Facebook Google+ Twitter

Na zdrowie najlepsza wiara w lekarza

Jest gmina, w której zupełnie nie wiadomo, kto komu bardziej potrzebny: lekarz choremu czy odwrotnie, chory lekarzowi. Zresztą nie wiadomo, kto jest chory, ponieważ funduszy na badania nie ma i diagnozy też nie ma.

Ta gmina to nasza część globalnej wioski. Utarło się w dawnych czasach, że ojcami tutejszej gminy byli, jak pisał onegdaj znany ojciec literatury polskiej, pan, wójt i pleban (jakiekolwiek podobieństwo do osób znanych wykluczone i niezamierzone). Sukces ma wielu ojców, więc ojcowie trzymali się razem, by dzielić się swoim szczęściem. Ojcowie myśleli dużo o żywotach człowieka, doczesnym i wiecznym, i sądzili, że znaleźli sposób na dobrostan, ale nie przewidzieli, że znajdą coś, co jest lepsze od dobrego. Była to wiara w lekarza.

Od tego zaczął się upadek ludzkości w gminie. Ojcowie gminy trzymali rękę na pulsie, lecz któregoś razu puls skoczył za mocno. Człowiek zachorował. Mógł się udać do znachorów, wiedźminów i babek, które jeszcze odczynić mogły niedobry los. Ale na zakręcie drogi życiowej, zza widnokręgu trosk ujrzeć trzeba było przeznaczenie, ścieżkę prowadzącą w bok, w chaszcze, do szpitalnej izby przyjęć. Tej dróżki niepodobna było ominąć, była to ścieżka zdrowia wiodąca na manowce. A jednak podążał nią każdy od poczęcia do późnej starości. Tędy biegła ludzka nadzieja, a za nią hurtem przedstawiciele handlowi, kwiat farmacji i marketingu. Człowiek wydeptał ścieżkę do wielkiej instytucji, w której lekarz specjalista panował niepodzielnie nad pacjentem. Potem nastąpiła inwazja przybyszów nowej cywilizacji: autorytet lekarza zastąpił NFZ. A człowiek zaczął konsumować tak zwaną zdrową żywność i w wielkich ilościach substytuty zróżnicowanej diety i suplementy. Na wszelki wypadek, żeby nie trafić do izby przyjęć.

Opieka medyczna – samoobsługa



Mówi się dziś o tym, że towarem są nie tylko leki. Przedmiotem handlu stają się nawet tkanki, narządy. Reklama farmaceutyczna z kolei pozwala chociaż na chwilę zapomnieć o kolejkach do specjalisty. Bo przecież Goździkowa wie lepiej…

My zaś łykamy, smarujemy, wcieramy, zapuszczamy krople, wdychamy olejki, nagrzewamy, detoksykujemy, a raczej na pewno oczyszczamy ciało, wyginamy je i dopieszczamy bez kontroli, bez wiedzy lekarza, do którego ścieżka jest długa, kręta i wiedzie przez mękę. Łatwiej i wygodniej wrzucić temat do internetu, zapoznać się z opiniami innych schorowanych, poczytać porady e-specjalisty na forum. W świecie wirtualnym nie ma chorych, ale są klienci, którzy potrzebują ekspertów, szybkiej i fachowej obsługi, tak jak uczy reklama: na ból, na zgagę, na wzdęcia, na głowę, na żylaki, pod pachy, na trądzik, na wstydliwy problem, na skołatane nerwy. Wystarczy przeczytać przed okienkiem na ulotce, czy medykament nie szkodzi – a wiadomo, że wedle ostrzeżeń zaszkodzi na wszystko, koncern farmaceutyczny musi się wszak ubezpieczyć. I koło fortuny się kręci, a klient wierzy w nowy wspaniały świat i wszyscy są zadowoleni. Może z wyjątkiem pacjenta, którego – jak mawia pewien mądry człowiek i w dodatku kobieta – nie da się zapiąć na ostatni guzik.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.