Facebook Google+ Twitter

Muzyczne podsumowanie 2007 roku, cz. 1

  • Tomasz J
  • Data dodania: 2007-12-12 21:10

Powoli dobiega końca 2007 rok, obfity pod względem muzycznych wydawnictw. Przyjrzyjmy się więc im bliżej. Zapraszam na pierwszą część absolutnie subiektywnego zestawienia dwudziestu najważniejszych płyt minionych dwunastu miesięcy.

Koniec roku to zwykle czas podsumowań. Te muzyczne mają to do siebie, że mogą dotyczyć mnóstwa rozmaitych kwestii. Nie będę jednak pisał o reaktywacji Led Zeppelin, wizycie Paco de Lucii we Wrocławiu, ani o pierwszym w historii (i jednak pozostawiającym lekki niedosyt) koncercie Red Hot Chili Peppers w Polsce. Postanowiłem skupić się bowiem tylko na albumach wydanych w odchodzącym już 2007 roku. Dlaczego? To proste – to był naprawdę dobry rok. Sporo płyt zrobiło na mnie niemałe wrażenie i chciałbym podzielić się moimi refleksjami na ich temat. Wybrałem dwadzieścia albumów, choć można by opisać z powodzeniem drugie tyle. Dziś przedstawiam płyty, które uplasowały się w moim zestawieniu w drugiej dziesiątce. Pierwsza dziesiątka już za tydzień. Kolejność albumów w zestawieniu jest nie do końca przypadkowa.

Alicia Keys - "As I Am" / Fot. aliciakeys.com20. Alicia Keys – "As I Am". To nie jest zła płyta. Problem polega jednak na tym, że to właśnie Alicia ją nagrała. Mając ugruntowaną muzyczną pozycję, a za sobą rewelacyjne "Songs In A-Minor", "The Diary Of Alicia Keys" oraz nie mniej frapujące "Unplugged", tym razem artystka zaprezentowała nam, niestety, płytę przeciętną. Początek jest obiecujący, w "Intro" gdzieś tam przemyka Chopin, zaś "Go Ahead" to całkiem udane otwarcie albumu. Później robi się jednak zbyt przewidywalnie, a momentami po prostu słabo (niezbyt udany singel "No One"). Płyta ma na szczęście także i lepsze fragmenty, jak chociażby wspomniane utwory otwierające album, :Tell You Something (Nana’s Reprise)", czy "Like You’ll Never See Me Again". Na artystkę pokroju Alicii to jednak za mało. Gdyby to był debiut, napisałbym, że jest obiecujący. "As I Am" debiutem jednak nie jest.


Maroon 5 - "It Won't Be Soon Before Long" / Fot. maroon5.com19. Maroon 5 – "It Won’t Be Soon Before Long". Drugi album pop - rockowej formacji ze Stanów Zjednoczonych potwierdza jej wielki talent do tworzenia przebojowych, zapadających w pamięć piosenek. Single "Make Me Wonder”, czy "Wake Up Call” zna chyba każdy, można było je przecież usłyszeć w najrozmaitszych stacjach radiowych. Maroon 5 to jednak nie tylko single, na płycie możemy usłyszeć przecież znakomite "If I Never See Your Face Again” z wtrętami funkowymi, urocze "Nothing Last Forever”, czy rozpędzone funk – rockowe "Can’t Stop”. Krążek co prawda zawiera także i utwory nieco słabsze, przesłodzone, takie które burzą nieco pozytywny odbiór płyty, ale ogólnie trzeba przyznać - jest dobrze. Zdecydowanie wolę to od infantylnych panienek, które w większości stacji radiowych próbują mi wmówić, że straciły właśnie sens życia, bo tajemniczy i wszędobylski On je porzucił. Up the Maroons!


Angélique Kidjo - "Djin Djin" / Fot. kidjo.com18. Angélique Kidjo - "Djin Djin". Jedenasty album słynnej wokalistki pochodzącej z Beninu nie przynosi większych zaskoczeń. Inteligentnie zaaranżowana muzyka z elementami popu, jazzu, world music oraz afrykańskich rytmów dowodzi, że Kidjo w swojej stylistyce czuje się świetnie i mimo upływu lat potrafi nagrać interesującą płytę. W nagraniach wzięli udział znakomici goście, co potwierdza, jej pozycję w muzycznym świecie. Na płycie "Djin Djin", prócz głównej wokalistki, możemy więc usłyszeć Alicię Keys, Carlosa Santanę, Petera Gabriela, Joss Stone, czy Brandforda Marsalisa. Każdy utwór przez to ma nieco inny charakter, ale ów eklektyzm jest umiejętnie połączony dominującymi tu wpływami muzyki pochodzącej prosto z Beninu. Odprężająca płyta.


Anna Maria Jopek - "ID" / Fot. annamariajopek.com17. Anna Maria Jopek – "ID". Po słabszym i nieco odtwórczym albumie "Niebo", Anna Maria Jopek zrehabilitowała się (można tak w ogóle napisać?) i popełniła jedną z najlepszych płyt w swojej karierze. Przyznam szczerze, że w mojej ocenie "ID" nie przebiło doskonałego koncertowego albumu "Farat", czy płyty "Upojenie” nagranej wespół z Patem Methenym, jednak z czystym sumieniem umieszczam ją w swoim zestawieniu. No, ale czy można było nagrać słaby album, jeśli zagrali na nim Mino Cinelu, Manu Katche, Christian McBride, Brandford Marsalis(!), czy Richard Bona(!)... Wspaniałych nazwisk na płycie mamy dużo więcej, jednak wiemy dobrze, że same nazwiska nie grają. W tym przypadku magia artystów zaproszonych do zagrania na "ID" zadziałała. Na albumie słyszymy sporo odniesień do muzyki świata, jest delikatny jazzowy półmrok, słychać także te elementy twórczości Anny Marii Jopek, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Bardzo dobry album.


Andy McKee - "Gates of Gnomeria" / Fot. andymckee.com16. Andy McKee – "Gates of Gnomeria". Czwarty album rewelacyjnego gitarzysty, grającego techniką fingerstyle. Jak zwykle u Andy’ego, nie znajdziemy na tej płycie popisów szybkościowych, bądź jakichkolwiek objawów epatowania swoją fantastyczną techniką gry. Mamy za to kawał naprawdę dobrej muzyki i kreatywnego wykorzystania tak wydawałoby się wyeksploatowanego instrumentu, jakim jest gitara. Album zawiera 11 utworów, z których dziewięć jest autorstwa samego gitarzysty, zaś dwa pozostałe to covery. Na pewno warto zwrócić uwagę na interpretację utworu "Venus is a Boy" autorstwa Björk (tu utwór nazywa się "Venus is a Girl"), która moim zdaniem świetnie ukazuje możliwości twórcze artysty. Jeśli ktoś lubi dźwięk gitary akustycznej i pragnie posłuchać świetnie harmonicznie zagranych, raczej spokojnych utworów, ta płyta jest dla niego.


Smashing Pumpkins - "Zeitgeist" / Fot. smashingpumpkins.com15. Smashing Pumpkins – "Zeitgeist". To miało być jedno z wydarzeń muzycznych kończącego się roku. Reaktywacja Smashing Pumpkins, jednego z najważniejszych zespołów lat dziewięćdziesiątych. Początkowo wszystko wyglądało ekscytująco, jednak, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, później pojawiły się problemy. I w efekcie, na pierwszym od siedmiu lat premierowym albumie Smashing Pumpkins, z oryginalnego składu mamy tylko Billy’ego Corgana i perkusistę Jimmy’ego Chamberlaina. Aby jednak nikt postronny nie zburzył konceptu, płyta została nagrana przez ten właśnie duet. Chamberlain zajął się perkusją, resztę wziął na siebie Corgan. Efekt? Niestety, dość nierówny album. Z jednej strony mamy świetne "Doomsday Clock”, "Bleeding the Orchid”, czy "Neverlost”, z drugiej jednak niesamowicie dłużące się "United States”, czy po prostu słabe "For God and Country”. Gdzieś wyczuwalny jest duch starego Pumpkins, szkoda jednak, że nie jest to wrażenie, które towarzyszyłoby przy słuchaniu całego albumu. Tym niemniej dobrze, że wrócili. Pozostaje wierzyć, że następna płyta będzie lepsza.


Orange Goblin – "Healing Through Fire" / Fot. orange-goblin.pl14. Orange Goblin – "Healing Through Fire". Szósty longplay stoner – rockowej formacji pochodzącej z Anglii. Porywające prostotą granie, krzyżówka Motörhead, Kyuss, Black Sabbath, doprawiona własnym, indywidualnym podejściem do grania. Czyli wszystko to, co znamy z poprzednich albumów Brytyjczyków. Płyta nie przynosi żadnych zaskoczeń, ale przy tym trzyma wysoki poziom. Jeśli ktoś lubi tego typu granie, z całą pewnością będzie usatysfakcjonowany. Motoryczna gra gitar, potężnie brzmiąca sekcja rytmiczna, wydzierający się wokalista, no i te riffy! Mocna rzecz.





Mayra Andrade - "Navega" / Fot. mayra-andrade.com13. Mayra Andrade – "Navega". Debiutancka płyta młodej i utalentowanej wokalistki to jedno z najciekawszych wydawnictw w obrębie szeroko pojętego nurtu world music. Pochodząca z Wysp Zielonego Przylądka, Mayra kontynuuje tradycje najsławniejszej przedstawicielki tego kraju, Cesarii Evory. W jej przypadku obranie takiej a nie innej ścieżki artystycznej było naturalną koleją rzeczy. Mayra urodziła się w Hawanie na Kubie, wychowała się na rzeczonych Wyspach Zielonego Przylądka, później zaś mieszkała w Senegalu, Angoli, Niemczech i wreszcie we Francji. Na płycie znajdziemy 12 utworów, w których można usłyszeć inspiracje pochodzące nie tylko z sześciu wymienionych krajów; najrozmaitsze muzyczne wpływy są tu połączone w jedną całość, zaś rolę spoiwa pełni tradycyjna muzyka pochodząca z Afryki. Nad wszystkim zaś króluje ciepły głos Mayry. Jeśli ktoś szuka płyty, która będzie przenosić go zimowymi wieczorami w cieplejsze krainy, niech sięgnie po album "Navega”.


Lipali - "Bloo" / Fot. http://www.rumor.pl/news/pic/large/2/4/1182420142.jpg12. Lipali – "Bloo". Najnowsza płyta formacji Tomasza Lipnickiego jest świetna! Prawdę mówiąc, zawsze, gdy ktoś wspominał co nieco o słynnym Lipie, za każdym razem wzdychałem tylko na wspomnienie fantastycznych Illusion. Późniejsza twórczość jednego z najlepszych polskich wokalistów rockowych była moim zdaniem dużo słabsza. Aż do momentu, w którym usłyszałem "Bloo". Czego tam nie ma! Na dzień dobry dostajemy porcję… swingu. Kilka taktów z Franka Sinatry, i "Logon" rusza pełną, jazzową parą. Później jednak nie ma przebacz. Następne dwa kawałki to fantastyczne, oparte na mocnych riffach, motoryczne killery, w których moim zdaniem Lipa sprawdza się najlepiej. Płyta jest cudownie eklektyczna, mamy na niej utwory spokojniejsze, bardziej zakręcone, metalowe, rockowe, jest miejsce na jazzowe intro i outro… Całość wieńczy akustyczna wersja jednego z największych hitów Illusion, słynnego "Noża”. Wszystko łączy kapitalny wokal Lipnickiego, który potwierdza tym samym powrót do wysokiej formy wokalnej i kompozytorskiej.
Polecam ten album wszystkim utyskującym na poziom polskiego mocnego rocka. Ciekawostką potwierdzającą klasę "Bloo" niech będzie fakt gościnnego na niej udziału Leszka Możdżera. W którym utworze? Sprawdźcie sami.


Porcupine Tree – "Fear Of A Blank Planet" / Fot. porcupinetree.com11. Porcupine Tree – "Fear Of A Blank Planet". Płyta – koncept. Steven Wilson wraz z resztą “Jeżozwierzy” podporządkował cały album jednej naczelnej myśli, muzyka i tekst są tu składnikami jednakowo ważnymi, istotnymi. Jaka to myśl? Raczej nienapawająca optymizmem. Zespół występuje przeciw zjawiskom wielce modnym i powszechnym w XXI wieku – modzie na MTV, wszechobecnej propagandzie seksu, narkotyków, czy gier wideo jako sposobom na przezwyciężenie coraz bardziej wkradającej się w nasze życie nudzie. Prezentując taką postawę łatwo popaść w banał, jednak Wilson i spółka potrafili uniknąć tej pułapki. Jak? To proste – panowie nagrali jedną z najlepszych płyt w swojej karierze. Brzmienie płyty jest potężne, mamy na niej kompozycje urzekające, liryczne, ale także i mocne oraz wysmakowanie agresywne. W nagraniu albumu udział wzięli gościnnie Robert Fripp (King Crimson) oraz Alex Lifeson (Rush). Proszę państwa, progresywny rock ma się dobrze.

CDN.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (19):

Sortuj komentarze:

Dobra robota, Tomku :) (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Lubię takie zestawienia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tomasz,
foto nowe, bo przytyłam;] więc co będę ściemniac.

i tak RHCP for ever;>

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zdecydowanie trzecie pióro się należy!!! O gustach nie będę dyskutować :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Klaro, podziękowania za wysiłek, którego podjęłaś się specjalnie dla mnie :-)

Leslie Feist i jej "Reminder" nawet lubię. Amy Winehouse? Kapitalny głos. Tori również od czasu do czasu lubię posłuchać.

A gdyby Red Hot's wydali coś w bieżącym roku, na pewno wrzuciłbym to w podsumowanie. Ale zapewne dopiero za tydzień, kiedy opiszę moją pierwszą dziesiątkę ;-)

Aż tak się Twoje gusta z moimi jednak więc chyba nie rozjeżdżają ;-) A jako, że powyższa lista w domyśle liczy sobie 20 pozycji, siłą rzeczy niektóre płyty musiałem odrzucić. Ot co.

I fajne to nowe foto w Twoim profilu :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Sympatyczny gościu Tomaszu;]

szczerze mówiąc nie mam głowy do rnakigów i nie pamiętam kiedy zostało wydane to co mi sie podoba. ale specjalnie dla ciebie się wysile i pomyslę;>

i tak

jest taki zespół szwedzki, któregopłytę kupiłam na koncercie w Fabryce Trzciny a na polskim rynku jje nie ma, to grupa Oh Laura i przebój Release me.

kanadyjka taka Leslie Feist - the Reminder

Smolik -3, ale to chyba z 2006 r.

Amy Winehouse - I Told You I Was Trouble

przynajmniej tego na okrągło słucham w aucie;] no i jak zawsze, do znudzenia RHCP wszystko

o i jeszcze lubię od czasu do czasu Tori Amos - American Doll Posse, ale to jak mam wybitnie dobry humor;]
poprawiam sobie go Justinem Timberlakiem, bo pasjami kocham takie rytmy, Kalifornia, te rzeczy;]
i tyle. wiecej grzechów nie pamiętam, bo wszystkie są starsze;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak jak napisałem, już za tydzień :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+)
a kiedy będzie część druga ?
:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Klaro, a jakie płyty wydane w 2007 podobały się Tobie? Chętnie poszerzę horyzonty :-)

Sympatyczny gość, Tomasz.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tomasz, sympatyczny z ciebie gośc, ale gusta moje z twoimi mocno się rozjeżdżają:))
wszystko wyżej tu wymienione zieje dla mnie nudą:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.