Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

78228 miejsce

MŚ w Falun: Medal wywalczony w bólach

Nasi skoczkowie potrafią zaskakiwać. Najpierw nikt nie spodziewał się tak słabego początku sezonu, a dziś mało kto wierzył w medal polskiej ekipy w konkursie drużynowym. Biało-czerwoni udowodnili jednak, że z kryzysu umieją wychodzić.

 / Fot. Tadeusz Mieczyński/ CC 3.0Po tak słabym sezonie w wykonaniu biało-czerwonych trudno było szukać kogokolwiek, kto twierdził, że jeszcze w jego trakcie będziemy mieć powody do dumy z naszych skoczków. Zawodnicy, którzy jeszcze do niedawna byli krytykowani i obśmiewani przez kibiców, którzy jeszcze niedawno sami o sobie mówili, że „skaczą jak łajzy” odebrali dziś na rynku w Falun brązowy medal wywalczony w konkursie drużynowym. Biało-czerwoni powtórzyli wyczyn sprzed dwóch lat, a przecież nie każdej drużynie, nawet tej z górnej półki, jest to dane. Polacy nie dość, że uszczęśliwili kibiców to jeszcze zrobili to tak lekko i przyjemnie.

Polscy skoczkowie podczas prawie dwóch tygodni rywalizacji na skoczniach Lugnet w Falun radzili sobie różnie, ale wydawać by się mogło, że wszystkie swoje siły zgromadzili właśnie na ten ostatni akt rywalizacji. Na nowo zamknęli usta krytykom, którzy po słabych tegorocznych wynikach coraz głośniej wyrażali swoje niezadowolenie z pracy Łukasza Kruczka. - Możemy wreszcie odetchnąć. Wszyscy czekaliśmy na super wynik i na to, aby pojechać stąd z podniesionym czołem oraz nagrodą, która waży - powiedział na gorąco po konkursie Kamil Stoch.

Mistrzostwa niespodzianek

Mówi się, że medal mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich to zwieńczenie ciężkiej pracy oraz wspaniałych wyników odniesionych na przestrzeni całego sezonu. Zwykle bowiem bywa tak, że trofeum przypada w udziale tym, którzy w danym sezonie w Pucharze Świata nie mieli sobie równych. Ale te mistrzostwa już pokazały, że w przewidywaniu wyników lepiej nie kierować się zasadami logiki. Zwłaszcza że poza konkursem na dużej skoczni, który padł łupem Freunda, niespodzianek nie brakowało.

Kto bowiem spodziewał się, że złoty medal na normalnym obiekcie zawiśnie na szyi człowieka, który jeszcze do niedawna nie wygrał żadnego konkursu PŚ? Kto przypuszczał, że w czołowej trójce konkursu drużynowego zabraknie faworyzowanych Niemców oraz Słoweńców, a na ich miejsce wskoczą Polacy?

Przecież ten sezon nasi skoczkowie zaczęli bardzo słabo. Rozochoceni fantastycznymi rezultatami w poprzedniej kampanii już w Klingenthal dostali obuchem po głowie, zajmując dziewiąte miejsce w konkursie drużynowym. To było preludium do pierwszego od kilku lat kryzysu w kadrze. Przed Turniejem Czterech Skoczni Polacy w Pucharze Narodów plasowali się nawet za Finlandią, co jeszcze do niedawna było niewyobrażalne. Na domiar złego na początku sezonu kontuzji kostki nabawił się Kamil Stoch i przez ponad miesiąc nasi skoczkowie musieli radzić sobie bez swojego lidera. „Gdzie podziali się ci wielcy Polacy?” - pytali kibice i dziennikarze.

Ale te mistrzostwa pokazały, że nie można nikogo skreślać. Pokazał to w czwartek Gregor Schlierenzauer zdobywając srebrny medal na dużej skoczni. Austriak poza grudniowym zwycięstwem w Lillehammer skakał bardzo niemrawo. Nawet w Falun nie sprawiał wrażenia człowieka, o którym wkrótce będzie głośno tak samo jak o mistrzu świata, Severinie Freundzie. I Polacy śladem Gregora poszli.

Stoch – lider, który stracił błysk

Począwszy od Kamila Stocha, dla którego ten medal znaczy bardzo dużo. Nie zdobył krążka w żadnym indywidualnym konkursie, a przecież jechał do Falun jako jeden z faworytów. Jeśli o kogoś można było być pewnym, że nie zawiedzie oczekiwań kibiców i dziennikarzy, to był nim właśnie on. Niestety rozczarowanie przyszło już podczas pierwszych skoków na średniej skoczni, a w ostatecznym rozrachunku żadnych zawodów nie zakończył w pierwszej dziesiątce. Ba, nie był również najlepszy w kadrze.

- Przyjechałem tutaj przemęczony. Brakowało mi luzu w skokach. W każdym z nich czegoś brakowało. Życie mnie ćwiczy – mówił zasmucony w czwartek po konkursie indywidualnym, w którym zajął 12. miejsce i nie obronił tytułu z Val di Fiemme. Listopadowo-grudniowa kontuzja miała również wpływ na jego dyspozycję, choć Kamil po powrocie szybko wkroczył do czołowej dziesiątki Pucharu Świata i wygrał konkursy w Zakopanem i Willingen. Dziś widzieliśmy Kamila właśnie z tych konkursów - skoncentrowanego, pewnego siebie oraz niesamowicie silnego psychicznie. Przed ostatnim skokiem w konkursie drużynowym musiał przez mocno wiejący wiatr zejść z belki startowej. Wytrzymał jednak presję i dopełnił dzieła.

Nierówny Żyła

O Piotrze Żyle z kolei przez cały sezon mówiono, że to zawodnik nierówny. Że w konkursie prezentuje cały arsenał swoich skoków, od „petard”, przez przyzwoite próby, a skończywszy na tych beznadziejnych. Tylko dwukrotnie w tym sezonie kończył konkursy PŚ w pierwszej dziesiątce, a mówimy przecież o skoczku, który w swojej karierze zaznał już smaku zwycięstwa. Kwintesencją jego postawy w tym sezonie był konkurs na normalnej skoczni, w którym nie zakwalifikował się do drugiej serii, choć na treningach radził sobie najlepiej z kadry. - Napaliłem się na wynik i to mnie przerosło. Znów popełniam ten sam błąd. Jestem zły na siebie - mówił tydzień temu. Ale na dużej skoczni Wiślanin przestał patrzeć na wyniki, a skupił się tylko na swojej pracy. "Normalne wystarczy" - taki napis wywiesili sobie w widocznym miejscu polscy skoczkowie, a Żyła do tych słów zastosował się idealnie. Skakał normalnie, tak, by, jeśli nie pomóc, to przynajmniej nie zniweczyć wysiłku drużyny.

Historia o tym, jak się nie poddawać

Doświadczony przez życie był również Klemens Murańka. Jeden z dwóch, obok Jana Ziobry, debiutantów na mistrzostwach świata. Wielki talent, który w wieku 13 lat zdobył srebrny medal mistrzostw Polski przeżył duży zawód, kiedy rok temu przegrał rywalizację o miejsce w kadrze na igrzyska z Dawidem Kubackim. Łukasz Kruczek powtarzał jednak, że jeśli w kolejnym sezonie pokaże, na co go stać, w końcu dostanie szansę. W tym roku nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym, podobnie jak większość naszej ekipy, ale przełom nastąpił tydzień przed rozpoczęciem mistrzostw. Na treningach w Szczyrku i Wiśle prezentował się wybornie i w krótkim czasie stał się tym trzecim, po Stochu i Żyle.

Kiedy w drugiej serii dzisiejszego konkursu martwiliśmy się o jego skok, on poleciał najdalej z całej grupy. Ten medal to nagroda nie tylko za cierpliwość, ale także wytrwałość w tym, aby po operacji oka, którą przeprowadzono u Murańki prawie trzy lata temu, wrócić do skakania i to takiego, jakiego wymaga się od, bądź co bądź, wciąż dobrze rokującego na przyszłość zawodnika.

Zadziorny Janek

Wielki powrót do świata żywych zaliczył też Jan Ziobro. To były dla niego dziwne mistrzostwa. Zaczął kapitalnie, od ósmego miejsca na normalnej skoczni, co było sporą niespodzianką. Ale już dwa dni później srodze się zawiódł, kiedy dowiedział się, że nie wystąpi w czwartek na dużym obiekcie. Nie ukrywał, że decyzja Łukasza Kruczka jest dla niego niezrozumiała. - Mistrzostwa właśnie się dla mnie skończyły - mówił wtedy.

Ale Ziobro to typ zawodnika, który, kiedy mówi, rzadko zaciąga hamulec ręczny. Gdyby jednak powyższe słowa wdrożył w życie, nie zobaczylibyśmy go w dzisiejszym konkursie. Janek się nie poddał. Tak jak rok temu w Engelbergu, gdzie po serii nieudanych dla niego konkursów odniósł pierwsze w karierze zwycięstwo oraz dołożył do niego jeszcze podium.

Nie przejął się dziś nieudaną próbą w pierwszej serii, po której czołówka trochę nam odjechała. W drugiej serii wytrzymał ciśnienie, a jego skok zbliżył nas do medalu. – Przed konkursem powiedziałem, że trzeba skakać swoje. W pierwszym skoku drżały mi nogi, ale już w drugim pokazałem sportową złość - przyznał 24-latek.

Największy zwycięzca?

Na koniec szef. Człowiek, o którym Jan Ziobro mówi, że można mu powiedzieć wszystko, a on i tak przyjmie to na siebie i nie zrobi innym z tego powodu wyrzutów. Szkoleniowiec, o którym jedni mówią, że nie nadaje się do prowadzenia reprezentacji, a inni, że to inteligentny, nowoczesny, ze świeżym spojrzeniem na skoki trener. W tym sezonie Łukasz Kruczek miał zdecydowanie pod górkę. Wiele spraw wymykało mu się spod kontroli. Długo nie potrafił przypomnieć swoim zawodnikom tego, co tak łatwo przychodziło im w zeszłym sezonie, a więc łatwości skakania oraz luzu, który w pewnym momencie stał się obiektem pożądania każdego z biało-czerwonych. Nie pomagały Kruczkowi również media, które nie mogły pogodzić się z tym, że naszą ekipę kryzys dotknął tak szybko. I że równie szybko nie został zażegnany. Trenera krytykował nawet Maciej Kot, którego ten na mistrzostwa nie zabrał.

Ale w Falun było widać naszą ekipę odmienioną. Ze świeżym podejściem do skoków, którego motywem przewodnim były wspomniane wyżej słowa: „normalne wystarczy”. - To święta zasada naszej dyscypliny. Tego się dziś trzymaliśmy - podkreślił szkoleniowiec. Było to widać u Ziobry tydzień temu, było to widać u Żyły w czwartek, było to również widoczne dziś u wszystkich naszych reprezentantów.

Kruczek zresztą odetchnął dziś z ulgą, choć po sezonie nie uniknie odpowiedzi na trudne pytania: głównie o trudny początek sezonu oraz o coraz gorszą atmosferę w kadrze, przez co niektórzy z kadry nie kryli się z krytyką w mediach. Dla Kruczka i całej kadry ten sezon mógł być całkowicie stracony. Ale dzisiejszy konkurs pokazał, że z całego bałaganu wyszedł zwycięsko. Zrealizował najważniejszy cel, a więc doprowadził drużynę do medalu mistrzostw świata. Może i dobrze, że ten kryzys minął właśnie podczas mistrzostw?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.