątek syna Jamesa, który przygotowuje się na zagładę nuklearną. Historia ta pojawia się nagle, jest przerysowana i prowadzi donikąd. Mamy także (zbyt) dokładnie ukazany wątek amerykańskiego szpiega, który wyruszy w swoją pierwszą misję na terenie Związku Radzieckiego. Łatwo przewidzieć dalszy bieg wydarzeń, nie ma sensu zagłębiać widza w szczegóły.

Poza niezłym aktorstwem, do zalet można jeszcze zaliczyć warstwę techniczną. Operatorem był Janusz Kamiński, który ponownie odwalił kawał dobrej roboty. Montaż bardzo sprawny, co widać w bardziej dynamicznych momentach filmu. Jest kilka scen, w których Spielbergowi udaje się wykrzesać odrobinę emocji, jak np. obiecujący wstęp, albo finał rozgrywający się na tytułowym moście.

Steven Spielberg nakręcił zdecydowanie zbyt „amerykański” film, podpadający wręcz pod propagandę. Operuje swoimi charakterystycznymi stylami, których nie powinno się ze sobą łączyć. Finalnie wyszedł filmowy przeciętniaczek ku pokrzepieniu amerykańskich serc. Tylko dla najbardziej oddanych fanów Spielberga.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.