Facebook Google+ Twitter

Na pustyni i w oazie

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2006-10-01 11:32

Z głośnym warkotem silnika dżip powoli wdrapuje się na szczyt kilkunastometrowej wydmy. Zatrzymuje się na moment na niemal pionowej skarpie. Drobinki piasku podobne do morskiej fali wyprzedzają koła. Drugi dżip ubezpiecza

Egipt. Dwukółka zaprzężona w osoiłka to główny środek transportu w Oazie SiwaPod koniec lata na Pustyni Libijskiej, stanowiącej część egipskiej Sahary, jest gorąco jak w hucie. Temperatura sięga 42 stopni Celsjusza w cieniu. Oczywiście, na pustyni cień jest raczej nieosiągalny. Nasz arabski kierowca wyłączył klimatyzację na skraju oazy Siwa, gdzie skończyła się asfaltowa droga. Na nasze protesty odpowiadał, że potrzebna jest mu pełna moc motoru, żeby nie zagrzebać się w piasku.

Jedziemy dwoma dżipami, bo drugi wóz ma być w razie potrzeby użyty jako holownik. Chociaż wycieczka jest obliczona tylko na popołudnie i wieczór, mamy duży zapas wody. Wiadomo, z pustynią nie ma żartów, trzeba przygotować się na każdą ewentualność.

Po godzinnym krążeniu po wydmach, dziurach i wystających spod piasku żwirowiskach, docieramy do pierwszej oazy. To jeziorko ze słodką wodą, otoczone trzcinowiskiem, pełniącym rolę przebieralni. Jest czysto, jakby nikt tu nie zaglądał. Wpadamy do wody, nurkujemy. Błogi spokój nie trwa jednak długo. Nadjeżdża pięć dżipów z włoskimi turystami i trzeba zrobić im miejsce na plaży.

Kilkanaście kilometrów dalej znajduje się maciupka oaza, której centralnym punktem jest okrągły basen z bijącym źródełkiem. Palmy i gęste krzewy składają się na rajski obrazek, zeszpecony jednak walącą się lepianką, w której mieszka strażnik źródła. W czasie II wojny światowej dziesiątki tysięcy Brytyjczyków, Niemców i Włochów zginęły przy zdobywaniu takich oaz. Z punktu widzenia zwykłego żołnierza najważniejszą stawką w tych walkach był pełna manierka.

Zachód słońca, czyli przystanek na sesję fotograficzną i filmową. Ognista kula w mgnieniu oka znika za wydmami. Układamy się na rozgrzanym piasku, gdzie kto stał. Nikt nie chce ulubionej potrawy żołnierzy na Saharze, czyli jajecznicy usmażonej na karoserii aut terenowych. Jeden dżip jedzie więc do hotelu po prowiant.

Drugi kierowca rozpala ognisko z fragmentów desek i wyschniętych liści palmowych. Gotuje wodę na herbatę, która ma ugasić pragnienie. Przepis jest prosty: na litr wody kilka garści świeżej mięty i ćwierć kilo cukru. Arab podaje herbatę w maleńkich szklaneczkach. Pijemy i znów układamy się na plecach, popatrzeć na rozgwieżdżone niebo. Świetlny punkcik przecina Wielki Wóz. Światła samolotu czy spadający meteoryt? Oto jest pytanie.

Spodziewaliśmy się skorpionów, a tymczasem pocięły nas moskity, których obecności nikt nawet nie spostrzegł. Zabrany z Polski preparat przeciw komarom zadziałał jak wabik na tutejsze krwiożercze bestie.

Daktylowe zagłębie

Oaza Siwa – z powodu bliskości granicy z Libią – jeszcze do niedawna była praktycznie niedostępna dla turystów. Nawet teraz garstka białych i japońskich podróżników ginie w tłumie miejscowych.

Widzi się za to wielu Berberów, autochtonów z pustyni, którzy żyją według odwiecznych tradycji. Egipcjanie z równą trudnością porozumiewają się z nimi jak my ze starymi Kaszubami. Berberowie przemierzają miasteczko w oazie na dwukółkach zaprzężonych w osły. Na wózku jedzie na ogół kobieta ubrana na czarno, z czadorem zakrywającym twarz. Co nieco widzi tylko przez pasek półprzezroczystego, czarnego muślinu na wysokości oczu. Mężczyźni i chłopcy są ubrani w białe galabije – przewiewne koszule do kostek.Jak przed wiekami, zwierzęta dźwigają w jukach namioty, sprzęt obozowy, a w bukłakach wodę. Fot. Włodzimierz Kupisz

Berberowie wciąż żyją na pustyni – jedni uprawiają ziemię tam gdzie jest woda, inni pozostali nomadami, przemierzającymi piaski na grzbietach wielbłądów. Jak przed wiekami, zwierzęta dźwigają w jukach namioty, sprzęt obozowy, a w bukłakach wodę. Do Siwa nomadzi przyjeżdżają sprzedać owoce, warzywa, a czasem zwierzęta.

Siwa słynie z ponad miliona palm daktylowych oraz plantacji drzew oliwnych, otaczających pierścieniem oazę. W środku jest miasto, liczące kilkanaście tysięcy mieszkańców. Część tutejszych nie ma dowodów osobistych, więc rachowanie ludności obarczone jest zawsze dużym marginesem błędu. O miejskim statusie Siwa świadczą jednak: szpital z własną karetką, elegancki posterunek żandarmerii, nowiutki bank, budynek informacji turystycznej, a także kilka hoteli.

Parterowe, na ogół murowane budynki otaczają centralny plac na planie kwadratu. W sklepikach i na straganach przez większą część doby kwitnie handel. Przybysze wybierają się na zakupy późnym wieczorem, kiedy temperatura spada do 30 stopni Celsjusza. W sklepach spożywczych koncern Coca-Cola zadbał o lodówki. Podstawowym artykułem regionalnym są daktyle w kartonowych pudełkach i oliwki zakonserwowane na różne sposoby w dużych słojach. Można też kupić solone sery kozie i owcze, przypominające grecką fetę.

Ponieważ przybyszów z Europy i Azji jest coraz więcej, miejscowa drobna wytwórczość przestawiła się na wyplatane kosze i patery na owoce, kilimy, wielobarwne muślinowe chusty i biżuterię z metali nieszlachetnych.

Kiedy snujemy się po centralnym placu do pierwszej w nocy, widzimy, jak część sprzedawców rozkłada maty na glinianej polepie przed straganami i układa się do snu. Przed lepianką przykrytą blachą przyciśniętą gruzem kilku starców mówi ściszonym głosem i raczy się dymem z siszy – fajki wodnej. Obok nich jedyny Polak z grupy, który przyjechał bez telefonu komórkowego, dzwoni z automatu do Polski (w kraju dopiero wybiła północ).

Nazajutrz jedziemy do ruin starożytnej świątyni Amona, gdzie urzędowała wyrocznia podobna do delfijskiej. Aleksander Macedoński przybył tu ponad 2300 lat temu jako pielgrzym, nie jako zdobywca. Pragnął potwierdzić swoją boskość. Miejscowy przewodnik pokazuje sekretny, wąski korytarz, którym docierał informator wieszczki. Tą drogą dostarczył jej wiedzy o życiu i pragnieniach Macedończyka. Aleksander był tak zachwycony wyrocznią, że w tej świątyni kazał się koronować na króla Egiptu.

Kąpiel w ubraniu

Egipt w ponad 95 proc. jest położony na pustyni, dlatego nie możemy przegapić okazji obejrzenia jednego z dwóch wodospadów w tym ogromnym kraju, trzykrotnie większym od Polski. Jesteśmy w oazie Fajum na Pustyni Libijskiej. Od Kairu dzielą nas trzy godziny jazdy samochodem.

Ahmed Ali Ismail, nasz egipski opiekun, zawozi nas do oazowej depresji El-Rayan, gdzie na dawnym skrzyżowaniu szlaków karawan w latach 1966 – 1970 wybudowano sztuczne jeziora o powierzchni 113 km kw., wykorzystując naturalne źródła. W efekcie nawodniono i użyźniono pustynny obszar obejmujący 1760 km kw. Można tu spotkać m.in. gazele, czaple, skowronki i pustułki. Liczba turystów na niewielkim obszarze sięgnęła stu tysięcy rocznie. Przybyło półtora tysiąca rodzin osadników, zaczęto nawet eksploatować złoże ropy naftowej.

Przeludnienie, niekontrolowany rozwój gospodarczy i odpady doprowadziły szybko do katastrofy ekologicznej. Lustro wody w jeziorach się obniżyło. Nastąpiły niekorzystne zmiany w krajobrazie, zdominowanym przez skupiska biednych domów, a pustynia odebrała część terenów zielonych.

W 1989 r. władze zaczęły chronić naturalne źródła wody w depresji. Kilka lat temu z pomocą finansową pośpieszył rząd włoski, który zaproponował program zrównoważonego rozwoju gospodarczego.

Kiedy bus zatrzymuje się na skraju depresji El-Rayan, w oddali widać jezioro o lazurowym zabarwieniu. Robi to duże wrażenie na człowieku znękanym skwarem i rojami much, oblepiającymi spocone ciało.

Jest wreszcie i wodospad: 8-metrowej wysokości, utworzony między sztucznymi jeziorami. Arabscy mężczyźni i chłopcy w ubraniach skaczą do wody. Ich żony, matki i siostry w sukienkach i chustach godzinami siedzą w wodzie, aby ochłodzić się przed dalszą podróżą samochodem, na ogół pozbawionym klimatyzacji.

Siedmiolatek sprzedaje nam trzcinowe plecionki. Ponieważ talerze źle idą, porzuca je na plaży, biegnie do hurtowni w domu i przybiega objuczony koszami. Zaklinacze węży pakują do nich kobry z wyrwanymi zębami jadowymi. My kupujemy kosze bez żywego wsadu. Jest taniej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.