Facebook Google+ Twitter

Na odejście Maksa

22 marca 2012. Po godzinie 21. odchodzi Maks. Według tabeli wieku psów, ma - w przeliczeniu na wiek człowieczy - 147 lat, a ciągle chce żyć. Również dla nas żyć. Kogoś mi to przypomina.

W niesamowitym i niezapomnianym, beznadziejnym i rozpaczliwym, agonalnym geście rzutu dużej puszystej głowy i szyi w moją stronę, w stronę życia, życia, którego nie chce opuścić, osierocić – chce żyć. Ma ciągle zdrową lśniącą sierść. Kilkanaście minut później zdycha.

Dopiero co się wprowadziliśmy. A.M., ja i trzyletni pies. Wszystko było jeszcze w powijakach w tym starym, zupełnie zaniedbanym domu z nieszczelnym dachem, z zapuszczonym, zdżunglonym ogrodem, z walącym się, w wielu miejscach dziurawym ogrodzeniem. To musiało mieć miejsce jeszcze w lutym, a najdalej w marcu 2000 roku. Roku Jubileuszu.

Wczesne sobotnie popołudnie. A.M. w zaawansowanej ciąży z E. krząta się po ascetycznej kuchni. Wracam do domu totalnie zbolały robotą w sklepie. Sobota od wczesnego rana nawet w małych sklepach spożywczych charakteryzuje się w tamtych latach niebywałym ruchem i zawsze kończy dla sprzedawcy, dla mnie, bardzo solidnym fizycznym zmęczeniem, prawie udręką. Pomimo, że już o trzynastej, a najpóźniej o piętnastej kończę pracę.

Wyczerpany ledwie zjadam obiad i układam się na wersalce w najdalszym, surowym pokoju, który w niczym nie przypomina dzisiejszej włoskiej sypialni. Ma zaledwie wybielone, nierówne, porowate ściany, skromne wyposażenie, ale jest mój, lubię go, jestem u siebie. Zamykam oczy, drzemię, zapadam w płytki sen.
I nagle huk, hałas, harmider.

Dźwięki dobiegają z przedpokoju. Szczekanie, warczenie Maksia. Odgłosy walki. W pierwszej chwili, wyrwany z letargu, zdezorientowany, myślę, że pies zwariował, odbiło mu, że zachował się zupełnie irracjonalnie, że zaatakował ciężarną. Sam w to nie wierzę. A może ciągle śnię? Rozespany biegnę ku wejściu. Mijam w kuchni zdumioną, przestraszoną A.M. I co widzę?

W przedpokoju puszysty, gibki, wysportowany pies siedzi jak drapieżny wielki ptak na karku stojącego i odganiającego się niezdarnie rękami, wyraźnie przestraszonego i zdezorientowanego młodzieńca z wielodzietnej, znanej z wybryków kryminalnych wielu jej członków, w tym złodziejstwa, rodziny, który niezapowiedziany i nie pukając do drzwi, postanowił nas odwiedzić w ciche, pogodne sobotnie popołudnie. Czy to tylko rekonesans, czy może już wcześniej przypadła mu do gustu jakaś para wystawionych markowych butów? Nie zdążam zapytać.

Niedługo potem nadszedł taki rekordowy rok, że bodaj sześciu spośród kilkunastu braci G. siedziało naraz w różnych więzieniach. Zresztą do tej pory wielu siedzi. Jak wartownicy przekazujący sobie posterunek. Taka zwariowana rzeczywistość a rebours. Choć nie wszyscy są tacy źli, jak się sądzi.
Kiedyś, za Gierka, matki rekordowej liczby synów górników otrzymywały wysokie państwowe odznaczenia, ordery. Na jaki zasłużyła matka braci, pani G? Ale to tylko dygresja.

Jeszcze pies zachęcony przez dumnego pana odprowadza obszczekując intruza do zardzewiałej furtki. Więcej nie mamy takich gości, takich niezapowiedzianych wizyt.

Maksio. Młody, prężny gibki owczarek kaukaski, bodaj z domieszką niemieckiego. Znajda. Porzucony w lutym 1997 roku jako maleńki szczeniaczek o czarnym umaszczeniu w klatce schodowej jednego z czteropiętrowych bloków na drugim Rubinkowie.

Dorosły ma błyszczącą różnymi odcieniami brązu sierść. Jej barwa przechodzi od niemal żółtych łap po czarny grzbiet, zwieńczony merdającym, radosnym, puszystym ogonem. Jedyny w swoim rodzaju.

Znajdź nas na Google+

Zobacz także:

Wybrane dla Ciebie:


Tagi: opowiadanie


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.