Facebook Google+ Twitter

Mulatu Astatke kroczy naprzód?

Ojciec Ethio-jazzu wydał kolejny album, "Mulatu Steps Ahead".

Mulatu Astatke "Mulatu Steps Ahead", 2010 / Fot. Materiały prasoweMulatu Astatke to artysta ze wszech miar wyjątkowy. Dziecko trzech muzycznych kultur, afrykańskiej (pochodzi z Etiopii), europejskiej (studiował w Anglii) oraz amerykańskiej (jako pierwszy Afrykanin ukończył sławną Berklee College of Music), multiinstrumentalista, występował z legendarnym Duke'iem Ellingtonem, stworzył niepowtarzalną hybrydę tego, co w jazzie znane, z egzotyczna harmonią i instrumentarium Czarnego Lądu. Był głównym motorem napędowym etiopskiej muzyki popularnej, komponując niezliczoną ilość wykorzystywanych przez innych artystów piosenek. W 2005 r. Jim Jarmusch ścieżką dźwiękową do swojego filmu "Broken Flowers" zapowiedział powrót wielkiego muzyka.

Ojciec muzycznej etiopskiej rewolucji podjął wyzwanie rok temu, w wieku 66 lat. Niczym bokser u kresu kariery wyszedł, być może po raz ostatni, na ring. Po chwałę i miejsce w pamięci pokoleń. Pierwszy cios zadał albumem "Inspiration Information", na który zaprosił brytyjską grupę The Heliocentrics. Zostaliśmy posłani na deski zderzeniem pokoleń i muzycznych koncepcji. Ledwo zdążyliśmy się pozbierać po wyjątkowym mariażu afrykańskiego folku i swingującego jazzu z doprawionym elektroniką funkiem, Mulatu wymierzył kolejny sierpowy - "New York-Addis-London: The Story of Ethio Jazz 1965-1975". Pod tym długim tytułem kryje się prawdziwy słownik muzycznego języka artysty, 20 archiwalnych nagrań prezentujących tradycyjne brzmienie Etiopii połączone z zachodnią teorią muzyki. Na początku rundy drugiej, 29 marca tego roku, bierze zamach po raz trzeci, aby ostatecznie zadać kłam swojemu odejściu ze sceny muzycznej.

Tym razem sędzia będzie odliczał do dziewięciu, bo tyle kompozycji znajduje się na "Mulatu Steps Ahead". Materiał został nagrany przy współpracy z etiopskimi muzykami, formacją Either/Orchestra oraz, w mniejszości, ze wcześniej wspomnianymi The Heliocentrics. W pierwszym utworze, "Radcliffe", muzycy niespiesznie szukają się na egzotycznie brzmiącej pięciotonowej skali. Trębacz, trochę w stylu Milesa Davisa, pozostawia właśnie tyle wolnej przestrzeni, ile jest potrzebne.

W "Green Africa" tempo się zwiększa, sekcja dęta jest już gotowa do uderzenia. Mulatu na przemian pędzi w afrykańskim rytmie i zwalnia do kołyszącego swingu. W "The Way To Nice" czuć już wyraźnie jazzowe zacięcie. Kolejnym zaskoczeniem jest "I Faram Gami I Faram" - etiopski folk splata się z latynoskimi rytmami. W przerwach słyszymy Mulatu Astatke takiego, jak przed laty, w "Ethio Blues" z gracją podróżującego po sztabkach wibrafonu "w" i "poza" harmonią, ale nie dajmy się zwieść - "Boogaloo" brzmi jak lekko doprawiona egzotyczną harmonizacją funk-jazzowa kompozycja Herbiego Hancocka! Album zamyka nostalgiczne "Motherland" w tempie jazzowej ballady.

Tak jest, Mulatu Astatke już może wskakiwać na słupki w narożnikach ringu i prezentować się w triumfalnym geście publiczności. Udało mu się pokazać, że po tylu latach nie umarła w nim potrzeba ciągłego zaskakiwania słuchaczy, sięgnął po kolejne, zaskakujące inspiracje i pogroził palcem odsyłającym go na emeryturę malkontentom. O ile poprzednia płyta była zbiorem archiwalnych nagrań, "Mulatu Steps Ahead" to kolejny zwrot na kilkudziesięcioletniej drodze artysty. Teraz pozostaje nam się tylko zastanawiać: do czego jeszcze jest zdolny?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.