Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

14792 miejsce

Moto Weteran Bazar - tego zazdroszczą Łodzi wszyscy

  • Źródło: Express Ilustrowany
  • Data dodania: 2006-09-16 11:02

Od piętnastu lat, cztery razy do roku, do Łodzi zjeżdżają wielbiciele zabytkowych aut, motocykli, replik wojskowych pojazdów, militarnych gadżetów, antycznych mebli, książek i wszelkich dziwactw z tzw. duszą.

Widać, nastała moda na posiadanie oryginalnych rzeczy, bo Moto Weteran Bazar, tak nazywa się impreza, z każdym rokiem rośnie w siłę.

Alfons Krawczyk z synem Witoldem wykonał replikę wojskowego auta z 1943 roku na podwoziu zwykłego 'malucha'. Paweł Grzegorzewski ze Zgierza porównuje jazdę 55-letnim citroenem do... seksualnych rozkoszy. Moto Weteran Bazar ma kilku ojców, m.in. Jacka Kopczyńskiego i Marcina Kociubińskiego oraz Zbigniewa Juszczyńskiego.

Niemcom opadają szczęki

fot. Express IlustrowanyJacek Kopczyński, kolekcjoner, obok Marcina Kociubińskiego i Zbigniewa Juszczyńskiego, jeden z ojców MWB, nie kryje zadowolenia.– Pamiętam, że pierwszy bazar to było zaledwie kilka stolików ze skarbami należącymi do największych zapaleńców kolekcjonerstwa. A dziś mamy ośmiuset wystawców i kilka tysięcy odwiedzających z różnych zakątków Europy! I co najważniejsze, odwiedzają nas całe rodziny. Atmosfera jest tu jak na familijnym pikniku. Bardzo mnie to cieszy.

Pan Jacek rzeczywiście ma powody do dumy. Kilka lat temu odwiedzili go uznani niemieccy kolekcjonerzy i na widok imprezy, która akurat odbywała się na łódzkim stadionie Startu, mówiąc kolokwialnie, opadła im szczęka.– Byli zszokowani nie tylko jej rozmiarami i różnorodnością, ale również jakością oferowanych eksponatów. Od tamtej pory nie opuścili żadnej – wyjaśnia.

W tym roku na MWB z Jaworzna dojechał m.in. kanadyjski Wilis wyprodukowany w 1927 roku. To cacko, warte, bagatela 95 tys. zł, wzbudziło podziw niejednego odwiedzającego. Jednak jego, proszący o anonimowość, właściciel nie kwapił się do sprzedaży.– Szkoda mi się z tym autem rozstawać – mówił z tajemniczym uśmiechem.

fot. Express Ilustrowany– Och, jak ja go rozumiem – tłumaczy pan Jacek. – Zbieractwo, to nieuleczalna choroba. Wszystko jest jej podporządkowane: praca, dom, rodzina, nawet znajomi. Kto niczego nie kolekcjonuje, nigdy tego nie pojmie. Zbieranie to moje życie i mimo że z wykształcenia jestem niedoszłym polonistą, to tak naprawdę stałem się historykiem-samoukiem. Przecież kiedy zbieram, ciągle poszerzam swoją wiedzę i te setki dat, tysiące nazw automatycznie zapadają mi w pamięć. Jadę na wakacje i wypatruję ciekawych okazów (pan Jacek ma w swej stajni m.in. kilkadziesiąt zabytkowych pojazdów, czołg i samolot). Wyjeżdżam za granicę i znowu wypatruję. Oglądam, czytam, rozmawiam z kimś i wciąż szukam. Na urlopie przeglądam notes z nazwiskami i numerami innych fanatyków, bo planuję kogo by tu odwiedzić, co by tu zobaczyć i ewentualnie kupić. Oj, niełatwo tak żyć, ale ja inaczej już nie umiem...

Rozwód przez... szable

Barbara Zytke, prowadzi w Łodzi sklep z ubraniami i gadżetami z demobilu.– Pierwsza wystawiałam militaria na tym bazarze – mówi z uśmiechem. – To wspaniała praca, a ilu ja ciekawych ludzi przez ten wojskowy handel poznałam... Fakt, przez sklep i stragan pani Basi przewinęło się chyba pół Polski.

- To miłe, kiedy najpierw moim klientem jest chłopak, potem jego dziewczyna, ich znajomi i tak dalej. Nawet na kilku ślubach tych moich zbieraczy już byłam. Ostatnio to mi nawet własne dziecko do przypilnowania przyprowadzili - mówi rozpromieniona. - Bo ja jestem nie tylko handlowcem. Czasem bywam spowiednikiem i doradcą.

Po radę do pani Basi przyszedł starszy kolekcjoner-fanatyk. – Boże, jak on kochał szable – wzdycha kobieta. – Godzinami je oglądał, pieścił, czyścił. I wszystkie pieniądze na nie wydawał. W końcu narobił długów, więc pewnego dnia żona postawiła mu ultimatum – ja albo to żelastwo i rozwód. No i sprzedał biedaczek te swoje skarby. Rozwodu nie było, ale niedawno zagląda do mnie jakiś taki markotny. Pytam, co się dzieje, a on mi na to, że tęskni za szablami i chyba żałuje, że je wszystkie tak szybko sprzedał.

Stare jest jare!

Mistrzem w wykonywaniu replik wojskowych pojazdów jest 82-letni Alfons Krawczyk ze Zduńskiej Woli. Razem z synem Witoldem zrobił kopię terenowego volkswagena z 1943 roku. –Ma silnik "malucha", mały jest i sprytny, a mój 14-letni wnuczek Bartosz go uwielbia – mówi starszy pan. Tylko żona za tym moim dłubaniem nie przepada. Mówi, że za mało czasu jej poświęcam.

Wbrew pozorom kolekcjonerskiej gorączce poddają się nie tylko panowie z baczkami przyprószonymi siwizną. Ta choroba nie patrzy na wiek, płeć czy zawód.– Jestem ślusarzem, ale uwielbiam odnawiać zabytkowe auta – zwierza mi się łodzianin Wojciech Ławiński. Na MWB przyjechał wymuskanym renault prima quatre, rocznik 1935. Jednym z trzech ocalałych takich egzemplarzy w Europie! Remontował go przez dwa lata. – Jak już coś odnowię, to mi szkoda sprzedawać - wyjaśnia. – No to, żeby na chleb zarobić wożę nim nowożeńców.

Zbieraczem-odnawiaczem jest też Paweł Grzegorzewski ze Zgierza. Siedzi uśmiechnięty w błyszczącym citroenie z 1951 roku i próbuje mi wytłumaczyć dlaczego dwudziestokilkuletni facet woli gmerać w starych autach niż zaglądać pod maskę supernowoczesnym bolidom.– Bo jazda takim pięćdziesięcioletnim, własnoręcznie odnowionym cudem, jest jak... No, jak... orgazm, rozumiesz?
Agnieszka Gospodarczyk
ma

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.