Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8642 miejsce

Na jasnej stronie księżyca

W ostatnich latach 11 października to data magiczna dla reprezentacji Polski. Wtedy odnieśliśmy serię zwycięstw, które przeszły do historii. Dziś mija 10 lat od spotkania, które przez wielu zostało określone jako mecz ćwierćwiecza.

 / Fot. Tomasz MarkowskiMiejsce: Stadion Śląski w Chorzowie. Godzina: około 22:40. Po raz ostatni rozbrzmiewa gwizdek sędziego Wolfganga Starka. Koniec meczu. Na boisku 11 mężczyzn w biało-czerwonych strojach wpada sobie w objęcia. Po trybunach niesie się słodki zapach ekstazy. Nikt tam nie siedzi. Cały stadion na stojąco dziękuje Polakom za wspaniały mecz. Ci, którzy przyszli obejrzeć to widowisko wiedzą, że są świadkami wiekopomnej chwili. Rywale w osłupieniu patrzą, nie dowierzają w to co widzą. Jednak tablica świetlna bezlitośnie pozbawia ich resztki złudzeń, wskazując wynik. Polska wygrała z Portugalią 2:1. To zwycięstwo na dobre scementowało drużynę Leo Beenhakkera i zamknęło usta krytykom Holendra. Awans reprezentacji do Euro 2008 znacznie się przybliżył. Euforia była na tyle duża, że dalsza część drogi przez eliminacje jawiła się nam niczym autostrada do raju. Jednak początek tej drogi bardziej przypominał przeprawę Maluchem przez zaorane pole...

Nowa jakość futbolu
W lipcu 2006 roku w mediach pojawiła się informacja: "Leo Beenhakker został nowym selekcjonerem reprezentacji Polski". Beenhakker był pierwszym zagranicznym trenerem od 1960 roku, jak również pierwszym obcokrajowcem, który w pełni suwerennie miał ponosić odpowiedzialność za wyniki kadry. Kontrakt z Holendrem miał obowiązywać przez piętnaście miesięcy. Ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz mówił otwarcie, że selekcjoner z Kraju Tulipanów jest zatrudniany z myślą o awansie do Euro w Austrii i Szwajcarii. "Wierzę, że trener Beenhakker wprowadzi nową jakość do polskiego futbolu i poprowadzi nasz zespół do pierwszego w historii awansu do finałów mistrzostw Europy" - mówił wtedy Listkiewicz.

Jedno było pewne, a mianowicie to że Beenhakker podjął się trudnego zadania, aby przywrócić blask w grze kadry. Po nieudanych Mistrzostwach Świata w Niemczech wielu reprezentantów było wypalonych psychicznie. Kluczem do sukcesu było więc dotarcie do ich głów i odbudowanie motywacji. Kolejną sprawą było znalezienie młodych zdolnych, którzy mogliby zastąpić w kadrze stare wygi, a tych jak często powtarzał Holender mieliśmy mieć pod dostatkiem. Zatrudnienie nowego selekcjonera spotkało się zarówno z głosami popierających jak i przeciwników tej decyzji gdzie więcej było raczej tych drugich.

Zwolennicy w swoich argumentach często kierowali się faktem, że Leo na wspomniane mistrzostwa w Niemczech wprowadził malutkie Trynidad i Tobago. Skoro udało się z "Soca Warriors", to dlaczego nie z Polakami? Często wspominano też o przyszłości polskiej piłki nożnej. Przeciwnicy z kolei zwracali uwagę na fakt, że ostatnie znaczące sukcesy Holender odnosił w końcówce lat 80-tych jako trener Realu Madryt gdy zdobywał mistrzostwo i puchar kraju. Później jeszcze udało mu się wygrać mistrzostwo i Superpuchar Holandii z Feyenoordem, gdzie był trenerem w latach 1997-2000. Najbliższa przyszłość miała zweryfikować nowego selekcjonera.

Duńska katastrofa
16 sierpnia 2006 roku Polska zagrała na wyjeździe pierwszy oficjalny mecz pod wodzą Beenhakkera. Przeciwnikiem byli Duńczycy. Przegranej można było się spodziewać. Jednak wynik 2:0 to był najniższy wymiar kary. Dania nie grała rewelacyjnie, ale Polacy jeszcze gorzej. Oczywiście wynik i styl gry były świetną pożywką dla krytyków do tego, żeby oczernić trenera. Pojawiały się pierwsze głosy o dymisji. Obiektywnie patrząc nie było wtedy nikogo kto chociaż w niewielkim stopniu byłby optymistą. Marazm był tak wielki, że nie sposób go było szybko ogarnąć. Tymczasem pierwszy mecz eliminacji zbliżał się coraz bardziej.

Beenhakker na pierwsze spotkanie powołał kadrowiczów, którzy grali w eliminacjach do mistrzostw świata i na samym turnieju. Z nowych zawodników zadebiutował tylko Paweł Golański, wtedy gracz Korony Kielce. Holender po meczu uspokajał. Mówił, że potrzebuje czasu. Twierdził, że już niedługo zobaczymy kadrę, grającą odważnie, z polotem, pressingiem. W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" powiedział: "Jeśli chodzi o znajomość polskich piłkarzy, to jest ona większa, niż panowie myślicie, ale proszę ode mnie nie żądać, żebym podał skład, w jakim Polska wybiegnie 2 września przeciw Finlandii, w pierwszym meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy. Nie spędziłem ostatnich lat z workiem na głowie. Wiem, co się dzieje w piłce, a pracuję w tym zawodzie 40 lat".

Walec z Finlandii
Przed pierwszym meczem w eliminacjach liczono na rewolucję w kadrze. Tymczasem okazało się, że ośmiu zawodników, którzy zaczęli mecz z Danią wybiegło również na boisko w Bydgoszczy. Roy Hodgson - trener Finów - zapowiadał, że przyjeżdża do Polski po remis. Zgodnie ze słowami ustawił swoją drużynę tak, aby tylko wywieźć jeden punkt. Kiedy Polacy byli przy piłce, Finlandia broniła się całym składem. Kiedy Finowie byli przy piłce, w obronie i tak zostawało pięciu zawodników. Wydawało się niemożliwe, żeby zostać pokonanym przy takim nastawieniu gości. Tymczasem Polacy w fatalnym stylu przegrali 1:3, ale to nie Finowie strzelili trzy bramki. To my po prostu daliśmy je sobie strzelić. Jeden obrazek z tego meczu pozostał w pamięci na długo. Stojący przy linii bocznej "Don Leo" raz po raz chowa twarz w dłoniach, patrząc na bezradność swoich piłkarzy.

Jednym z niewielu pozytywnych aspektów całej sytuacji był występ Łukasza Garguły, który w debiutanckim meczu strzelił bramkę. Jak później się okazało stał się jednym z ważniejszych zawodników kadry Beenhakkera. Dla wielu kadrowiczów to spotkanie było jednak zakończeniem reprezentacyjnej kariery. Ostatnie mecze zagrali wtedy zmieniony po pierwszej połowie Mirosław Szymkowiak, czy Tomasz Frankowski. Drzwi do reprezentacji zamknęły się też dla Jerzego Dudka. Golkiper Liverpoolu dopasował się swoją grą do reszty zespołu, a w dodatku błąd jaki popełnił przy pierwszym golu, gdy wybił piłkę wprost pod nogi Fina powinien być pokazywany juniorom na treningach.

Prasa grzmiała, a w kibicach coraz bardziej narastała frustracja. Obwiniano wszystkich od trenera po piłkarzy. Najbardziej oberwało się Jakubowi Błaszczykowskiemu. Młody zawodnik Wisły Kraków zagrał przestraszony, na boisku przegrywał wszystkie pojedynki i po pierwszej połowie zastąpił go Ireneusz Jeleń. Po jednym meczu wielu postawiło krzyżyk na reprezentacji. Pojawiały się głosy, żeby odpuścić te eliminacje, a skupić się na awansie do mistrzostw świata w RPA. W całej sytuacji tylko selekcjoner pozostawał spokojny, czym tylko jeszcze bardziej podsycał opinię krytyków.

Nadzieja na lepsze jutro
Po klęsce w Bydgoszczy czekał nas jeszcze jeden pojedynek. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie 6 września rywalem biało-czerwonych byli Serbowie. Smutny widok czekał Polaków po wyjściu z szatni, gdy okazało się, że na stadion przyszła niewielka grupka kibiców. Sytuacja kryzysowa na linii kibice-piłkarze przybierała na sile. Kadrowicze byli obwiniani o brak zaangażowania. Większość ludzi odwróciła się od drużyny. Tymczasem jakby na przekór wszystkim reprezentacja zagrała tak, że motywacja była widoczna u każdego zawodnika. W tym spotkaniu pokazaliśmy, że najbliższa przyszłość może być o wiele lepsza. Po meczu Beenhakker mówił: "Zagraliśmy dobry mecz, szczególnie w pierwszej połowie. Zasłużyliśmy na zwycięstwo. Remis rozczarowuje, ale w futbolu czasami jest dużo niesprawiedliwości".

Trudno nie zgodzić się ze słowami Holendra. W pierwszej połowie wydawało się, że Polacy wreszcie rozumieją o co chodzi trenerowi. Zdominowana Serbia nie miała szans na stworzenie sytuacji. Polacy opanowali środek boiska. Wreszcie zaczął funkcjonować pressing, o którym często wspominał Beenhakker. Dobra pierwsza połowa została potwierdzona bramką Radosława Matusiaka. Kolejny debiutant w kadrze zaliczył naprawdę dobre zawody, mimo iż z powodu choroby grał na tabletkach i zastrzykach. Druga połowa pokazała jednak, że ciągle jest wiele do poprawienia. Serbowie zaatakowali, a Polacy z każdą minutą coraz bardziej opadali z sił. Zamiast Dudka zagrał Wojciech Kowalewski i tylko dzięki jego, momentami genialnym, interwencjom skończyło się na wyniku 1:1. Niemniej w tym spotkaniu zaczęła kiełkować drużyna, która w niedługim czasie miała przejść do historii.

Kazachska huśtawka nastrojów
Po dwóch pierwszych meczach przyszedł czas na odpoczynek. Miesiąc później 7 października kadra leciała do Kazachstanu, gdzie w Ałmatach wystąpiła przeciwko gospodarzom. Występ podsumować można jednym zdaniem: wynik lepszy niż gra. Reprezentacja grała w tym meczu chaotycznie, bez pomysłu. Dziennikarz Dariusz Wołowski tak podsumował swoją relację ze spotkania: "I pomyśleć, że te całe nerwy i niepewność zdarzyły się na tle rywala zajmującego w rankingu FIFA 120. miejsce. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak gracze Beenhakkera będą spięci w środę, gdy do Chorzowa przyjedzie Portugalia - czwarty zespół ostatnich mistrzostw świata". Zawodnicy stwarzali sobie sytuacje, ale nie potrafili ich wykorzystać. W marnowaniu "setek" królował szczególnie Grzegorz Rasiak, który mógł strzelić co najmniej dwie bramki. W kadrze zadebiutował Grzegorz Bronowicki. Zagrał Paweł Golański, który wcześniej wystąpił też przeciwko Serbii. Obydwaj obrońcy byli krytykowani przez media tak jak i reszta kadry. Beenhakker cały czas konsekwentnie stawiał też na Błaszczykowskiego. Chociaż krytyka po mecz z Finlandią osłabła, to jednak cały czas Kuba dostosowywał się do reszty drużyny, nie pokazując nic nadzwyczajnego.

Polacy fundowali prawdziwą huśtawkę nastrojów. Pierwszy mecz: fatalny styl, fatalny wynik. Drugi mecz: lepszy styl i trochę lepszy wynik. Trzeci mecz: fatalny styl, ale wreszcie pierwsza wygrana. Nastroje udzielały się również zawodnikom. Beenhakker widząc, jak słabo gra kadra postanowił nią wstrząsnąć. W 30 minucie ściągnął z boiska Mariusza Lewandowskiego, a zamiast niego wszedł Przemysław Kaźmierczak. Lewandowski obrażony poszedł od razu do szatni i nie podał ręki selekcjonerowi. Ostatecznie decyzja Holendra była trafna. Po przejęciu piłki przez Kaźmierczaka ta trafiła do Smolarka, a Ebi strzelił pierwszego z dziewięciu goli w tych eliminacjach. Po meczu Lewandowski wreszcie ochłonął, ale pozostała kwestia wyprostowania całej sprawy. Zawodnik Szachtara Donieck uznał, że ważniejsze jest dobro drużyny i postanowił przeprosić Beenhakkera.

To co wtedy się stało sprawiło, że w kadrowiczach niesamowicie urosła wiara we własne możliwości. Tak całą sprawę wspominają współpracownicy Beenhakkera Jan De Zeeuw i Bogusław Kaczmarek. De Zeeuw: "Przyszedł do nas kapitan Maciek Żurawski i powiedział, że Mariusz chce z nami porozmawiać". Kaczmarek: "Stanęliśmy w kółku. Lewandowski w środku przeprosił Leo i drużynę. Beenhakker przytulił go do siebie jak matka spłakane dziecko". Te sceny miały miejsce na lotnisku w Ałma Acie tuż po meczu. Być może był to tylko zabieg psychologiczny Holendra, jednak ten gest dla zawodników był sygnałem ze strony trenera: "Każdy jest dla mnie tak samo ważny. Będę dla was jak drugi ojciec, a Wy dajcie z siebie w tych eliminacjach tyle ile możecie".

W tamtym czasie rozpoczął się też konflikt Beenhakkera z PZPN-em, który później przerodził się w małą wojnę. Cała sprawa zaczęła się, gdy Jerzy Engel podjął kontrowersyjną decyzję o zostawieniu w Polsce jednego z trenerów bramkarzy. Wybór padł na Andrzeja Dawidziuka. Ówczesny szef Wydziału Szkolenia tłumaczył się, że obecność dwóch trenerów bramkarzy jest zbędna. Beenhakker był zszokowany. Decyzja o usunięciu współpracownika selekcjonera nie mieściła się w zakresie kompetencji Engela. Holender domagał się przywrócenia Dawidziuka, co w konsekwencji skończyło się jego powrotem po meczu z Kazachstanem. Beenhakker skrytykował wtedy pierwszy raz metody działania związku i na dobrą sprawę został na cenzurowanym już do końca kadencji.

Rzeź niewiniątek
Cztery dni później szykowano się na prawdziwą rzeź. Najbardziej dziennikarze, którzy ustawili się w tunelu na stadion, aby sfotografować schodzącego po meczu Beenhakkera. Chcieli stworzyć materiał o odchodzącym z reprezentacji trenerze. Portugalia należała wtedy do ścisłej, światowej czołówki. Wicemistrz Europy, czwarta drużyna ostatnich mistrzostw świata. Te osiągnięcia robiły wrażenie. Za Portugalczykami przemawiał jeszcze jeden fakt - od dziesięciu lat nie przegrali meczu eliminacyjnego na wyjeździe.

Opinie kibiców i dziennikarzy udzieliły się również gościom. Podopieczni Scolariego zachowywali się przed meczem jakby lekceważyli Polaków. Cały czas uśmiechnięci, odprężeni. Na treningach trener z asystentem urządzali sobie konkurs kto pierwszy trafi w poprzeczkę. "Zachowywali się jakby już z nami wygrali. Po tym co zobaczyłem, uwierzyłem że mamy szansę" - mówił Bogusław Kaczmarek, który z ukrycia podglądał treningi rywala.

Tymczasem w obozie kadry panowała napięta atmosfera, która udzielała się sztabowi. Oprócz rozpracowywania przeciwnika Leo Beenhakker cały czas myślał o niedawnym konflikcie ze związkiem piłkarskim. Czuł, że pewni ludzie są nieprzychylni jego pracy. "Jeśli ten mecz źle się skończy, to jest nasz ostatni wyjazd. Czuję to". Miał powiedzieć do De Zeeuwa, gdy Polacy wyjeżdżali z hotelu na stadion. Po latach Listkiewicz zapytany o te słowa mówił: "Póki miałem w PZPN prawdziwą władzę, Leo nie straciłby pracy".

W dniu meczu o godzinie 12:30 odbyła się pierwsza odprawa, na której Beenhakker ogłosił skład. W pierwszej jedenastce znalazł się Lewandowski. Był to wyraźny znak, że już nikt nie pamięta o ostatnim nieporozumieniu. "Nie zdziwiło mnie, że Leo wystawił Lewego. Wiedział, że jeśli da mu szansę ten da się za niego pokroić" - mówił Wojciech Kowalewski, który bronił polskiej bramki w tamtym meczu. "Czułem, że wszyscy patrzyli jak zagra ten chłop, który tak się zachował w meczu z Kazachstanem" - tak wspominał to wydarzenie Lewandowski.

Po południu na drugiej odprawie Beenhakker przedstawił materiał filmowy na którym wyjaśnił Polakom jak mają grać z rywalem. Zaczął też mocno motywować zawodników. "Who the f... is Ronaldo? You are Golański! You are Bronowicki!" - krzyczał Holender. "Piłkarze nie byli karmieni bitwą pod Grunwaldem, czy filmami o ataku Niemców na Polskę. Musieliśmy dać im argumenty, rozwiązania" - tak Kaczmarek wyjaśniał metody, których używał Beenhakker. Takie podejście okazało się być skuteczne. Zawodnicy uwierzyli, że mogą dokonać niemożliwego wbrew opinii postronnych osób. Po przyjeździe na stadion na piłkarzy czekał Michał Listkiewicz. "Podszedłem do Krzynówka i zapytałem: - I co Jacuś jak będzie? Krzynówek odpowiedział mi: - Prezesie, walniemy ich" - wspominał po meczu Listkiewicz.

Cud w Chorzowie
"44 tysiące na stadionie i miliony przed telewizorami wierzy, że dziś wreszcie powinno się udać" - tak Dariusz Szpakowski, który komentował mecz dla TVP 2 przywitał telewidzów. Rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Gdyby ktoś otwarcie wspomniał o zwycięstwie Polski mógłby zostać wysłany na dodatkowe badania.

O godzinie 20:40 obydwie drużyny przy ogłuszającym dopingu wyszły na boisko. Smaczku rywalizacji dodawał fakt, że był to 50. mecz reprezentacji na Stadionie Śląskim. Jubileusz uczczony został odegraniem hymnów przez orkiestrę górniczą. Po części odświętnej zaczęła się ostra walka o 3 punkty.

W składzie Portugalii mecz rozpoczęło 10 piłkarzy, którzy niedawno zajęli czwarte miejsce na mistrzostwach świata. Beenhakker wystawił tych samych zawodników co w meczu z Kazachami. I to był strzał w dziesiątkę. Pewni siebie Portugalczycy nie wiedzieli co się dzieje. Mimo iż utrzymywali się przy piłce byli bezradni wobec szybkiej gry Polaków. Bez przesady można stwierdzić, że w tym spotkaniu kadra grała prawdziwie natchniona. Momentami zdawało się, że tiki-taka to wynalazek polski. To co było niesamowite to fakt, że nie broniliśmy się przeciwko teoretycznie mocniejszemu rywalowi, a wręcz naciskaliśmy na niego zmuszając do błędu. Wynikało to z założeń przedmeczowych Beenhakkera. "W materiale na temat Portugalczyków najistotniejsza była jedna uwaga - że oni długo wchodzą w mecz. Leo powiedział, że jeśli w tej fazie uda nam się strzelić jedną lub dwie bramki wygramy" - mówił Kowalewski. Nareszcie dobry mecz rozegrał Kuba Błaszczykowski. To on wywalczył aut, chwilę przed strzeleniem pierwszej bramki. To on zaczął akcję, która skończyła się bramką na 1:0. Najlepszy mecz w karierze zagrali krytykowani po występie w Ałmatach Golański i Bronowicki. I wreszcie Mariusz Lewandowski wciąż podbudowany zaufaniem u selekcjonera. Nie unikał twardych starć w środku boiska. Razem z Radosławem Sobolewskim stworzył duet defensywnych pomocników, który na dobre wyłączył z gry Deco.

Jednak największym bohaterem był Ebi Smolarek. Co ciekawe wcale w tym meczu nie musiał wystąpić. "Zastanawialiśmy się głównie nad lewą stroną pomocy. Wiedzieliśmy, że u rywali prawy obrońca Miguel często podłącza się do akcji ofensywnych. Mogliśmy postawić na kogoś kto wspomoże naszego lewego obrońcę, albo przeciwnie na gracza ofensywnego, który będzie absorbował Miguela. Postawiliśmy na drugi wariant. Na lewym skrzydle ustawiliśmy Ebiego" - wspominał Dariusz Dziekanowski, asystent Beenhakkera. Smolarek przed meczem często był porównywany do swojego ojca. Tak jak on grał jako napastnik. Tak jak on grał w Feyenoordzie. Teraz tak jak on strzelał bramki Portugalii. I to aż dwie. Uśmiech losu spowodował, że akurat w tym spotkaniu historia rodziny wybitnego reprezentanta zatoczyła ponownie koło.

Po meczu Beenhakker szedł tunelem do szatni z triumfalnym uśmiechem na ustach. Jednak nie odchodził z kadry. On w niej właśnie zostawał. To spotkanie było apogeum jego kadencji. "Don Leo" często nie mógł znieść pesymizmu wśród polskich kibiców i piłkarzy. Mówił, że pokaże nam jasną stronę księżyca. Dzięki temu spotkaniu Polacy wreszcie ją zobaczyli. I trwali na niej aż do końca eliminacji.























Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.