Facebook Google+ Twitter

Naciągana metafizyka w stylowych dekoracjach - "Pokuta"

Wykreowana przez amerykańską krytykę i różnego rodzaju akademie na arcydzieło, Pokuta Joe Wrighta arcydziełem nie jest, zaś pogłoski o jej wybitnych wartościach artystycznych wydają się mocno przesadzone.

Keira Knightley. / Fot. AKPAImponujący perfekcją inscenizacji, nienagannym aktorstwem i świetną muzyką film ani przez chwilę nie zrywa sztywnych i krępujących więzów gatunkowej konwencji, przez co miast subtelnej, niemal metafizycznej przypowieści o tragicznym błędzie, o której entuzjastyczne wieści dochodziły do nas zza oceanu, otrzymujemy przyjemny i kunsztowny drobiazg, który ani nie porusza, ani nie irytuje. Ot, taki – jakby to sformułował Gombrowicz – pierwszorzędny film drugorzędny.

Scenarzysta Christopher Hampton mnogość występujących w nim fabularnych schematów spisał z popularnej powieści Iana McEwana; splótł z tego melodramat, którego rdzeniem jest, jakże by inaczej, historia młodzieńczej miłości, brutalnie zdławionej w pierwszym rozkwicie przez okrutny los. Między awansowanym do roli towarzysza bogatych młodzieńców synem służącej a piękną dziedziczką zacnej familii od pierwszych kadrów trwa tu pełna ukradkowych spojrzeń i przelotnych dotknięć gra, urocza przez swoją nieporadność i niepokojąca atmosferą subtelnego, erotycznego napięcia. Robbie (James McAvoy) i Cecylia (Keira Knightley) zyskują powoli zalęknioną i niepewną swego świadomość rodzącego się uczucia, którego porywy śledzą uważnie, rozwarte raz w niezdrowej ciekawości, raz w zawistnej, dziecinnej zazdrości, oczy dojrzewającej dziewczynki. Briona (zadziwiająco dojrzała Ronan), wrażliwa nastolatka, buduje z podejrzanych chyłkiem obrazów i podszeptów wyobraźni, kolejną powiastkę, tym razem o mezaliansie kochanego skrycie chłopaka i starszej siostry. Zagubiona wśród cudzej namiętności, pierwszych uczuciowych zawodów i mnożących się w scenariuszu lawinowo nieporozumień, z sercem wypełnionym rojeniami z romantycznych bajek, w krytycznym momencie kilkoma pochopnymi słowami przekreśli szczęście bliskich sobie ludzi...

Wszystko oczywiście prowadzi do tego, że w gorący letni wieczór 1935 roku przeznaczenie rozdziela rozkwitłą dopiero komunię rozkochanych dusz; opowiedziane jest to bardzo zgrabnie i z godną podziwu lekkością, nie sposób się jednak oprzeć wrażeniu, że nie z tragicznym fatum mamy tu do czynienia, a z melodramatycznym automatyzmem. Mimo bowiem pogłębionej analizy psychologicznej i kilku nadobowiązkowych subtelności, „Pokuta” jest tylko bardzo tradycyjnym, jednowątkowym romansem, jednym z tych, w których zaczytywała się Briona. Wright nie prowadzi tu żadnej gry z konwencją i niczego nie parafrazuje, on po prostu sporządza kalkę z kilku opatrzonych dramaturgicznych motywów. Na ekranie inscenizowane są kolejne sceny rodem z XIX-wiecznej literatury popularnej i klasycznego kina sprzed ponad pół wieku: jest tu i uczucie wbrew konwenansom, i list z obsceniczną erotyką, przez pomyłkę wysłany miast poetyckiego wyznania miłości; jest fałszywie oskarżony amant, który traci swoją ukochaną niesłusznie skazany na więzienie i hańbę, jest winowajczyni dramatu, która po gwałtownej przemianie wewnętrznej podąża w smutek samotnego samoudręczenia; są wreszcie kochankowie, którzy wbrew wszystkiemu odnajdują się po latach w zamęcie wielkiej historii. Każdy z tych elementów przytoczony jest z wyczuciem, cóż jednak z tego, gdy całość razi chłodną odtwórczością i zwyczajnie nudzi widza, zaprawionego w melodramatycznych fabułach i z bezbłędną celnością potrafiącego przewidzieć wypadki, o których słyszał już niezliczoną ilość razy? Twórcy „Pokuty” miast dzieła samodzielnego sporządzili dość banalne ćwiczenie z gatunkowego kanonu. Zadanie domowe zostało odrobione sumiennie, nie na tym jednak polega wielkie kino.

Powyższe wyliczenie zaprzecza wybitności, nie zmienia jednak faktu, że triumfator gali Złotych Globów jest jednym z najlepiej zrobionych melodramatów w dziejach filmowej sztuki. Rozpatrywana pod kątem rzemiosła „Pokuta” zachwyca bogactwem szczegółów i rozmachem wystawienia. Stylowe, w dobrym znaczeniu, jest tu niemal wszystko: od odtworzonego z pietyzmem scenograficznego detalu, poprzez piękne zdjęcia McGarvey'a, komponowane w kształty znane z angielskiego malarstwa przełomu ubiegłych stuleci, aż po uroczą Keirę Knightley, kreującą nowe oblicze kobiecej delikatności, nie pozbawionej wszak charakteru. Irytująco linearna intryga poprowadzona zostaje przez schematyzm scenariusza bezboleśnie, zaś w momentach szczególnie dramatycznych reżyserię wydatnie wspomaga doskonała, uhonorowana Oskarem muzyka Marinellego; wystukiwany dobitnie na klawiszach maszyny do pisania rytm, stanowi jedyne chyba w filmie przekonujące świadectwo tragicznego fatalizmu, jaki, według zachwytów krytyki, miał wypełniać po brzegi opowiadaną historię, więcej nawet – rytm ów jest tu jedynym narzędziem budowania oryginalnych znaczeń.

Jest prócz tego w „Pokucie” kilka pięknych scen, niezwiązanych właściwie z główną osią fabularną, scen urzekających raz kameralną melancholią, raz epickim mistrzostwem, zawsze jednak – swoistą, okrutną poezją. Należy do nich pełne skupienia przeżycie 18-letniej pielęgniarki Tallis, która pośród koszmaru frontu bliskość z drugim człowiekiem odnajduje w rozmowie z umierającym żołnierzem francuskim, należy przede wszystkim perfekcyjnie zainscenizowany fresk z absurdu wojny, pojawiający się w połowie dzieła. W genialnym, kilkuminutowym ujęciu kamera przemierza ogarniętą chaosem plażę Dunkierki, na której oddziały alianckie w przerażającym bezładzie przygotowują ewakuację; w przesuwającym się powoli kadrze widzimy oficerów zabijających swoje konie, kompletnie pijanych żołnierzy, szalejących nieprzytomnie w garnizonowym barze i na uruchomionej właśnie nadmorskiej karuzeli, widzimy przerażonych tubylców, z przestrachem snujących się między niedawnymi obrońcami. W tej sekwencji surrealistycznych, symbolicznych obrazów Wright jest jak Dante, oprowadzający nas po małym wycinku XX – wiecznego piekła.

Momenty to pierwszorzędne, tym bardziej więc szkoda, że są jedynie dalekim odblaskiem arcydzieła w filmie, który markuje tylko ambitną sztukę. Podobnie rzecz ma się w scenie ostatniej, w której Briona, już jako dostojna starsza pani i uznana literatka, wyjawia prawdę o swojej ostatniej powieści, będącej fałszywą w kluczowych szczegółach autobiografią. Jej rewelacje zaskakują, to prawda, wywracają wręcz do góry nogami dotychczasową fabułę. Nie zmienia to wszakże faktu, że są jedynie nieprzekonującym, raczej sztucznie dodanym bonusem, intelektualną nadwyżką, dyskretnie tuszującą schematyczny sentymentalizm całości. Piszą niektórzy, że jest to właśnie ten wspaniały moment, w którym melodramat wkracza w sprawy egzystencji. Być może, jednak konstatacje typu „życie to nie hollywoodzka bajka i nie zawsze dobrze się kończy” lub „sztuka zwodzi i kłamie”, wydają się niewystarczające. Jeśli zamyka się w nich cała refleksja filmu, to z bardzo prostą i tanią mamy tu do czynienia metafizyką, ot, skrojoną w sam raz na miarę rozrywkowego kina. Nie jest dla widza bolesną pokutą, ale nie przynosi też ożywczego katharsis. Co najwyżej melancholijny smutek bez większych konsekwencji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Świetnie napisane - to po pierwsze; :-); po drugie - co do meritum, też trafione w sedno! wniosek: "+" :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
Film rzeczywiście dobry, ale zachwyt chyba nie do końca uzasadniony. Podobało mi się zakończenie, a cała reszta raczej przeciętna.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
świetna recenzja, a do tego w pełni się zgadzam:)
mnie to się smiać chciało na niektórych scenach, jakichś wydumanych, przekombinowanych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Gratuluję świetnego pióra, trafnych obserwacji i ...odwagi! Potrzeba jej dużo, żeby skrytykować powszechnie stawiany na piedestał obraz. Mi nie wystarczyło, a w pełni się z Tobą zgadzam :) (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.