Facebook Google+ Twitter

Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Książka Anthony`ego Shadida opisująca tragiczne dzieje Iraku uważana jest za jeden z najlepszych reportaży z wojen. Rzeczywiście pokazuje ich bezsens, to fakt niezaprzeczalny, ale czym tak naprawdę zasłużyła sobie na taką wysoką ocenę?

Okładka - skan / Fot. Marek ChorążewiczWydaje się, że tak pozytywną ocenę Anthony Shadid uzyskał dzięki szczegółowym opisom kluczowych wydarzeń związanych z Irakiem. Zamieścił dużo faktów historycznych z okresu Starożytności, pokazując korzenie narodów zamieszkujących tereny dorzecza Tygrysa i Eufratu, ale przede wszystkim opisał konflikty zbrojne XX wieku z udziałem Iraku, doprowadzające ten kraj do całkowitej ruiny.

Były to: wojna z Iranem w latach 80., której praprzyczyną były mrzonki Saddama Husajna, chcącego nawiązać do potęgi Arabów z 637 roku, kiedy to na mezopotamskich równinach rozgromiono perską potęgę Sasanidów.
Wojna z Iranem to bardzo dziwna wojna, w której ochotę do walki mieli chyba tylko młodzi ochotnicy irańscy, nakręcani swoją religią. Poza nimi nikt nie kwapił się do aktywności. Saddam wykorzystał ją do wymordowania wielu tysięcy irackich Kurdów, co pozwoliło mu utrzymać się u władzy. Dla wielu Irakijczyków lata wojowania z Iranem stanowią symbol cierpienia bez wyraźnego powodu.

Następna wojna, to konflikt z USA po inwazji Saddama na Kuwejt w 1990 roku. Gospodarka Iraku była już dostatecznie zrujnowana w czasie konfliktu z Iranem, na który wyrzucono ponad bilion dolarów i nie dokończono reform z lat 70. Teraz nowy konflikt sprowadził na kraj totalną dewastację wszystkiego. Jako przykład wystarczy podać fakt, że pod koniec wojny, po bombardowaniach, pracowały tylko 2 elektrownie dające 4 procent całkowitej przedwojennej mocy, a cała infrastruktura państwa legła w gruzach.

Wreszcie drobiazgowo zrelacjonował ostatnią „chirurgiczną” wojnę z 2003 roku, w której USA i sprzymierzeni (wśród nich Polska) szukali nieistniejącej w Iraku broni masowego rażenia Saddama Husajna, którą podobno posiadał – według danych amerykańskiego wywiadu - ukrytą gdzieś na terenie swojego państwa. Zanim jednak zaczęły się jej poszukiwania, Amerykanie pokazywali całemu światu „na żywo” w telewizji, jak precyzyjnie przeprowadza się ataki rakietowe przy pomocy pocisków typu Cruise, demonstrując swoje najnowsze wynalazki do zabijania. Pokazali jak w ponad trzygodzinnym ataku paraliżuje się „potęgę” wojenną Iraku.

Kto nie powinien sięgać po tę książkę

Zawartych w niej reportaży nie polecam wszystkim tym, którzy uważają cywilizację zachodnią za najwspanialsze osiągnięcie myśli ludzkiej, a inne kultury traktują z założenia jako coś gorszego.

Zwłaszcza zwolennicy amerykańskiego przywództwa kulturowego we współczesnym świecie nigdy nie powinni po nią sięgnąć, gdyż otrzymają zimny prysznic i będą zmuszeni do zmiany wizerunku swojego idola – USA. Niechaj więc nie robią tego i nadal tkwią w błogości swojego wyobrażenia o tym „najwspanialszym” demokratycznym kraju eksportującym owe dobro do innych „gorszych” państw i niech nie zakłócają swojego spokoju ducha poprzez wchłanianie nowych informacji burzących ten psychiczny dobrostan.

Na potwierdzenie buty i niereformowalności administracji amerykańskiej w tym zakresie niech będzie wypowiedź sekretarz stanu administracji Clintona pani Madeleine Albright (pochodzenie żydowskie), która tak podsumowała jatkę Irakijczyków, gdy zapytano ją czy warto było ponieść tak wysoki koszt wojny:

- Tak, myślę, że było warto – odpowiedziała.

Dla kogo więc jest ta książka?

Musi nasunąć się takie brutalne pytanie zasadnicze: po co i dla kogo pisze się takie reportaże? Przecież tak naprawdę właściwy adresat książki – ludzie tworzący politykę lub mający ogromny na nią wpływ - nigdy jej nie przeczytają.

Cóż nowego wnoszą one do skarbca ludzkiej kultury? Jaki cel przyświeca produkowaniu takich dzieł, poza osiągnięciem ewentualnego sukcesu autora i wydawców?

Mam nieodparte wrażenie, że najwłaściwszy model odpowiedzi na powyższe pytania jest bliski filozofii alpinistów i himalaistów, którzy na pytanie: po co chodzi się w góry? – Odpowiadają po prostu: bo są!
Wobec tego skoro wojny też są, to reporterzy z narażeniem życia również je po prostu relacjonują.

W ramach kształcenia podstawowego staramy się zaszczepić młodym ludziom przekaz, że każda wytworzona myśl ludzka powinna służyć rozwojowi, dobru oraz kojarzyć się z szeroko pojętym postępem i korzyścią dla ogółu. Ale czy tak jest w rzeczywistości?

Przyjrzyjmy się jeszcze chwilę skutkom, jakie wywarły na ludzkiej mentalności takie i podobne reportaże. Czy poprawiły one choć trochę sytuację zwykłego człowieka uwikłanego w wojnę? Człowieka, który urodził się w takim a nie innym miejscu i czasie? Cóż za pożytek mamy z tego, że autor pomaga nam zrozumieć meandry myślenia tych wciągniętych w okrutną wojnę ludzi? Czy przez to, że poznamy genezę ich emocji i zrozumiemy motywy działania, to świat stanie się chociażby odrobinę lepszy?

Do powyższego wywodu zainspirował mnie jeden z czytelników, który wpisał pod inną moją recenzją książki biograficznej, że szkoda mu czasu na grzebanie w zapiskach innych ludzi. Miał zapewne na myśli błahość i marność tych problemów tam zapisanych. Tylko… które takimi są? Jak je odróżnić od tych "poważnych"?

Coraz częściej sam miewam podobne rozterki w myśleniu, bo rzeczywiście, gdy się zastanowić, to przybywa nam tysiące opisów okrutnych działań ludzi przeciwko ludziom, a skutek… żaden.

Ba! Międzynarodowe "siły postępu" ze swoimi trybunałami sprawiedliwości już po wojnie (bo przecież każda wreszcie kiedyś się kończy! Co najwyżej wybuchnie… nowa) roztrząsają wszystko w detalach, ścigają winnych, czasem nawet jakiś proces wytoczą przegranemu zbrodniarzowi.
I co tak naprawdę wynika z tych działań?

Okrucieństwo, ludzka zachłanność, egoizm, hipokryzja i beznadzieja mają się nadal wspaniale, a my mamy lepsze samopoczucie, bo nas to wszystko ominęło… Osoby wierzące dodają do tego - dzięki Bogu!

Wniosek końcowy

Pomimo moich niemalże malkontenckich narzekań, których źródłem jest totalne poczucie bezsilności i zarazem wściekłość na nią, warto jednak sięgnąć po tę książkę, bo jest napisana solidnie, rzetelnie i przystępnym językiem. Została również wspaniale przetłumaczona przez Izabelę Szybilską-Fiedorowicz.

Nie jest to jednak lektura łatwa, lekka i przyjemna.

Tytuł książki: „Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny”
Autor: Anthony Shadid
Przekład: Izabela Szybilska-Fiedorowicz
Wydawca: Czarne, Wołowiec 2014
Stron: 560


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Taka ciekawostka dotycząca autora recenzowanej książki.
Anthony Shadid, gwiazda amerykańskiego dziennikarstwa wojennego, dwukrotny zdobywca nagrody Pullitzera zmarł 16 lutego 2012 roku w Syrii, w wieku 43 lat... Przyczyną śmierci był atak astmy oskrzelowej…

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wierzę autorowi recenzji Markowi Chorążewiczowi że książka Shadida o Iraku jest świetna bo recenzja na pewno! Źle się dzieje na dawnym Jedwabnym Szlaku gdzie są wyspy "ropopochodnego" bogactwa i rejony poszerzającej się biedy w krajach dotkniętych wojną. W wielu z tych krajów spokojnie było tylko w latach 1891 - 1913.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Myślę, że takie książki są potrzebne bardzo, gdyż pozwalają pełniej zrozumieć istotę konfliktów, o czym tabloidowe coraz bardziej media nie mówią. Wydawnictwo Czarne ma dobrą rękę do reportażowych książek. Zgadzam się z Markiem, że nie są to łatwe, lekkie i przyjemne lektury, ale czy wszystkie muszą takie być? Na dzieła Cichopek czy Felicjańskiej byłoby mi naprawdę szkoda czasu...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Z uwagi na ograniczoną ilość znaków, jakie mogę wprowadzić w tytule – musi on wyglądać tak, gdyż inaczej edytor nie wpuszcza dalej i uniemożliwia skuteczną publikację tekstu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.