Od jakiegoś czasu Janusz Palikot nie wymachuje już sztucznymi penisami, czasem zakłada nawet okulary, żeby nadać swej twarzy bardziej intelektualny wygląd. Dziś Palikot pozuje na prawdziwego męża stanu. Ile w tym prawdy?
Jakiś czas temu popełniłem błąd – uwierzyłem politykowi. Dałem się zwieść pseudo-patriotycznemu bełkotowi Palikota, sam nie wiem dlaczego. Może miałem już dość ciągłego ględzenia o katastrofie rządowego TU-154, a może po wyborach prezydenckich w 2010 roku, przypominających wybór telewidza między Akademią Policyjną VI a Szklaną Pułapką IV, naiwnie uwierzyłem, że ktoś chce coś w polskiej polityce zmienić.
W każdym razie dałem się zwieść – podpisałem się pod apelem Palikota o normalizację polskiej polityki, wpisując również swój email. Nie musiałem długo czekać na spam. Po kilku wiadomościach, kiedy jasne już było, że Ruch Poparcia Palikota jest wyłącznie stosunkowo nową w Polsce, nieformalną formą uprawiania marketingu politycznego, zadałem sobie podstawowe pytanie: kiedy Palikot zacznie naciągać nas (wszystkich, którzy podpisali się pod jego apelem o uzdrowienie polskiej polityki) na kasę.
Nie trzeba było długo czekać, choć zaczęło się od wyciągania danych osobowych, pod przykrywką tworzenia bazy danych osób zaangażowanych w Ruch Poparcia Palikota (a wiadomo, że dane osobowe to w obecnych czasach chodliwy towar – zawsze można je sprzedać jakiejś firmie zajmującej się np. telemarketingiem i potem będziemy otrzymywać telefony i maile z niezwykle dla nas korzystnymi ofertami ubezpieczeń, abonamentów telefonicznych, czy też zestawu super garnków ze stali nierdzewnej). Nie obyło się też bez obietnic o stanowiskach we władzach ruchu i tym podobnych bzdetów. Krótko mówiąc: jak na nową jakość w polskiej polityce, Palikot zaczął od tych samych, wyświechtanych chwytów.
W moim mniemaniu następnym krokiem powinna być próba wyciągnięcia kasy. Nie myliłem się! Po kilku tygodniach przysyłania spamu (w międzyczasie zwracałem się do administratora strony Ruchu Poparcia Palikota o usunięcie mnie z listy osób otrzymujących newslettera – bezskutecznie) otrzymałem maila, w którym uczciwy Janusz zwracał się do nas o przelew w wysokości 50 zł, dzięki czemu można będzie pokryć koszty administracyjne związane z działalnością Ruchu.
Niezła sumka, biorąc pod uwagę, że w Polsce zarobki wielu osób wciąż nie przekraczają dwóch tysięcy złotych netto. Trzeba przyznać, że – jak przystało na cwanego lisa – Palikot i osoby odpowiedzialne za prowadzenie kampanii Ruchu Poparcia szybko się zorientowali, że pięć dych to może jednak trochę za dużo, więc następnym razem, do emaila zatytułowanego „Przyjaciele z Ruchu Palikota”, dołączony był apel sympatycznego Janusza, w którym najbardziej prawy spośród polskich polityków starał się mnie naciągnąć na dychę. A było to tak: