Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2727 miejsce

"Mówiąc Inaczej" po polsku, czyli nie zawsze poprawnie

"Mówiąc Inaczej" Pauliny Mikuły to książka, która miała pokazać, jak "pisać i mówić, żeby się nie pogubić".

okładka / Fot. wydawnictwo ZnakJęzyk polski dostarcza wielu problemów nie tylko obcokrajowcom, lecz także rodzimym użytkownikom. Jest wiele zasad, które z pozoru wydają się nielogiczne, a tak naprawdę wynikają z historycznych uwarunkowań oraz wyjątków, których trzeba się nauczyć na pamięć. Niestety jest też sporo wyrazów, których znaczenie jest mylone, przez co wynikają zabawne sytuacje oraz wyrazów modnych, które są zupełnie niepotrzebne. I właśnie z językiem polskim próbuje zmierzyć się Paulina Mikuła, autorka vloga i książki "Mówiąc Inaczej".

"Mówiąc Inaczej" to nietypowy poradnik językowy, stworzony przez vlogerkę, która stara się rozwiać wątpliwości językowe w sposób przystępny i zabawny. Książka została podzielona na 9 rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej grupie zagadnień. Paulina zajmuje się m.in. językiem potocznym, wulgaryzmami, związkami frazeologicznymi, ortografią i interpunkcją, a także zapożyczeniami i regionalizmami.

W rozdziale "Z czym Polacy mają największy problem?" autorka pokazuje, z czym sobie nie radzimy, jeśli chodzi o język polski. Polacy mają wiele językowych problemów, z czym się akurat zgadzam. Jednak w książce zostały omówione tylko te najczęstsze, najbardziej rażące błędy. I tu pojawił się pierwszy problem, który dotyczący błędów leksykalnych, polegających na użyciu wyrażeń składających się z wyrazów mających to samo lub bardzo podobne znaczenie. Chodzi o pleonazmy (konstrukcje podrzędno-nadrzędne, np. okres czasu) i tautologie (konstrukcje współrzędne, np. stan i kondycja). Okazuje się, że Paulina jest bardzo liberalna. I nie każdą tego typu konstrukcję uważa za błąd, dlatego gdy ich używa, w nawiasie podkreśla, że to tautologia zamierzona. Nie zmienia to faktu, że pisze i mówi niepoprawnie, a skoro chce pouczać innych, to nie powinna tak robić. Szczególnie upodobała sobie "tylko i wyłącznie". I do tego pokrętnie się tłumaczy: niekiedy tautologia jest potrzebna. (...) Tylko i wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność za to, co się stało, brzmi dobitniej niż: Tylko ja ponoszę odpowiedzialność za to, co się stało albo Wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność za to, co się stało. Bzdura - albo "tylko" albo "wyłącznie". Nie zapamiętujcie tej niepoprawnej konstrukcji, na pewno nie będzie to mile widziane chociażby w szkole. Idąc takim tokiem myślenia, dobitniej brzmi "bo dlatego że" (albo "bo" albo "dlatego że") lub "w każdym bądź razie" (kontaminacja - w każdym razie + bądź co bądź). To także błędy.

W rozdziale "Język potoczny" autorka wspomina o błędach popełnianych przez polityków. Jej zdaniem również tutaj należy zachować dystans i zdroworozsądkowe podejście do sprawy, dlatego proponowałabym rozliczać polityków głównie z ich działalności politycznej, a nie kompetencji językowej, której większość Polaków zwyczajnie nie ma. Niestety nie mogę się z tym zgodzić. Można nie mieć kompetencji zawodowych, np. do uczenia w szkole, ale nie kompetencji językowej. Czym jest bowiem kompetencja językowa? Według Encyklopedii PWN: kompetencja językowa to zdolność do odpowiedniego (stosownego) zachowania się językowego, komunikacyjnego czy ogólnie kulturowego. (...) wraz z kompetencją komunik. (zdolnością posługiwania się językiem odpowiednio do sytuacji i kontekstu społ.) kompetencja językowa tworzy wiedzę językową człowieka. Na podstawie tej definicji, każdy z nas ma kompetencje językowe, które wyniósł ze szkoły. Błędy językowe wspomnianych polityków wynikają raczej z lenistwa czy niedbalstwa. Poza tym wcale nie trzeba kończyć Wydziału Polonistyki, by mówić poprawnie. A politycy czy osoby występujące przed kamerami powinny dbać o język, ponieważ niejednokrotnie stawiane są za wzór. Niektórzy uważają, że skoro tak mówią w telewizji, to tak jest poprawnie.

Rozdział "Wulgaryzmy" jest moim zdaniem zbędny. I tak każdy zna przekleństwa i wulgaryzm, więc uczenie ich mija się z celem. Być może autorka chciała zabłysnąć, jakie zna słownictwo. Jednak, jak sama nazwa wskazuje, łaciny podwórkowej można nauczyć się na podwórku, niepotrzebne są do tego poradniki. Tymczasem Paulina podaje definicję jednego z wulgaryzmów (podpowiedź: czasownik na p), do którego dodała różne przedrostki (typu od, o, s, u), dzięki czemu wyszło ponad 20 różnych znaczeń. Pokazuje to, jak te słowa zubożają język. Wystarczy używać jednego wulgaryzmu z różnymi przedrostkami i nie trzeba znać innych czasowników. Podobnie ma się ze słowem na k, które w zależności od miejsca w zdaniu, ma inny wydźwięk. Jednak najbardziej irytujące jest stosowanie go jako przecinek. Paulina ma jednak inne zdanie na ten temat. Uważa, że wulgaryzmy są potrzebne, mają moc terapeutyczną. Co więcej, dama nie używa wulgaryzmów zamiast przecinków. Nie zastępuje nimi namiętnie dowolnej części mowy. Doskonale wie, kiedy i gdzie wstawić wulgaryzm, aby nie oburzał rozmówcy, lecz był oznaką silnych emocji, które nią zawładnęły. A czasem był niczym wisienka na torcie, dzięki której wypowiedź staje się wyraźna, dobitna i na długo zapada w pamięć odbiorców. Niestety mam odmienne zdanie - prawdziwa dama nie przeklina. Niezależnie od sytuacji.

Z rozdziału "Ortografia" można dowiedzieć się, że dobry polonista wcale nie musi znać ortografii. Ta śmiała teoria została wypowiedziana przez nauczycielkę polskiego Pauliny i bardzo przypadła Jej do gustu. Jednak ja nie wyobrażam sobie polonisty, uczącego dzieci i młodzież, piszącego artykuły albo redagującego książki i jednocześnie popełniającego błędy ortograficzne. Gdybym spotkała się z takim przypadkiem, zaczęłabym się wtedy zastanawiać, jak uzyskał tytuł magistra. Natomiast Paulina twierdzi, że język polski to nie tylko ortografia. Czy aby być fenomenalnym pisarzem trzeba znać ortografię? Nie, tekst daje się do korekty i resztę ma się w nosie. Z tym, że korektor też filologię polską musiał skończyć, tak jak ów polonista, który ortografii znać nie musi. Co więcej, podważa wiedzę osób, które biorą udział w konkursach ortograficznych. Świadczy o tym zdanie: jestem przekonana, że ludzie zwyczajnie strzelają, biorąc udział w tych wszystkich ortograficznych konkursach. Wygra ten, kto ustrzeli najwięcej. Zupełnie tego nie rozumiem, o ile w testach można strzelać, to podczas dyktanda, straciłoby się bardzo dużo czasu na taką metodę i efekty nie byłyby zadowalające.

Wyzwaniem jest rozdział "Problemy przez wielkie p". Niestety znowu muszę się przyczepić. Podczas gdy regionalizmy zostały omówione ciekawie, to z zapożyczeniami wyszło już zdecydowanie gorzej. Bowiem wkradł się błąd merytoryczny przy omawianiu zapożyczeń z angielskiego. "After" (impreza wstępna poprzedzająca imprezę główną), "bifor" (impreza odbywająca się po imprezie głównej). A przecież after oznacza "po", a before - "przed". Powinno być więc odwrotnie - biforek, impreza główna i afterek. I choć nie mam kompetencji językowej z angielskiego (według autorki), to ten błąd wyłapałam. Zastanawiam się tylko, czemu przeoczyło go dwóch korektorów i jeden konsultant naukowy. Podobnie nie mogę się zgodzić, że facebookowe "lajk" nie ma polskiego odpowiednika. Można go nazwać "polubienie" od - lubię to!, zaś "lajkować" - to "polubić". Z kolei korporacyjny "deadline" można zastąpić "ostatecznym terminem". Być może bardziej opisowo, ale po polsku. Nie dajmy się zwariować tymi anglicyzmami. Bo dojdzie do tego, że w naszych wypowiedziach co drugie słowo będzie angielskie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Panie Arturze, polonizmy są w obcych językach, a nie w polskim ;) Nie mówię o języku naukowym, bo nie wszystko da się przetłumaczyć. Chodzi mi o wypowiedzi, w których co drugi wyraz jest angielski. Również w szkole anglicyzmy nie są mile widziane. Wyobrażam reakcję polonistki na wypracowanie ucznia z angielskimi wstawkami.

Basiu, o ustawie nie usłyszałam, ale uczyłam się francuskiego, więc coś niecoś wiem o unikatowych wyrazach ;) Jak nie przeczytasz tej książki, to nic nie stracisz :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Weroniko, nie raz pisałam o tym , że Francja ma ustawę chroniącą jez. przed anglicyzmami. np. nie ma tam słowa Komputer lecz jest ordinateur. itd itp. owszem, niektóre wyrażenia są nieprzetłumaczalne, ale....
my Polacy, nie gęsi... czyż nie?
czyli książki nie kupię. I dla takich "odkrywczych perełek" nie będę tracić cennego wzroku. No, cóż . z jednym się zgodzę, pisać każdy może, no wydać książkę także. Dziś to nie problem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

/Nie dajmy się zwariować tymi anglicyzmami./

Nie dajmy się zwariować również polonizmami.
Po co komu w dzisiejszym świecie uczyć się takich, polskich nazw?: dimetyloamidocyjanidofosforan etylu albo heksametylenotriperoksydiamina ?

Tak wiem, to skrajne przypadki, jednak chcąc porozumiewać się skutecznie w dzisiejszym, globalnym świecie, język naukowy ( także szkolny) powinien być zunifikowany.

Paradoksalnie, posłuży to także językowi polskiemu, który będzie stanowił nie barierę do globalnego porozumienia, ale podkreślenie kulturowej tożsamości. Wartej pielęgnowania i bezbłędnego używania.
Moim zdaniem można to dziś osiągnąć tylko w kontrapunkcie: angielski językiem "technicznym", polski - kulturowym. Skończy się prymitywne "szpanowanie" pojedynczymi wstawkami. Albo - albo. Z korzyścią dla komunikacji w obu językach.

Ale to tylko takie moje "majaki" ... ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.