Facebook Google+ Twitter

Muzyczna uczta: Blackfield w Warszawie

Brytyjsko-izraelski zespół gościł wczoraj w, szczelnie wypełnionej fanami, warszawskiej Proximie. Sala studenckiego klubu na półtorej godziny wypełniła się wspaniałym, magicznym klimatem, leniwie płynącym strumieniem pięknych dźwięków.

Wilson i Geffen

Okładka płyty Blackfield to w zasadzie projekt dwóch muzyków: brytyjskiego wokalisty i gitarzysty Stevena Wilsona, znanego wcześniej przede wszystkim ze swojej macierzystej prog-rockowej formacji Porcupine Tree oraz izraelskiego wokalisty Aviva Geffena, który jest w swoim kraju niekwestionowaną gwiazdą. Geffenowi spodobała się muzyka zespołu Anglika, panowie spotkali się i wykazali wolę współpracy. Taki był początek historii zespołu, który mimo że dla obu jest tylko projektem pobocznym, to jednak w tym przypadku "tylko" absolutnie nie ma przełożenia na jakość muzyki. A ta jest - po prostu - najwyższa.


W 2004 roku Blackfield wydał płytę o takim samym tytule, na której znalazło się dziesięć pięknych, krótkich i zwięzłych, ale w żadnym razie nie pozbawionych głębi, utworów. Krążek stał się w Izraelu złotą płytą, a charakterystyczny styl duetu, melancholijne, pełne uroku melodie, współbrzmienia wokalne i bogate aranżacje - przypadł do gustu licznej rzeszy odbiorców. Szczególnie widoczny, a i rozpoznawalny dla fanów Porcupine Tree, był tu wkład fantastycznego i niezwykle pracowitego kompozytora Stevena Wilsona.

Okładka płyty Właśnie za sprawą osoby Wilsona przyjęło się nazywać Blackfield zespołem grającym rock progresywny. Mimo popowej w zasadzie struktury utworów i prostych melodii, całościowe brzmienie, gitarowo-smyczkowo-syntezatorowe aranżacje, artystyczna głębia twórczości duetu nie pozwala go zaliczyć do tzw. mainstreamu.

Drugi album zespołu, nazwany po prostu "Blackfield II", dopiero co został wydany. Bardziej spójny stylistycznie, przynosi kolejną porcję wspaniałej muzyki. Właśnie w celu jego promocji duet, choć w pięcioosobowym składzie, zawitał wczoraj do Warszawy.

Muzyka i magia

Bilet i autografy|fot. Tomasz SawczukWystęp Blackfield poprzedził angielski support w postaci zespołu Pure Reason Revolution. Określany w zapowiedziach jako jakaś "nadzieja" faktycznie może się tak opisywać, ponieważ poziom prezentowanej aktualnie twórczości jest co najwyżej przeciętny. Około czterdziestu minut średnich lotów prog-rocka pomieszanego z metalem i punk-rockiem wzmogło więc oczekiwanie na gwiazdę wieczoru.

Blackfield: Seffy Efrati, Steven Wilson, Tomer Z, Aviv Geffen, Daniel Salomon A ta przywitana została głośnymi owacjami. Charakterystyczny perkusyjny wstęp obwieszczał, że zaczął się "Once", pierwszy kawałek z najnowszej płyty duetu. Zresztą, publiczność bardzo dobrze znała twórczość zespołu, żywo reagując na pierwsze dźwięki niektórych piosenek, oraz śpiewając wspólnie z Wilsonem i Geffenem co ważniejsze momenty. Potem "Miss You", świetny "Blackfield" z pierwszej płyty i naprzemiennie w zasadzie piosenki z obu wydawnictw.

Stół mikserski - szczęście, że ktoś wiedział, jak go użyć|fot. Tomasz SawczukMuzyka wykonana niemal perfekcyjnie. Szczególnie podobał mi się wokal Stevena Wilsona, jednego z moich ulubionych "śpiewaków", który na żywo wcale nie jest gorszy niż w studio. Aż dziw, że śpiewać zaczął właściwie trochę przypadkowo - z braku wokalisty do zespołu... Wspaniale wypadały też współbrzmienia wokalne między czterema śpiewającymi muzykami (poza duetem, basista i klawiszowiec udzielali się w chórkach). Jak na warunki klubowe nagłośnienie było całkiem niezłe i całość brzmiała selektywnie. Więcej - robiła wrażenie.

Setlista|fot. Tomasz SawczukGdy Aviv Geffen po raz pierwszy mówił do publiczności nieco dłużej i zapowiedział, jak ją nazwał, "piosenkę miłosną o tytule Pain", przez salę przetoczyła się fala oklasków, a widzowie otrzymali fenomenalne wykonanie tego pięknego utworu. Naprawdę nie sądziłem, że będą go w stanie wykonać tak dobrze na żywo. Koncert trwał dalej, a piosenki, jedna po drugiej, wciągały w ten magiczny świat dźwięków. Trudno nawet wyróżnić jakieś najlepsze momenty. Zdziwienie przyszło dopiero wtedy, gdy okazało się, że muzycy już schodzą ze sceny. Po burzy braw powrócili jednak, by zagrać zamykający pierwszą płytę "Hello" z nieco rozbudowanym solem gitarowym Wilsona, "Once" po raz drugi i wreszcie wykrzyczany trochę wcześniej przez jednego z widzów "Cloudy now" z refrenem odśpiewanym przez niemal wszystkich.

Cierpliwość popłaca

Sprzęt Stevena Wilsona - efekty, multiefekty... Co cierpliwsi (a było ich sporo...) zostali jeszcze na sali w nadziei zdobycia autografów czy zrobienia zdjęcia. W końcu ochrona zaczęła nawet rozdawać plakaty. Na początku wyszli basista Seffy Efrati oraz perkusista Tomer Z. Nie na nich wszyscy jednak czekali. Wreszcie dowiedziałem się od jednego z technicznych, że Steven Wilson "prawdopodobnie" niedługo się pokaże. I faktycznie, Wilson i Geffen wyszli do publiczności niewiele później, zgodnie podpisując dziesiątki biletów, płyt, plakatów i ustawiając się do zdjęć. Od organizatora koncertu Piotra Kosińskiego z wydawnictwa "Rock-Serwis" dowiedziałem się jeszcze, że Steven Wilson prawdopodobnie zawita do Polski ponownie w czerwcu, tym razem z macierzystym Porcupine Tree. – Sprawę trzeba już w zasadzie tylko dopiąć – powiedział Kosiński. To był naprawdę udany wieczór, oby więcej takich koncertów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.