Facebook Google+ Twitter

Myślałam, żyły pewnie rżnie. Bo to był taki wandal...

Idę przez typową polską wieś, pełną kontrastów. Wystawne wille i małe domki. W jednym z nich mieszka szczególna rodzina, a jej życie, z pozoru zwykłe, budzi przerażenie. Przechodzę przez sień. W powietrzu unosi się zapach moczu...

An old barn next to the Kasberg lime tree in Kasberg a small village belonging to Gräfenberg. GNU Free Documentation License, Version 1.2 / Fot. Daniel Arnold / Fot. Dawid SobolewskiMaleńki domek sprawia wrażenie, jakby miał się rozlecieć od mocniejszego podmuchu wiatru. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to koc zawieszony w wejściu. Za nim duże, starodawne, drewniane drzwi, zamykane na kłódkę. Dach jest przykryty papą. Okienka domu są prawie tuż nad samą ziemią. Drzwi otwiera mi kobieta - pani Renata. Wita mnie swoim bezzębnym uśmiechem i wprowadza do środka. Przechodzę przez sień, wypełnioną puszkami i butelkami po piwie. Walają się tutaj ubrania i zabawki. W powietrzu unosi się zapach moczu.

Wchodzę do kuchni. W środku panuje zaduch. Moją uwagę zwraca piec. Wygląda bardziej na lepiony z gliny niż murowany z cegieł. Pod ścianą stoi kredens. Skrzętnie wypełniony jedzeniem, środkami kosmetycznymi i religijnymi obrazkami. Na podłodze brud i kilka wiaderek ze zlewkami. Rodzina 47-letniej pani Renaty, to jej 39-letni partner Bogdan i dzieci: 28-letni Rafał, 25-letnia Monika, 12-letnia Kasia oraz 10-letnia Ala. Kiedyś był jeszcze Maciek.

Żadna praca nie hańbi


- Dostałam teraz pracę. Od pierwszego kwietnia na interwencji. To już drugi rok będę tak pracować. Będę zamiatać ulice. 280 zł na cały miesiąc, jakie to pieniądze?! Trzeba przepracować 40 godzin. Nie jest nam na razie jeszcze źle. Syn pomaga, córka pomaga. Kto może, to pomoże - opowiada pani Renata. Do rozmowy wtrąca się pan Bogdan - Wie Pani... socjalne. Renta 470 zł. Rodzinne i opiekuńcze mamy. - No opiekuńcze też. O jaki to zasiłek?! Kto ma znajomości, to... 150 zł - podsumowuje pani Renata. - Oprócz renty, to tu u nas było wysypisko otwarte. To na wysypisko się jeździło. To złomem się człowiek zajmował - opowiada pan Bogdan. - To i sąsiady też. Jakoś się dorabiało. I u ludzi się idzie. Do gnoju, do rąbania drzewa. We wtorek się było i u księdza. On u ludzi to wszędzie robił. Kartofle zbiera. Za darmo nie ma nic - podkreśla pani Renata.

Pani Renata i pan Bogdan nie są małżeństwem, jednak od wielu lat żyją razem. - My jesteśmy razem prawie 20 lat, ale nie małżeństwem. Konkubinat. To już nie pora [na ślub - przyp. autora]. Ja już mam prawie 50 lat. Gdzie ja będę wychodzić za mąż? Ludzie! Ze trzy lata nie mogliśmy mieć dzieci. Tak nam dobrze było. Gdzie się poznaliśmy? W korcu maku, jak to mówią. Poznaliśmy się tak byle jak - śmieje się pani Renata.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (7):

Sortuj komentarze:

Agnieszko naprawdę podziwiam. Bardzo lubię Twoje artykuły są takie...dojrzałe, inne.
Jak różne są koleje ludzkiego losu, aż strach pomysleć co sie może zdarzyć, a tak często nie zdajemy sobie sprawy, ze za drzwiami sąsiedniego mieszkaia rozgrywaja się dramty.

Naprawdę piękny ten reportarz.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wyrazy uznania dla Autorki za "obywatelski" temat i dojrzałą formę.
Poruszony problem dotyczy bardzo wielu rodzin i, co najtragiczniejsze, zwykle przechodzi z pokolenia na pokolenie. Chciałabym usłyszeć, co na ten temat mają do powiedzenia politycy - jaka maja wizję uzdrowienia rodzin patologicznych, niewydolnych wychowawczo, wykluczonych społecznie. Jak już pisałam, pomoc rzeczowa czy finansowa zmienia sytuację tylko doraźnie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bohaterka reportażu dobiega pięćdziesiątki. Urodziła się wczasach, gdy zdobycie zawodu, a potem pracy nie było większym problemem - bezrobocie nie istniało.
"Ja miałam prawo się uczyć, tylko nie chciałam. Takie coś mi w łeb strzeliło i nie chciałam się uczyć" - mówi. "- Moja matka nas chowała pięcioro. Pięć dziewczyn. Ale wychowała nas na dobrych ludzi. Każdy ma szkołę. Podstawową przynajmniej skończoną. Siostry mają wyższe. No, bo mają! Jedna, druga, trzecia... No ja nie mam. Niestety. Nie udało mi się skończyć szkoły. Zresztą... nie chciałam, to nie kończyłam... taka byłam."
Jej partner nie może pracować z powodu padaczki. "Pani Renato, a czasami zdarza się panu Bogdanowi za dużo wypić? - Uuu... Codziennie prawie." - trudno się dziwić, że mimo leków ataki są tak częste.

Sama nie wiem, jak pomóc takim rodzinom. Pomoc materialne nie rozwiąże sytuacji. Znam podobny przypadek - mieszkańcy wsi złożyli się na odzież dla dzieci, a matka wyrzuciła te rzeczy na śmietnik, kiedy się zabrudziły, bo nie chciało się jej wyprać.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Materiał b. ciekawy- gratki.
Od siebie zapytam: czy jest sens pomagać? Ja sądzę, ze nie, do czasu kiedy nie uda sie zmienić mentalności obdarowywanego. ... Tak coby chciał coś sam zdziałać; ot choćby skończyć podstawówkę, i zamiast pic piwko jakąkolwiek prace znaleść (lekka jakąs, niewiem choćby np. roznoszenie po wiosce ulotek ), dom wysprzątać i odremontować.... ja rozumiem, padaczka straszna choroba ale...znam ludzi co studia pokończyli, co całe życie pracowali.
Niezdziwiłbym się gdyby dzieci ich poszły w te same ślady, wspomniałas o ejdnym synie, ciekawe co z innymi, osobiście sądzę, że "niezasłużona" pomoc socjalna demoralizuje i niszczy ludzi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Masz do tego smykałkę. Bardzo podoba mi się Twój reportaż. Napisany lekko i przystępnie, za co daję aż 5*

Komentarz został ukrytyrozwiń

Takich obrazów nędzy jest dużo. Nie trzeba ich szukać w hinduskich slamsach. Jak to dobrze, że w bogatym i cywilizowanym kraju żyjemy, że służby pomocy społecznej aktywnie wspierają wychodzenie z nędzy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobry materiał, mam nadzieje że w następnej odsłonie coś optymistycznego się dowiem o pozostałych członkach rodziny.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.