Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

41924 miejsce

Mroczne oblicze duszy według Iron Maiden

Tym krążkiem zespół Iron Maiden rozlicza się z niegodziwościami świata i ludzkimi problemami. "The X Factor", mimo że wydany w 1995 roku, posiada aktualne przemyślenia i naprawdę ciekawą muzykę.

To bez wątpienia najbardziej mroczne dzieło zespołu. Jednak ta płyta nie wzięła się znikąd. Po pierwsze początek lat 90. przyniósł parę przykrych wydarzeń w życiu szefa Maiden, Steve Harrisa m.in. rozwód. Duży ciosem dla zespołu było odejście gitarzysty Adriana Smitha oraz wieloletniego wokalisty Bruce'a Dickinsona. Głos z którym wielu kojarzyło Iron Maiden. Inspiracją dla wielu tekstów z „The X Factor” były przeżycia członków zespołu.

Można odnieść wrażenie, że zespół postanowił odejść od komiksowej konwencji. Chodzi o to, że na okładce nie pojawił się rysunkowy Eddie. Mamy za to profesjonalną fotografię, która przedstawia wspomnianego potwora leżącego na czymś przypominającym stół operacyjny. Rzecz jasna wszędzie dominuje czerń.

Nie rozumiem czemu tak wielu fanów Żelaznej Dziewicy, zwłaszcza tych młodszych, całkowicie nie docenia tej płyty. Mogę się natomiast domyślać – do niej trzeba dojrzeć, dorosnąć. Porusza tematy, które dla młodego człowieka mogą być jeszcze bardzo odległe. Ja też na początku miałem co do tego materiału mieszane uczucia. Jednak czym więcej razy płyta lądowała w odtwarzaczu, tym bardziej pochłaniał mnie ten mroczny, a zarazem ludzki świat.

Już pierwszy utwór zdradza, że wszystko będzie wyglądać inaczej, niż można by przypuszczać. Partia chóru wprowadza nas w odpowiedni nastrój. Gdy dodamy do tego cierpki głos Blaze Bayley’a (zastąpił Bruce;a Dickinsona) można poczuć dreszcze. Jest to długi, trwający ponad dziesięć minut utwór, inspirowany książką Umberto Eco pt. „Imię róży”. Wszystko brzmi bardzo selektywnie, mimo że ten album produkowany był już przez Nigela Greena, a nie Martina Bircha. W „Sign Of The Cross” naprawdę dużo się dzieje. Mamy pojedynki gitarowe i melodyjne zwrotki. Mroczne partie chóru nawiedzają nas jeszcze raz w środkowej części kompozycji. Są jeszcze, rzecz jasna, typowe dla Maiden zmiany tempa i rytmu.

Na krążku jeszcze trzy utwory nawiązują do świata literatury i filmu: „The Lord Of The Flies”, „Man On The Edge” i „The Edge Of Darkness”. Pierwszy z nich bazuje na noweli Williama Goldinga “Władca móch”, kolejny powstał pod wpływem filmu „Upadek” (reż. J. Schumacher, 1993) z Michaelem Dauglasem w roli głównej, a ostatni z nich został zainspirowany „Jądrem ciemności” Conrada
i słynnym filmem „Czas Apokalipsy”.

Nie brakuje również tematów, z którymi stykamy się na co dzień. Dobrymi przykładami będą „2 A.M.” i „Judgement Of Heaven”. W drugim utworze człowiek żali się, że jego życie nie wygląda tak, jak powinno, że czeka go sąd przed Najwyższym, który jednak zbawi go.

Jeżeli chodzi o muzykę, to w każdym kawałku odnajdziemy elementy, za które tak kochamy Iron Maiden. Charakterystyczne brzmienie basu Harrisa, współpraca dwóch gitara Gersa i Murray’a. Jednak rozwiązania rytmiczne mogą spowodować, że niejeden fan zacznie się zastanawiać, o co im chodzi? Bo raz pędzą na złamanie karku („Man On The Edge”), raz jednak starają się być refleksyjni („2 A.M.”), znów jednak potrafią przyłożyć tak jak w „The Edge Of Darkness”. Nostalgiczne wstępy mogą mniej cierpliwych doprowadzić do szewskiej pasji. Zwłaszcza ten długi, zawierający popis basowy Harrisa w „Blood On The World’s Hands”.

Wojna i cierpienie walczących pojawiają się kilkakrotnie. Są one pełne bólu i refleksji, dokąd to wszystko nas prowadzi. Dodając do tego pełną pasji muzykę, otrzymujemy obraz jaki czuje żołnierz wracający do domu („The Aftermath”) i czym jest konflikt zbrojny dla ludzi („Fortunes Of War”).

Polecam tę płytę każdemu, kto w muzyce ceni zarówno melodię, jak i mądry tekst. Niektórym ten krążek jest solą w oku, bowiem opowiada o nas samych, naszych słabościach, okrucieństwie i wyzysku innych. Jest tak mroczny jak nasze myśli. Warto posłuchać, by przekonać się jak mało potrzeba byśmy zmienili się z dra Jeckylla w mr. Hyde’a. Genialna płyta, która ukazała się w bardzo trudnym okresie dla zespołu. Jednak Iron Maiden nie poddało się tak łatwo – dzięki temu dziś możemy ich jeszcze słuchać.

Iron Maiden „The X Factor” (1995)
Sign Of The Cross; Lord Of The Flies; Man On The Edge; Fortunes Of War; Look For The Truth; The Aftermath; Judgment Of Heaven; Blood On The World’s Hands; The Edge Of Darkness; 2 A.M.; The Unbeliever
Skład: Steve Harris, bas; Blaze Bayley, wokal; Dave Murray, gitara; Janick Gers, gitara; Nicko McBrain, perkusja.
Produkcja – Nigel Green i Steve Harris.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (9):

Sortuj komentarze:

Hehe :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

W sumie może i masz rację... ale dla mnie Sabbath z Martinem to miazga, cały "Eternal Idol" niszczy całą dyskografię Korna ;) hehe... dobra! ja po prostu nie lubię nowych rzeczy, ot co... Ja nie mam nienawiści do tego, po prostu jakoś nie chce mi to przeleźć przez uszy... Niech se żyją, ale ja nie znosze nowych rzeczy... Jakoś tak - taki zboczuch ze mnie hehe ;P

Komentarz został ukrytyrozwiń

No właśnie widzisz Adam, "młodym metalowczykiem" też kiedyś byłeś (jesteś?), więc nie ma co tu pogardliwie sobie o nich pisać. Zwłaszcza, że te Metalliki, Korny, SOAD, to (pomijając całą komercyjną stronę) naprawdę dobre kapele, a jeździć po nich, bo sprzedają dużo płyt to tak trochę nie bardzo nie? Który zespół nie chce sprzedać wielu płyt? :) Czy naprawdę uważasz, że pierwsza płyta KoRna, czy Iowa Slipknota to albumy łatwo strawne?

I wbrew pozorom Motorhead, AC piorun DC, czy Sabbaci to wciąż megapopularne kapele, nie ma co się oszukiwać. Wiadomo, że to nie pierwsze strony pudelków, czy innych ratlerków, ale powiedzmy sobie szczerze - to są naprawdę znane zespoły. Popatrz ile ludzi przychodzi zobaczyć portki Angusa Younga i poskakać w rytm jego gry na gitarze. Stadiony świata są pełne. Sabbath z Martinem? Zna to mnóstwo ludzi. Słucha niewielu, trzeba przyjąć do wiadomości, że dla nich "The Eternal Idol" przegrywa muzycznie z dajmy na to "The Mob Rules". Ot co.

I na koniec - niekoniecznie to, co mało znane/ciężkie/megametalowo wgniatające w fotel/ciężko przyswajalne = dobre.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Flick Of The Switch jest ewidentnie antyprzebojowa hehe, to jest typowe 'drwalowskie' AC/DC... Zero kompromisów:)

A publika? No wiadomo, że pożera to, co łatwiej strawne. Popytaj się młodych metalowczyków, to Ci powiedzą czego słuchają - Nightwishe, Metalliki (najlepiej okres Black Album), Slipknoty, SOAD, Korny... Malo ktory ci powie, ze Motorhead, AC/DC, Black Sabbath (no zdarzą sie, ale np okres z Martinem to nikt nie zna...) i tak dalej... Co się bedziemy przejmować;P

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie kolego może być High Voltage;-)))) Co pan powie o Flick of The Switch;-) również bardzo niedoceniony album a ma kilka dobrych utworów;-) może publika pożera poprostu to co łatwiej zjeść? ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Racja, po powrocie Dickinsona i Smitha najbardziej im się udał "Brave...". "Dance of Death" był niezły, ale nie przebił poprzednika ;) A nowy album, cóż - Maiden poniżej pewnego poziomu nigdy nie zejdzie, słychać tam progres i że panowie szukają, nie stoją w miejscu. A to dobrze.

Swoją drogą, jeśli chodzi o Dickinsona, to "Accident..." i "Chemical Wedding" - absolutna klasa! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Taaa... Panie Adrianie, coś z AC/DC na pewno się pojawi! I, być może, będzie to właśnie Fly On The Wall (choć nie ukrywam, że może znaleźć się "High Voltage", "Powerage" czy "Flick Of The Switch").

Spinoza - Ja Maiden znam prawie jak własną kieszeń:) To dla mnie kapela numer jeden. Wiesz, era z Blazem to jakby osobny rozdział, nagrali zupełnie inną muzykę niż w latach 80. "The X Factor" jest najbardziej dojrzały spośród wszystkich do roku 1995. "Virtual XI" natomiast jest dla mnie, z bólem, najgorszą płytą Maiden w ogóle. Widać, że jakoś nie potrafili przebić Factora a poza tym Bayley jakby się wypalił, zresztą Harris wiedział, że Dickinson musi wrócić (sam wokalista tak samo pewnie pomyślał) i w końcu znów byli razem. Fakt, że te płyty po reunion, po 1999 roku, też nie są takie super, jak te wczesne. Najlepszą pozycją chyba jest "Brave New World" bo jeszcze nie brnęli tak w tę progresywność. Marzy mi się jeszcze taki album w stylu "Powerslave" czy "Somewhere In Time"... Pożyjemy, zobaczymy. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

"The X - Factor" to jak dla mnie jedna z najlepszych płyt Maiden. To ich najbardziej progresywny album, zdecydowanie wart posłuchania.

Jeśli chodzi o muzykę, to lepszego tła dla Bayleya nie mogli sobie wyobrazić. No i dochodzą oczywiście teksty.

"Virtual XI" darzę sentymentem, choć porównując do "Factora", muzycznie to już dużo gorsza propozycja. No ale - Blaze to już historia :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja np; wielbię płytę Fly On The Wall AC/DC jako naprawdę bardzo ostry i dobry materiał, niestety przez wielu niedoceniny i pozosawiony na uboczu wyparty przez bardziej komercyjne albumy;-) plus

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.