Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

7613 miejsce

Muzyka, która ratuje życie...

Staruszek. Siwe włosy, duże radosne oczy, drobny biały wąs. Spokojnym cichym głosem rozpoczyna swą opowieść. Powoli, historia po historii, fakt po fakcie, obrazy i wspomnienia, wszystko dokładnie poukładane w głowie, przemyślane wcześniej.

Leopold Kozłowski otrzymuje odznaczenie od ministra kultury podczas koncertu "Szalom na Szerokiej", 2008 / Fot. Joanna KucharskaOn dokładnie wie, co powinnam dziś od niego usłyszeć, a które szczegóły, wątki powinny zostać przemilczane. Nie raz usłyszę: „tego nie mogę powiedzieć”, „niech to pozostanie niedokończone”, „to zbyt drastyczne”. Mimo tego udaję się z Leopoldem Kozłowskim w długą, niesamowitą, ale i bolesną podróż
w przeszłość. Siedzimy w jednym z obozowych baraków, co prawda w Auschwitz, a nie w Kurowicach – lecz obóz to obóz. Tylko tu może mówić o przeszłości, tu powracają wspomnienia. Gdzie indziej by się nie przełamał. Ta opowieść zasługuje na to, by być wypowiedziana właśnie tu.

„W tych miasteczkach już nie ma nas,
Nasze miejsca już rozdał czas,
Lecz bogaci, czy biedni
Wciąż stamtąd jesteśmy
I to się nie zmieni”

A zaczyna się ona w Przemyślanach na Ukrainie, tu się urodził i spędził dzieciństwo. Gdy snuje swoją opowieść o tym mieście, które dziś wygląda już zapewne zupełnie inaczej, na myśl przychodzą obrazy Marca Chagalla. Widać wiejskie uliczki, których nie okrył jeszcze niepamięci kurz. Na nich, radośni ludzie wsłuchujący się w magiczną muzykę płynącą z drewnianych skrzypiec. Pogodna beztroska wiejskiego życia: sprzedawcy bydła, muzykanci, zakochane pary, rabin z Torą, postacie unoszące się w powietrzu. Tak to przynajmniej wygląda na obrazach. – Moje miasteczko, ja to nazywam: miasteczko serc. Proszę sobie wyobrazić, tam mieszkali Żydzi, Polacy, Ukraińcy, Cyganie.

Koncert "Leopold Kozłowski i przyaciele" podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej, Synagoga Tempel / Fot. Joanna KucharskaW sobotę był szabas, Żydzi zamykają sklepy. Były dwa sklepy nie żydowskie i oni też zamykali. W niedzielę, kiedy żydowskie sklepy mogły być otwarte, Żydzi zamykali sklepy. Bywali u siebie, na święta: Yom Kippur, Rosz ha – Szana – w pierwszej nawie siedział starosta, proboszcz, komendant policji. Ja nie mówię, że się kochali, a może się i w Przemyślanach kochali. Tolerowali się. Nie było jakiejś zawiści. Nie było stodół,
w których palono i w których ratowano (…). Tam byli prawdziwi sąsiedzi – konkluduje aluzją do książki Jana Grossa. Pan Leopold milknie (zapewne myślami jest w swoim rodzinnym domu) i ze wzruszeniem w głosie dopowiada: – I w takim miasteczku ja się wychowałem, w takich Przemyślanach.

Nazywają go ostatnim klezmerem Galicji. Pochodzi z rodziny muzyków, ojciec był koncertmistrzem Wielkiej Orkiestry Symfonicznej w Buenos Aires, gdzie pojechał za chlebem. Po latach wrócił do Polski. Jest rok 1939, Hitler napada na Polskę, ale do Lwowa nie dociera. Niemcy zatrzymują się w Przemyślu. Do Lwowa wkraczają w 1941 roku. Wszyscy wiedzą, że okupanci zabijają wszystkich mężczyzn, kobiety natomiast pozostawiają przy życiu. Kleinmanowie postanawiają uciekać, matka zostaje w Przemyślanach. – W Przemyślanach były normalne pogrzeby żydowskie. Ja bałem się patrzeć na pogrzeb, ja bałem się przejść koło cmentarza jak zapadł wieczór. Szedłem inną drogą, żeby trafić do domu. A w moim życiu się zdarzyła taka historia, żeśmy uciekali przed Niemcami w głąb Rosji, i z instrumentami uciekaliśmy. Znaleźli się dobrzy ludzie w miasteczku Żmerinka (miasto pod Kijowem - przyp. autora), którzy nam użyczyli grobowiec. W dzień leżeliśmy na tym grobowcu, w trumnach – nie bałem się. Tam się bałem przejść obok cmentarza, a tutaj życie było tak mocne, że człowiek chciał żyć – wspomina.

Niemcy w końcu zajmują Żmerinkę i napotykają na swej drodze rodzinę Kozłowskich. Wymierzają
w nich kolby karabinów, już mają paść strzały, gdy ojciec pyta, czy może przed śmiercią im coś zagrać. Gra na swych skrzypcach tak pięknie, że ta muzyka ratuje im życie. Kolby powoli opadają w dół. To była „Ta ostatnia niedziela”, żyją dzięki tangu śmierci. Wracają do domu, do matki.

5 listopada 1941 roku ojciec muzyka został zabity przez Niemców w rodzinnym mieście. Gestapo zarządziło, żeby wszyscy Żydzi powyżej osiemnastego roku życia zebrali się na rynku. Ojca wraz z trzystoma sześćdziesięcioma innymi Żydami zabrano do lasu i rozstrzelano. Wcześniej sami wykopali sobie groby.

***

Koncert w Synagodze Tempel / Fot. Joanna KucharskaMuzyka żydowska od kilku lat przeżywa renesans, wykonuje się ją na wszystkich kontynentach, w rozmaitych odmianach. Tak jak rozproszył się po świecie naród żydowski, tak i jego muzyka „odmieniana jest przez wszystkie przypadki”. Tak jak nie dziwią już czarni Żydzi z Etiopii, tak zaskoczeniem nie jest na przykład klezmerskie reggae czy żydowski hip hop. Ale tylko w muzyce Leopolda Kozłowskiego odnaleźć można prawdziwą muzyczną tradycję Galicji.

Uwielbia opowiadać o klezmerskich dźwiękach, o tym, że biorą się one z życia, nikt ich nie pisze, lecz to „idzie z serca, jest zrodzone z krwi”. Dzisiaj przychodzą do niego aktorki, bo tylko on może je nauczyć
żydowskich piosenek. – Nie ma na świecie takiego profesora, który mógłby nauczyć jak zostać klezmerem. Klezmerem trzeba się urodzić, to musi się wziąć z matki, gdy się jest w jej brzuchu, stąd bierze się klezmerska wrażliwość. Człowiek rodzi się klezmerem. A takimi wspaniałymi klezmerami był mój dziadek Pejsach Brandwein i mój tata Cwij. Kim są klezmerzy? Gdy grają opowiadają całą historię narodu żydowskiego: Śmieją się, płaczą... – opowiada muzyk.

Dziadek Leopolda grywał dla cesarza Franciszka Józefa. Cwij miał jedenastu braci, Leopold tylko jednego
– Dolka; również utalentowanego muzyka, wirtuoza skrzypiec. Jego dawny przemyślański dom jest dziś prawie ruiną: odrapane ściany, sypiący się tynk, mały balkonik z drewnianą przybudówką, zielone drzwi, całość otoczona krzywym drewnianym płotkiem. Z drugiej strony do dziś jest ten sam mały balkon, na którym grał
z ojcem i bratem żydowskie pieśni. Dwa razy w tygodniu w tym właśnie domu odbywają się muzyczne próby. Ojciec tworzy profesjonalny zespół, do którego należą: Szyja - cymbalista (który na co dzień jest szohetem – rzezakiem), Anczer – gra na klarnecie (krawiec męski z zawodu), jest jeszcze drugi skrzypek - Cale, kontrabasista - Dudi i perkusista (który prowadzi w Przemyślanach szkołę tańca) - Herszele. Najczęściej grają na weselach.

Obóz w Kurowicach – sztuka przetrwania

Synagoga Tempel / Fot. Joanna KucharskaPrzed wojną w Przemyślanach żyło trzy i pół tysiąca Żydów. Stanowili niemal połowę miasteczka.
W 1941 roku było ich już sześć tysięcy, po tym jak do miasta przybyli ci, którzy uciekali przed niemieckim terrorem i Żydzi z zachodniej Polski. 1 lipca 1941 roku do Przemyślan weszli Niemcy, po czterech miesiącach utworzyli obozy w Kurowicach i Jaktorowie. 21 maja 1943 roku okupanci ogłosili Przemyślany Judenrein - wolne od Żydów.

Młody Leopold wraz z matką i bratem trafia z getta do obozu pracy w Kurowicach. Ma wtedy osiemnaście lat. Po latach wspomina, że tym różnił się ten obóz od Auschwitz, że tu palono w krematoriach, a tam palono na stosach. Gra z bratem w pięcioosobowej, obozowej orkiestrze. Matka pracuje w kuchni. Muzyka w miejscu śmierci, katorżniczej pracy jest chyba jedynym elementem obozowej rzeczywistości, który dodaje otuchy
i nadzieję na przetrwanie, odrywa na chwilę umysł od złowieszczych myśli, które zaprzątają umysły więźniów. Równocześnie jest jakimś absurdalnym składnikiem całej tej okrutnej machiny zła. Muzyka towarzyszy śmierci, gra się gdy ktoś umiera. – Graliśmy wszędzie, graliśmy przy egzekucjach, graliśmy tango śmierci. Było to tango „Ostatnia niedziela”, ale grało się to zupełnie inaczej widząc co się dzieje, bo nigdy nie było wiadomo, która niedziela będzie ostania. I dlatego wybraliśmy to. Graliśmy jak wychodzili ludzie do pracy, jak wracali z pracy. Ktoś umierał, nie od kuli i prosił żeby mu zagrać.

„Graj, dla nas graj,
Melodia może czas pokonać,
Gdy ją śpiewasz sam zostajesz w niej”

Pewnego dnia lagerfuhrer rozkazuje Leopoldowi, aby nauczyć go w ciągu tygodnia grać na akordeonie, marki Hohner walca Straussa. – Jak mnie nauczysz będziesz mieć u mnie w obozie dobrze. Jak mnie nie nauczysz, zginiesz taką śmiercią jaką jeszcze nikt w tym obozie nie zginął – wspomina po latach słowa oprawcy. Codzienna nauka przez cztery, czasem pięć godzin zdaje się na niewiele, nie każdy ma talent do muzyki. Mija tydzień, niedziela, zbiera się kilku SS-manów na „koncert”. Niemiec gra walca, właściwie nie można tego nawet nazwać muzyką. Wszyscy są pijani, więc i tak biją brawo. Leopold dostaje mocnego kopniaka, to jest znak
– że będzie żyć. Koledzy mówią, że teraz dostał nową metrykę, tego dnia rodzi się na nowo.
Mógł przecież zginąć śmiercią o jakiej mówił Niemiec.

Wkrótce kapo informuje Poldka, że Niemcy każą nie dawać mu przez kilka dni jedzenia, nie może się też myć (aby przypadkiem nie nabrać do ust wody). Tak mija piątek, sobota i niedziela. Trzy dni głodówki, a waży wtedy może trzydzieści dwa kilo. Trzy dni bez kropli wody, trzy dni bez okruszka chleba. Wieczorem w niedzielę Niemcy wydają wielki bankiet, stoły uginają się od wykwintnego jedzenia i alkoholu. Każą się mu rozebrać do naga, wejść na stół i grać. Wydaje mu się, że ten wieczór nie będzie mieć końca, czas upływa diabelnie wolno. Każda minuta jest jak godzina. On gra, oni szyderczo wpatrują się, z rubasznym uśmiechem na twarzach, zupełnie pijani wrzeszczą, rzucają w niego kawałkami jedzenia, śledziami; oblewają majonezem. Każą grać „Wszystko przychodzi, po każdym grudniu przychodzi piękny maj”; to gra, z pianą na ustach. Wonie unoszącego się w powietrzu zapachu świeżych potraw robią swoje, wyostrzają zmysły. Jest spragniony
i głodny. Oni żrą, on nie może niczego dotknąć. Dopiero rano, to co ma na sobie, obeschłe - zdrapie i zje. Jest tam SS-manka, nadzwyczaj okrutna. Kompletnie pijana, każe nachylić się młodemu Żydowi i wbija w odbyt świecę, od której oprawcy odpalają sobie papierosy. Prawie upada, w pewnym momencie w trakcie bestialskiej uczty Niemka chwyta za nóż i o mało co nie dochodzi do tragedii, prawie by go obrzezała. Nie pozwala na to lagerfuhrer, który daje do zrozumienia, że młody muzyk jest im jeszcze potrzebny, jeszcze nie może zginąć. Następnego dnia dostaje kanapkę i kopniaka. To jest taka „pieczątka”, że żyje. Znów, czuje, że nie wiedzieć czemu darowano mu życie.

"Muzyka, która ratuje życie. Cz. 2".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (9):

Sortuj komentarze:

Chcę Wiedzieć
  • Chcę Wiedzieć
  • 06.05.2011 13:23

DLACZEGO żeby przeczytać 2 część tego artykułu kazecie mi sie logować??!!! Po co??!!

Komentarz został ukrytyrozwiń
Maria Wosik
  • Maria Wosik
  • 25.11.2010 00:07

Dzisiaj osobiście rozmawiałam z Mistrzem i byłam zachwycona Jego uroczą i ujmującą osobowością.Warto żyć, żeby spotkać człowieka tego pokroju.Zaczynam czytać książkę Jacka Cygana "Klezmer".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jestem pod wielkim wrażeniem opowieści Pana Leopolda Kozłowskiego,mimo tak strasznych przeżyć,jest bardzo pogodnym i miłym starszym Panem ,mogę tak napisać ponieważ mam to szczęście znac Pana Leopolda osobiście.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tylko musisz poprawić link do dwójki. Bo teraz linkujesz do wersji redagowanej. A dwójka już przecież przeszła przez redakcję :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wstrząsająca historia człowieka, który o przeżytych okrucieństwach i bezprzykładnym upodleniu mówi.
Mówi, do czego zdolny jest człowiek zaślepiony nienawiścią; tu ideą fix o Niemcach "panach świata".
Za piękną, wzruszającą opowieść PLUS

Komentarz został ukrytyrozwiń

;-)+

Komentarz został ukrytyrozwiń

+++ takich historii jest wiele, ale każda niepowtarzalna

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
Pięknie opowiedziana straszna historia

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Niezwykle ciekawa opowieść, momentami rzeczywiście przerażająca.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.