Facebook Google+ Twitter

"My fair lady" w Operze Śląskiej

Czy „gryfno dziołche” można przemienić w piękną damę? Czy zarozumiały profesor może stać się dżentelmenem? Oraz co wspólnego ma Księżna Diana z orkiestrą górniczą? To wszystko w najnowszej interpretacji musicalu „My fair lady”.

 / Fot. Karol Fatyga Fani musicalu niewątpliwie znają klasykę tego gatunku, czyli „My fair lady”. Musical jest dziełem Fredericka Loewe'a i Alana Jay Lernera, opartym na na podstawie komedii G. B. Shawa „Pigmalion”. Interpretacja Roberta Talarczyka, wystawiana w Operze Śląskiej, jest już ponad dwudziestą w Polsce. Ten fakt znacznie utrudniał zrealizowanie musicalu z elementami nowości i świeżości. Jednakże Talarczykowi i jego współpracownikom, udało się wytworzyć oryginalne podejście.

Owa oryginalność polega na przemyceniu elementów regionalnych do „My fair lady”. Akcja dzieje się w XIX-wiecznym Londynie, a główna bohaterka, uliczna kwiaciarka – Eliza, mówi w gwarze śląskiej. Profesor Higgins, uznany językoznawca, w wyniku zakładu z pułkownikiem Pickering, podejmuje się próby nauczenia Elizy poprawnej wymowy. Przez pół roku uliczna kwiaciarka, pod dachem profesora, ma uczyć się dobrych manier, języka i nabierać ogłady.

Wart podkreślenia jest sposób traktowania Elizy przez profesora. Higgins od początku traktował Elizę jak rzecz. Chciał ją posiąść, lecz ta się opierała, co wyprowadzało go z równowagi. W rolę Higginsa wcielił się Artur Święs, który swą ekspresją przyćmił zdecydowanie inne postacie. Na brawa zasługuje również, grająca postać Elizy – Anna Noworzyn. Jej umiejętności wokalne są mocnym atutem spektaklu. Anna Noworzyn na co dzień jest sopranistką, jednak w spektaklu, gdzie są kwestie mówione, gdzie trzeba popisać się umiejętnościami aktorskimi, poradziła sobie bardzo dobrze.

Miłym zaskoczeniem była również funkcjonalna scenografia. Za ten element spektaklu odpowiadali: Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński. Dekoracje były skonstruowane w taki sposób, że posiadały kilka zastosowań. Posłużono się umiarkowanym minimalizmem. Jednakże w kostiumach już minimalizmu zabrakło, lecz nie jest to zarzutem a pochwałą. Na scenie było kolorowo oraz żywo. Połączenie Księżnej Diana, The Beatles, Frediego Mercury oraz Spice Girls w opozycji do orkiestry górniczej i pary w śląskich, ludowych strojach, przyjęło się bardzo dobrze.

Właśnie na takich „sprzecznościach” opierała się ta interpretacja kultowego musicalu. Robert Talarczyk połączył wszystko tak, iż nie miało się wrażenia przytłoczenia. Pozornie można zarzucić spektaklowi zbyt wiele sprzeczności. Akcja dzieje się w Londynie – bohaterka mówi po śląsku. Elementy śląskie wymieszane z angielskimi. Jednak to wszystko wpływa na zabawny odbiór spektaklu. Jest to przełamanie konwencji ale z zachowanym smakiem.

Dopełnieniem całego spektaklu była zjawiskowa choreografia. Scena wyścigów konnych to potwierdza. Jest ona bardzo pomysłowa i zmysłowa. Drugim dopełnieniem jest chór Opery Śląskiej. Partie solowe zostały przełamane śpiewem chóru. Nie przytłacza oraz nie wysuwa się na pierwszy plan, lecz wypełnia to, co śpiewają soliści.

Niewątpliwie „My fair lady” jest jedną z lepszych propozycji Opery Śląskiej. Dużą zasługę przypisuję tutaj aktorowi grającemu rolę profesora oraz reżyserowi Robertowi Talarczykowi, który na co dzień jest dyrektorem Teatru w Bielsku-Białym. Niemniej artyści z Opery Śląskiej również zapracowali na sukces tej interpretacji „My fair lady”. Nie pozostaje nic innego niżeli życzyć Operze więcej takich spektakli, oraz tego, by „My fair lady” weszło w jej cały repertuar a nie było tylko chwilowym działaniem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.