Facebook Google+ Twitter

Nadmuchany problem

Jak mistrz politycznego marketingu na psy schodził...

Czasem dziwi głupota mediów, kiedy podchwytują byle co i robią z tego newsa, mieląc informację ze wszystkich stron. Wiadomo, że zasady rynku są nieubłagane, żeby zarobić trzeba chwytać wszystko co może przynieść wymierne efekty czytaj wysoką oglądalność.

Nie widzę niczego szczególnego w nieobecności ministra MSZ mimo zaproszenia prezydenta. Pal licho, przyjmując nawet za prawdziwą wersje kancelarii, że mimo usilnych starań Radek Sikorski nie pojawił się w pałacu. Zastanawia tylko od kiedy prezydent Kaczyński pała takim uczuciem do nowego ministra, który jeszcze kilka tygodni temu był drzazgą w oku kancelarii?

PiS podnosi skowyt, że oto głowa państwa została potraktowana w sposób nieelegancki, nienależyty. Znów pal licho, niech i tak będzie. Jednak ponownie zastanawia - jak można określić zachowanie głowy państwa, który po ważnym referendum ostentacyjnie ignoruje naród?

Nie potrzeba wnikliwej holmesowskiej głowy, by stwierdzić, że ignorancja prezydenta była bardziej dotkliwa i nie na miejscu niż ignorancja Sikorskiego. Kamiński zamiast nadmuchiwać w pocie czoła marginalny problem, powinien wziąć sie do roboty jeśli poważnie myśli o kolejnych latach dobrej acz niewygodnej posady w KP.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Chodzi o to, żeby "gonić króliczka" a lamenty pana prezydenta na temat "co mi wolno wysoki trybunale" są osmieszającym gestem swiadczącym, że tylko politykia prowadzona wespoł z bratem była całkiem jasna i niewątpliwa.
Całuśna feta na rzecz pani Fotygi ktora y...e...y...poprowadzi nie tyle kancelarie, co oddzielna politykę zagraniczną nie swiadczy w moim mniemaniu o czystych intencjach i dobrej woli wspolpracy z rządem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.